James Bradley, Ron Powers
Sztandar chwały
Flags of our Fathers
tłum. Norbert Radomski
Dom Wydawniczy Rebis
Poznań 2006

 

Wcale mój idol Krzysztof „Diablo” Włodarczyk nie musi podnosić na mnie pięści, bym się przyznał, że ilekroć sięgam po amerykańską książkę o II wojnie światowej, albo zaczynam oglądać film o niej, czynię to z lękiem. Skłonność Amerykanów do nachalnej szarży doprawionej niewiarygodnie wielką dawką patosu bywa często nie do zniesienia. Wręcz brawurowo doganiają tu i przeganiają kraje socjalistyczne ze Związkiem Radzieckim na czele, nie istnieje przecież jakaś istotna różnica pomiędzy kinem Ozierowa a hollywoodzkim „socrealizmem” wojennym (np. Zielone berety z Waynem). Tam kryształowo szlachetni, bohaterscy, wspaniali żołnierze Armii Czerwonej hołubiący jeńców i szarmanccy wobec kobiet nieprzyjaciół, tu zaś sołdaci z USA  – wzór do naśladowania dla całego świata i okolic.

Ta przykra świadomość spowodowała, że moje obawy przed lekturą książki Jamesa Bradleya (napisanej we współpracy z Ronem Powersem) były wielkie. Podwójnie nawet, jako że przeraził mnie tytuł – Sztandar chwały. Stosunek do swej flagi Amerykanie mają specyficzny i trudno dla mnie zrozumiały, ponieważ stanowi kolaż bałwochwalstwa ze skłonnością do profanacji, taka trochę to schizofrenia. Z jednej strony bowiem pakują makdonaldowskie pupska w slipy czy szorty pasiaste z gwiazdkami, a silikonowe biusty w biustonosze o barwach narodowych, z drugiej zaś padają przed gwiaździstym sztandarem na kolana. I to przy każdej możliwej okazji, nawet w najgłupszej komedii romantycznej – flaga narodowa choć na kilkanaście sekund musi załopotać (najlepiej pod koniec, bo załzawionymi oczętami lepiej się ogląda).
Nie spotkałem się też z wojenną książką zza Wielkiej Wody (pomijam tu najwyższą półkę – Vonneguta, Hellera, Meilera, Jonesa, Whartona), by nie pojawił się w niej choć jeden passus taki mniej więcej: „Wiatr rozwiał dym. Na podziurawionej kulami wieży kościelnej normandzkiego kościółka żołnierze kompanii C jak Cindy znów ujrzeli flagę w biało-czerwone pasy, kiedy podmuch ją w pełni rozwinął dostrzegli też granatowy kwadrat usiany białymi gwiazdami. Zaschło im w gardłach i zapiekły oczy, kiedy sierżant Clyde rzekł: – Nie damy tej wioski sukinsynom! Chłopcy z namaszczeniem skinęli głowami”.
Podejrzewam, że „porządny czytelnik” powinien tu zaszlochać, a kiedy mu książkę zekranizują – jak bóbr zapłakać, zraszając popcorn patriotycznymi łzami. Sztandar chwały również został zekranizowany, co wydawca obwieścił na obwolucie, czym niektórych zapewne zachęcił do lektury, a mnie po prostu wystraszył. Informacja, że reportaż opowiada o legendarnych walkach na Iwo Jimie na początku 1945 r. nie uspokoiła mnie wcale. Raczej ostrzegła, że książka zawiera prawdopodobnie ogromną porcję patosu, narodowej mitologii i parapatriotycznej histerii. Nieufności i oporów starczyło mi jednak ledwie na kilkanaście stron, a rzadko mi się to przydarza.

Bohaterami reportażu są marines uwiecznieni przez Rosenthala na najsłynniejszym zdjęciu wykonanym podczas II wojny światowej. Chyba każdy zna fotografię szóstki żołnierzy, niczym grupa Laokoona wijących się na szczycie góry Suribachi, usiłujących wbić w ziemię sztandar amerykański. Zdjęcie to po latach natchnęło de Weldona do stworzenia słynnego pomnika górującego nad cmentarzem w Arlington. I na tym nasza wiedza się kończy, póki nie sięgniemy po książkę Jamesa Bradleya.

