I once had a girl, or should I say, she once had me
The Beatles, Norwegian wood

wb_norweska_wisnia.gifHaruki Murakami
Norwegian wood
tłum. Anna Zielińska-Elliott, Dorota Marczewska
Muza 2006, str. 472

Historia wygląda tak: byli sobie chłopak i dziewczyna, znali się od dzieciństwa, niejako automatycznie przyjaźń ta zamieniła się w miłość w wieku dorosłym. Chłopak ma też przyjaciela. Razem tworzą nierozerwalną trójkę, są wszędzie razem, wszystko razem robią. Niestety, chłopak popełnia samobójstwo. Pozostała dwójka zostaje razem i żyje ze sobą niedługo i nieszczęśliwie.
Prawda, że ładna historia? A to dopiero początek. Toru, główny bohater, nie wie dlaczego zaczął chodzić z Naoko, ona też nie wie, dlaczego z nim została po śmierci Kizukiego. Wkrótce zresztą ten pogrobowy związek przestanie istnieć, lecz nie do końca – Naoko zniknie, ale Toru z niej nie zrezygnuje. To nie on ma dziewczynę, to ona ma jego.

Historia ta oczywiście toczy się dalej, ale jej nie opowiem. Opowiem za to o czymś innym, a mianowicie o podejściu Toru do życia. To młody chłopak, ma dwadzieścia kilka lat (choć poznajemy go, gdy wysiada z samolotu – wówczas ma trzydzieści kilka), który żyje tak, jakby miał przed sobą jeszcze przynajmniej dwieście lat w dobrym zdrowiu. Jest to absolutnie zachwycające, obserwować kogoś, kto każde marnotrawstwo czasu celebruje jak najważniejszą i ostatnią chwilę swojego życia. Przechodzenie przez jezdnię, wikłanie się w związki bez przyszłości, angażowanie się w sytuacje, z których nic nie wynika – to wszystko dla Toru jest równie ważne, jak spotkania z wartościowymi ludźmi czy podejmowanie decyzji ważących na całym życiu.

Rzadko kiedy mam do czynienia z tak spokojną książką, która oprócz opowiadania swojej podstawowej historii, mówi o tym, jak trudno jest wyłowić to, co istotne, z powodzi rzeczy i zdarzeń błahych. I być może najlepszym rozwiązaniem jest przestać bić się o to, by maksymalizować szansę natknięcia się na to wszystko, co wartościowe i działać tak, jak działa Toru – pozwalać, by rzeczywistość po prostu przepływała przez sam środek. I liczyć na to, że to, co dobre, w końcu samo na nas trafi – nie mając jednak pewności, że nie trafi do nas to, co złe. Murakami nie zaczarowuje rzeczywistości i nie wyciąga na koniec szczęśliwego człowieka jak królika z kapelusza, mówiąc: „widzisz, wystarczy chcieć, a na pewno się uda”. Nie zazdroszczę Toru jego drogi, bo wyszedł z niej poharatany i obolały, zazdroszczę tylko tego całkowitego spokoju, z jakim kwituje życie. Ponieważ uważam, że nie jest to pójście na łatwiznę i skróty, to dużo trudniejsze, bo wymaga wiary i cierpliwości, dwóch cech, które są w naszych czasach w zdecydowanym deficycie.