Wielka cisza jest filmem niezwykłym z kilku powodów. Po pierwsze, to film dokumentalny o społeczności zakonników kartuzów żyjących w alpejskim klasztorze Grand Chartreuse, trwający bez mała trzy godziny, w którym przez większość czasu nie pada żadne słowo opisujące świat wewnętrznych przeżyć bohaterów. Po drugie, to film wielkiej urody plastycznej, ale niełatwy w odbiorze. Piękno zdjęć wcale nie ułatwia chłonięcia przedstawionej rzeczywistości.

Po trzecie, jest filmem, w którym dużą rolę grają dźwięki naturalne: kapanie wody, stukot butów, a także niesamowite zbliżenia rozmaitych faktur i detali. Kamera wielokrotnie wraca, w kilku chronologicznie oddzielonych podejściach, do sfilmowania pojedynczego motywu – wody święconej w kamiennym naczyniu, dzbanka z wodą, wnętrza kaplicy, zakamarków rozległego otoczenia klasztoru.

Niełatwo jest znaleźć sobie coś interesującego do obserwowania w prawie pustej celi pogrążonego w modlitwie czy medytacji zakonnika.

W moim tekście, zamiast zacząć od ciekawych skądinąd okoliczności powstania filmu czy historii zakonu, wolę zawrzeć jeszcze świeże wrażenia, a właściwie zaskoczenia, jakie film wywołał. Wolę zanotować to, co mnie w czasie projekcji zastanawiało, czego w pewien sposób nie spodziewałam się zobaczyć (w „pewien sposób”, bo przecież nie widziałam dotąd chyba żadnego dokumentu pokazującego życie za murami klasztoru, więc nie zaczynałam z konkretnymi oczekiwaniami), czego nowego się dowiedziałam. Może największą niespodzianką jest to, jak uległo wypaczeniu i zadrżało w posadach parę moich stereotypowych wyobrażeń na ogólny temat „życia w klasztorze”.

   Wielka cisza jest filmem zbudowanym z obrazów. Nie jest typowym dokumentem, którego widz powinien na tyle zapomnieć o obecności kamery, by mieć wrażenie, że obserwuje rzeczywistość tak, jak gdyby sam odwiedzał widziane miejsca. Obraz potraktowany został bardzo malarsko. Gruboziarnistość niektórych zdjęć właściwie przeszkadza, obraz jest zamazany, nienaturalny, poruszony, jak gdyby materia roztapiała się.
Dotyczy to szerokich panoramicznych zdjęć pokazujących np. rozległą architekturę klasztoru z lotu ptaka, czy wschodzi i zachody słońca w górach. Ale w ten sposób filmowane są także martwe natury – owoce w misce, dzbanek z wodą, serweta.
Albo lampka – jednym z powracających motywów jest czerwone światło lampki wiszącej nad ołtarzem mrocznego kościoła. Lampka, zawieszona pewnie kilkanaście metrów nad posadzką, kołysze się i światło pełga, efektownie sfilmowane, na wysokości naszych oczu – nie byłoby szans zobaczyć jej z tak bliska – ale nic interesującego się nie dzieje. Oto symbol boskiej obecności zanurzony w zupełnym mroku. Reżyser jednak wraca do tego tematu, bliżej. W końcu czerwieniejące niespokojne fale światła pokrywają cały ekran, punkciki gruboziarnistego fluidu rozsadzają sens tego obrazu-symbolu, niespokojny obraz jest ogniem, pochłaniającym wszystko, nie światełkiem w oceanie powietrza…

   Chyba najbardziej podobało mi się to, jak Philip Gröning pokazuje zakonników. Nie poznajemy ich imion, ale bardzo wiele można dowiedzieć się patrząc na ich zajęcia lub na ich nieruchomą, skrytą niemal zupełnie w cieniu (prawie nic nie widać!) modlitwę. Jest ich (w filmie) około dwudziestu – tylu można się doliczyć w scenie, gdy – jak nakazuje reguła klasztoru – wychodząc na cotygodniową wędrówkę, przysiadają by odpocząć w zieleni.

