Nine Horses
Snow Borne Sorrow
Samadhi Sound 2005

Gdy piszę te słowa, za oknem króluje wcześnie przybyła w tym roku zima, a w moim odtwarzaczu krążek tria Nine Horses o jakże adekwatnym tytule Snow Borne Sorrow.

Nine Horses to David Sylvian, wokalista rozwiązanej w 1982 roku brytyjskiej grupy Japan, jego brat (również były członek Japan) Steve Jansen oraz niemiecki muzyk Burnt Friedman. Po rozpadzie Japan, Sylvian rozpoczął karierę solową, współpracując z takimi gwiazdami na muzycznym firmamencie jak Robert Fripp, Holger Czukay czy Marc Ribot. Zaś Nine Horses to – jak podkreśla w wywiadach sam Sylvian – jednorazowe przedsięwzięcie, będące niejako kontynuacją mrocznych wątków z wydanej w 2003 roku jego solowej płyty Blemish.

   Snow Borne Sorrow to nie domowy muzak – czyli płyta, której można słuchać zawsze i wszędzie, na przykład przy prasowaniu koszul bądź szorowaniu kafelków w łazience. Śmiem wręcz twierdzić, iż niezbędny jest pewien rodzaj szczególnej oprawy, by móc cieszyć się jej odbiorem w pełni. Takie płyty zwykło się określać mianem klimatycznych lub nastrojowych. Przepełniona melancholią i smutkiem, nie tylko w warstwie muzycznej, ale również tekstowej. Utwory traktują bowiem o zawiedzionej i niespełnionej miłości, zwątpieniu, otaczającym nas złu czy rozdartym przez wojny świecie. Muzycznie – album wpasowuje się w nurt post-rockowego brzmienia, z elementami popu, jazzu oraz przeróżnymi elektronicznie wygenerowanymi smaczkami.

Tym, co oczarowuje zaledwie po kilku minutach odsłuchu, jest wysunięty na pierwszy plan ciepły głos Davida Sylviana. Słuchając kolejnych utworów można odnieść wrażenie, że Sylvian jest gdzieś obok i śpiewa tylko dla nas. Sama muzyka stoi na drugim planie, stanowiąc coś w rodzaju tła. Nie jest to jednak tło bezbarwne. Wręcz przeciwnie. Sylvianowi udało się pozyskać do pracy nad albumem takie osobowości z muzycznego panteonu jak norweski trębacz Arve Henriksen, członek grupy Supersilent, czy japoński pianista Ryuichi Sakamoto. Mało tego – w otwierającym album utworze Wondeful Word pojawia się gościnnie szwedzka wokalistka Stina Nordenstam.

Na ten niespełna sześćdziesięciominutowy album składa się dziewięć utworów. Każdy z nich w naturalny sposób jest jakby kontynuacją poprzedniego. Rzadko kiedy można obcować z płytą, która nie jest kompilacją stylistycznie różnych od siebie, czasami wręcz przypadkowo zestawionych ze sobą utworów.
W zasadzie trudno powiedzieć, żeby jedne kompozycje były lepsze od drugich. Do tych wyróżniających się i zapadających w pamięć już po pierwszym przesłuchaniu z pewnością należy wspomniany już Wonderful World, w którym wymruczane anielskim głosem kwestie Nordenstam stanowią coś w rodzaju komentarza do słów Sylviana. Z kolei następujący po nim The Darkest Birds urzeka subtelnymi dźwiękami lekko przytłumionej trąbki Henriksena. W utworach Atom and Cell i tytułowym Snow Borne Sorrow fantastycznie wypadają chóralnie wykonane partie. Zaś przepiękny, zamykający album dziewięciominutowy The Librarian jest prawdziwą klamrą spinającą całość.

Konrad, dziękuję za to, że otworzyłeś mi uszy na tę płytę.

Nine Horses
Snow Borne Sorrow

Wonderful World
The Darkest Birds
The Banality of Evil
Atom and Cell
A History of Holes
Snow Borne Sorrow
The Day the Earth Stole Heaven
Serotonin
The Librarian