Bogusław Wołoszański
Twierdza szyfrów
Wołoszański Sp. z o.o.
2004

Właśnie kręcą. Twierdzę szyfrów kręcą. Nie ma pewności, czy spodziewany ponoć już w tym roku serial sensacyjny z II wojną w tle, a szpiegami wszelkich możliwych nacji w rolach głównych to odpowiedź na aresztowanie przez Wildsteina „Czterech pancernych i psa” oraz Klossa. Nieważne, zapowiada się wszak sensacja XXI wieku – Bogusław Wołoszański zadebiutuje w roli scenarzysty fabuły telewizyjnej. Ciekawe z jakim skutkiem.

Pełnego tajemnic i sensacji redaktora traktuję dokładnie tak jak barszcz z uszkami na Wigilię: świetnie, że jest, bo zawsze smakuje wybornie! A nie od razu tak go postrzegałem: początkowo byłem nieufny, biorąc go za polską odmianę Dänikena. Jak Szwajcar nawet w bankomacie widział kosmitów drukujących mu pieniądze, tak – zdawało mi się – Wołoszański będzie wszędzie węszył niestniejące sensacje i rzekome spiski. Myślałem, że to bliźniak Jerzego Grygolunasa, który w połowie lat siedemdziesiątych usiłował twierdzić wszem i wobec – Trzymałem na muszce Martina Bormanna. W sumie wyszło, że chyba nie na muszce, ale w ręce, i nie Martina, a marną, i nie Bormana, ale ewentualnie bormaszynkę.

Szybko przekonałem się, że z Wołoszańskim jest inaczej. Jego programy zawsze charakteryzował wysoki poziom realizacji i coś bardzo ważnego, czego zabrakło potem jego dawnemu wspólnikowi, który uciekł w samodzielne a kuku do widza zza zdjęć Stalina i Trockiego. Mam tu na myśli szacunek dla odbiorcy: żadnego taniego epatowania wiedzą rzekomo tajemną, rzetelność komentarza, autentyczna unikatowość archiwalnych filmowych klatek. Śmieszyło mnie początkowo, kiedy Wołoszański wynurzał się z ciemności bunkrów, zza opatulonych mgłą drzew i wbijał we mnie ten swój wzrok człowieka, który choć daje mi do zrozumienia, że zaraz będę miał gościa, ale dopiero po godzinie uściśla, że to komornik. Śmieszyło mnie również ciągłe teatralne splatanie dłoni i drżący z napięcia głos, którym opowiadał… No właśnie, o czym? Ano nie odkrywał laserowych dział II RP w kosmosie, nie wtajemniczał, że Lenin był zoofilem, a Krupska zakamuflowaną sarenką – przeciwnie: rzeczowo, z biglem i konkretnie objaśniając, wstrzykiwał mi nieznane wcześniej fakty do mózgownicy.

Kiedy już wreszcie zrozumiałem, że sensacyjna konwencja programów jest tylko haczykiem na rybki, które dostają dreszczy na dźwięk słowa historia, wybaczyłem mu wszystkie śmiesznostki, przestałem rechotać i skupiłem się na połykaniu kolejnych kawałków przynęty. Przestało mi nawet przeszkadzać, że np. mówiąc o helskiej baterii im. Laskowskiego, redaktor opiera się o armatę i dopiero w połowie programu informuje, iż to nie tamta, ale radziecka z lat pięćdziesiątych. Poddałem się w zupełności magii Wołoszańskiego, magii, która w wykonaniu innych z reguły śmieszy mnie i odstręcza od tematu. Dałem się omotać, a przecież gdyby treść była mniej ważka, a prowadzący fuszer, nazywałbym te programy żałosnym kolażem hinduskiej wersji Z archiwum X z bajdurzeniem à la Nie z tej ziemi.

Ustrzelony z telewizyjnej haubicy Bogusława Wołoszańskiego, kupiłem wieki temu książkową wersję Sensacji…. Niespodzianka była przykra i to bardzo. Niestety, unikalne „zwierzę telewizyjne” (pod ścisłą ochronę je!) „w piśmie” okazało się mikre i bez wyrazu. A przecież i na kartach popularnonaukowej książki historycznej da się spleść dramatycznie dłonie, można również zahipnotyzować czytelnika, trzeba jednak telewizyjny banknot o wielkim nominale wymienić na pisarski równej mu wartości. Tymczasem Wołoszański w wersji książkowej rozmienił „grube” na bilon sztampy i często zupełnie źle brzmiących zdań, a także akapitów bez orzełka z jednej, a reszki z drugiej strony. Czytało mi się z przykrością i zażenowaniem. Zniknęły gdzieś emocje jakich doznawałem OGLĄDAJĄC Sensacje…. Co gorsza – nie potrafiłem doszukać się ani krzty sensacji, ani odrobiny faktograficznego novum, ani ociupinki narracyjnej finezji. Jedyne, co mnie zastanawiało, to dokąd uleciała pasjonacka miłość Wołoszańskiego do Miss History? Zdradził biedaczkę perfidnie! Ja natomiast postanowiłem wierności mu dochować, ale rezygnując z lektury i poprzestając na oglądaniu kolejnych mutacji Sensacji…. Znów smakowałem – z rozkoszą maniaka – kurz historii najnowszej serwowany przez redaktora na półmisku z zapomnianych, pożółkłych dokumentów.