Początkowo wydawało mi się, że reguła i szarość życia w klasztorze muszą sprawić, że zakonnicy upodabniają się do siebie. Że odziani w jednakowe habity, z włosami ledwie odrastającymi po częstym ścinaniu ich tuż przy skórze, dążą do wcielenia się w kogoś niewidocznego, nieznacznego. Anonimowości można by oczekiwać tym bardziej, że mnisi nie mogą nam nic powiedzieć o sobie. Reżyser uwiecznił twarze kilkunastu: patrzą prosto w kamerę przez kilka długich sekund, filmowani w półzbliżeniu. Niektórzy są młodzi, bardzo młodzi, niektórzy w wieku dojrzałym, niektórzy już przygarbieni, zmęczeni, starzejący się. Patrzą w różny sposób w kamerę – a więc po trosze na nas, na nieznanych widzów tego filmu. Czy myślą o swych widzach? O czym myślą? Ich twarze wyrażają bardzo różne rzeczy. Jedni patrzą prosto w obiektyw, niemal bez mrugnięcia. Niektórzy mają w oczach ciekawość, inni stonowany dystans, inni ślady nieśmiałości. Jeden z braci ani razu nie spojrzy w kamerę, nie podnosi powiek, może się modli. Patrzą lekko wyzywająco; spokojnie i z sympatią; z lekkim sympatycznym uśmiechem; niemal obojętnie; jakby nieco speszeni – sami pragną zobaczyć jak najwięcej, objąć wzrokiem cały obraz i odgadnąć znaczenie tej chwili.

   Oprócz modlitwy, kontemplacji, doskonalenia życia duchowego, bracia pracują w klasztorze i na rzecz wspólnoty odpowiadając za wykonanie swoich zadań. Czy są im przydzielane czy też sami mają jakiś wpływ (i jak duży) na wybór zajęcia, któremu będą się co dzień poświęcać – nie wiem, ale wydaje mi się, że zajmują się tym, co odpowiada ich uzdolnieniom, skłonnościom i siłom. Obserwujemy pracę ogrodnika-kucharza, krojczego, krawca i fryzjera w jednym, dzwonnika, którego widzimy też przy innych drobnych zajęciach, brata nowicjusza, który uczy się śpiewu, brata rozwożącego jedzenie do cel, brata, który przy wielkim stole zasłanym papierami wklepuje coś do pamięci laptopa (ciekawe co?), brata zajmującego się klasztorną trzódką kóz czy owiec, karmiącego koty.
Osobne sceny, o zupełnie innym charakterze, ładunku emocjonalnym utrwalają sylwetki tych pojedynczych braci w czasie, gdy skupieni są na modlitwie. Jedna z takich scen, którą zapamiętałam szczególnie wyraźnie – scena modlitwy – uwieczniła samą końcówkę: zakonnik podnosi się z kolan, orientuje się, że ktoś jeszcze tu jest i szeroko uśmiecha się podchodząc do kamerzysty. Szczęście, które w tej scenie tak nagle, nieoczekiwanie pojawia się na jego twarzy, ba, w całej postaci, jest kolejną sprawą, która zaskakuje.
Bracia przy pracy rzadko odwracają się wprost do kamery. Kiedy indziej obserwujemy jak brat ogrodnik tropi coś w ziemi. Wchodzi w zarośla zagajnika, idzie brzegiem parowu i wkrótce okazuje się, że jakieś proste urządzenie nawadniające ma usterkę. Zakonnik bierze końce gumowego węża, przedmuchuje jeden koniec i z powrotem je łączy. Przez moment patrzy w stronę kamerzysty z uśmiechem „zauważyłeś?” Takich scen, gdy widać całą zwyczajność i coś wzruszającego w tych drobnych sprawach, jest więcej, ale nie sposób szczegółowo opisać je tutaj. Starając się opisać niektóre, czynię to by pokazać, że ci ludzie dzięki filmowi Gröninga stają się niemal bliscy widzowi. Nie są abstrakcyjnymi i mało zrozumiałymi zakonnikami w dalekich Alpach, ale każdy z nich jest kimś specyficznym, niepowtarzalnym w tej grupie osób, o własnym charakterze, który odciska we wszystkim, co go otacza.

Autentyzm i poznanie swobody życia bohaterów, których widz ma szansę nie tylko „poznać”, ale i jakoś polubić, jest ogromnym atutem tego filmu, jego skarbem, tajemnicą. To ona sprawia, że te prawdziwe „formy życia” zakonników zapadają w ciszę jaką mam wewnątrz, niełatwo się od nich uwolnić. W jednej z końcowych scen spotykamy niewidomego zakonnika w pewien sposób żegnającego się już z życiem, który udziela do kamery coś w rodzaju wywiadu, jako jedyny w filmie mówi o sobie. (Być może on, zamiast tygodniowego spaceru, podczas którego się rozmawia, może porozmawiać w swojej celi z osobą, która składa mu wizytę.) Mówi o tym, czym dla niego jest utrata wzroku; o tym, jak żyje oraz o miejscu Boga w swoim życiu. O tym, że z każdym dniem jest bliżej. Mówi także, że świat utracił Boga i że w związku z tym żal mu tego świata. W tym miejscu wyraźnie poczułam się jego cząstką i to było dość dziwne uczucie. Uczucie, które do tej pory badam.

Wielka cisza (Die Grosse Stille)
Niemcy, Francja, Szwajcaria, 2005
reż. Philip Gröning