   Na tegoroczne urodziny obdarowano mnie prezentem w postaci Twierdzy szyfrów, powieści sensacyjnej Bogusława Wołoszańskiego (istnieje nieznana mi jej wersja filmowa). Nauczony doświadczeniem zaniechałem lektury, nie wierząc, iż redaktor jest lepszy w pisanej fikcji, niż w dokumencie. Po tygodniu jednak, blokada konta w miejscowej bibliotece zmusiła mnie do lektury, której naśladownictwo szczerze i gorąco polecam, ale tym, których nie lubię szczególnie. Twierdza… jest bowiem złą książką. Bardzo złą.

Wprawdzie nie uważam, że każdy, kto pisze o epidemii powinien być od razu porównywany z Camusem, to jednak nie mogę oprzeć się wrażeniu, że autor słynnej Igły, Ken Follet, lepiej napisałby Twierdzę szyfrów nawet po ciemku. Literatura sensacyjna rządzi się swoimi prawami, których Wołoszański albo nie zna, co byłoby szokujące dla wiernego fana jego telewizyjnych perełek, albo kompletnie je lekceważy. Intryga nie tyle zawiązuje się na pierwszych kartach powieści, by wybojami zagadki pognać ku końcowej kulminacji, co supła się w dziesiątki węzłów od początku do urwanego końca. Można rzec – człapie akapit za akapitem, jak żołnierz Wehrmachtu wzięty pod Stalingradem do niewoli. Co krok – zaspa, co pięć kroków bolesny kułak krasnoarmiejca, a na koniec biały niedźwiedź braku pointy ryczy posłowiem, grożąc tomem drugim.

Na domiar złego Wołoszański często popada w nieznośną manierę Szklarskiego, każącego Tomkowi podrygiwać na wielbłądzie i encyklopedycznie objaśniać bosmanowi Nowickiemu tajemnice flory właśnie mijanej oazy. Kiedy zaś autor Twierdzy… przypomina sobie o psychicznym zdrowiu czytelnika, wykład podaje w postaci źle przyrządzonego dialogu, który jest tylko rozpisaniem encyklopedycznej notki na głosy, bez szczypty pieprzu kolokwializmów, choć rozmawiają znękani wojną żołnierze. Najgorsze jest to, że nawet kiedy wykład (swoją drogą – na frapujące z reguły tematy) pojawia się w formie niezdeflorowanej narracją – jest zatrważająco niejasny i niepotrzebnie zawiły. Przykładowo – przedmiotem pożądania bohaterów powieści jest „ryba-miecz” – maszyna do dekryptażu radzieckich szyfrówek. Wołoszański tak dziwacznie rzecz tłumaczy, że mimo iż pochodzący z Moskwy system alogicznego szyfrowania gamowego przypadkowo świetnie znam, to dopiero po drugim czytaniu tegoż fragmentu zorientowałem się, że o nim mowa.

Postaci występujące na kartach Twierdzy… są jak z żurnala cięte, ale niestety tylko w sensie swej papierowości. Wszystkie kobiety są wojenno-bezpłciowe, choć jedna może się pochwalić nieczynnym na czas walk biustem pokaźnych gabarytów. Żołnierze (alianccy) są przystojni niczym Connery, hitlerowscy funkcjonariusze z różnych formacji żrą się wg recepty autorów Stawki… i Siedemnastu mgnień wiosny, a kagiebowcy nie mają do siebie zaufania. Główny bohater – oficer US Navy, jest tak typowy, że zanim się odezwie, czytelnik już wie, gdzie postawi przecinek. Jego partner, rycerski Polak, „oczywiście” jest błyskotliwym i brawurowo odważnym ziemiańskim synem, którego guwernerzy nauczyli paru koniecznych języków oraz boksu, jazdy konnej i bodajże szermierki. Oficerowie angielscy flegmują, polski sztabowiec z PSZ podobnie, choć z niejaką dozą szaleństwa. Źli i podstępni Rosjanie upijają się, przez co tracą swe szanse. Obraz Niemców jest nieco bardziej skomplikowany, ale to tylko dlatego, że są wśród nich agenci alianccy, o czym dowiaduje się czytelnik niby pod koniec, ale przeczuwa to bez pudła od pierwszej linijki. Skoro tak, to po co czytać dalej?  A gdzie żelazna reguła, że najbardziej podejrzany o zabójstwo jest stygnący w szafie trup? A gdzie hitchcockowska zasada trzęsienia ziemi na początek i kulminacji w finale? W Twierdzy szyfrów jest wręcz przeciwnie: denat gdzieś poszedł, a trzęsie się nie ziemia, a jedynie dłoń czytelnika zakrywającego oczy w geście rozpaczy i rozczarowania.

Może uda się, korzystając z fantastycznych pejzaży podsudeckich, z profesjonalizmu reżysera (Drabiński) i aktorów (Frycz, Stenka, Szyc) wycisnąć coś w miarę sensownego z ultrakwaśnej cytryny Twierdzy szyfrów i nie uśpić telewidzów w piątej minucie projekcji pierwszego odcinka. Być może. Ciężko mi jednak uwierzyć, iż fundamentem dobrego sensacyjnego serialu może być aż tak zła książka. A może jednak? Szyfry to w końcu rzecz skomplikowana i zwykle długo nie wiadomo, co jest w zaszyfrowanym dokumencie. Bywa różnie. Z szyfrantami też, bo pierwsze, co muszą zrobić komandosi w razie wpadki, to ich zastrzelić. Nie wiem, co uczyni redaktor Bogusław Wołoszański, kiedy zrozumie, jak bardzo złą powieść napisał, jednak na miejscu jego wydawcy – czym prędzej wyjechałbym gdzieś w nieznane i to z okrzykiem nie strielaj! na ustach.