Rezygnując ze sztampy, patosu, uproszczeń i egzaltowanych hymnów o bohaterach, autor ukazuje (odtworzoną dzięki mrówczej reporterskiej pracy) drogę „sześciu bohaterów” na Iwo Jimę, prowadzi czytelnika przez – chwilami porażająco naturalistyczne, ale bez przekroczenia tej cieniutkiej granicy – opisy walk, a także powojenne losy bohaterów. Sztandar chwały na szczęście jest reportażem – koniecznie trzeba dodać, że wielce uczciwym – a nie powieścią. Pozwala to autorowi unikać pokus powieściopisarza i ukazywać postaci prawdziwe, odarte z mitologii, tanich alegorii i ozdobników propagandowych. Powieściopisarska współczesna poprawność polityczna kazałaby pewnie umieścić w słynnej grupce marines Afroamerykanina, Latynosa, Azjatę, ze dwóch białych i oczywiście kobietę, co to się kulom nie kłania. Bradley nie idzie tą drogą, gdyż i nie chce i nie może: jego celem jest bowiem opowiedzenie prawdziwej historii o prawdziwych ludziach. Książka przez to niczego nie traci, a wręcz przeciwnie – wiele zyskuje.

Wbrew pielęgnowanej w USA mitologii, samo zatknięcie sztandaru na Suribachi nie było – zgodnie z relacją Bradleya – niczym szczególnym, żadnym bohaterstwem. Ot, zwykłym wykonaniem rozkazu w miejscu – w tamtej chwili – zupełnie bezpiecznym. Kiedy zaś już postanowiono zdetonować bombę propagandową jaką fotografia stanowiła, połowa uczestników zdarzenia gryzła piach na Iwo Jimie, jeden z nich całkiem o sprawie zapomniał i zupełnie nie kojarzył jej ze swoją osobą. Inny z kolei zagroził koledze ze zdjęcia, że pozbawi go życia, jeśli ten „wyda” go mediom.
Tak się stało, że na ułamek sekundy historia zawiesiła swe przekrwione oko na sześciu przeciętnych młodych chłopakach, których los i dowództwo rzuciły na splunięcie wulkanu zastygłe gdzieś na Pacyfiku. Na Iwo Jimę kostropatą setkami japońskich bunkrów i podziurawioną setkami kilometrów tuneli, w których obrońcy wyspy-fortecy śmiali się w kułak z bombardowań USAAF oraz US-Navy. Bohaterów, którzy dla siebie samych bohaterami nie byli, sfotografowano w patetycznej chwili wbijania sztandaru zdobywców w pierwszy pożarty skrawek terytorium wroga. W oczach amerykańskiego narodu – postarali się o to politycy wspomagani przez media – był to kulminacyjny punkt nieprawdopodobnie krwawej i zażartej bitwy. Tymczasem, na dobrą sprawę, był to zaledwie początek. Aż trzech z szóstki zaklętej przez Rosenthala na błonie fotograficznej zginęło w ciągu najbliższego miesiąca walk, o których raczej cicho było w mediach, uznających, iż zwycięstwo już odniesiono. Jak ironicznie zauważa James Bradley: fakty nie miały znaczenia. Zdjęcie wyglądało heroicznie i to wystarczało.

A sfotografowani bohaterowie? Żadnej w nich niezwykłości – twierdzi Bradley – byli równie przeciętni jak pozostali z osiemdziesięciu tysięcy marines krwawiących wówczas na wyspie. Zwykli, ubrani w mundury młodzi chłopcy z różnych stron Stanów. Wielu było zbyt młodych, by móc legalnie uraczyć się alkoholem na przepustce, a jeszcze większa ich część nie posiadała odpowiedniej liczby lat, by móc zagłosować w wyborach na polityków, którzy ich do walki wysłali. Na tą lat mieli dostatecznie dużo, w tej kwestii prawo wszędzie na świecie jest bardziej liberalne. Byli, owszem, bardzo młodzi, ale przecież perfekcyjnie wyszkoleni w bazie marines, tylko że kiedy po długich chwilach zadziwiającej ciszy Japończycy rozpoczęli rzeź na plażach Iwo Jimy, chłopcy nagle orientowali się, iż te dziwne miauknięcia tuż koło ich uszu, to wrogie pociski, to śmierć szukająca żeru: – Rany boskie! Ci ludzie chcą mnie zabić! A na morderczą wojnę – w większości – poszli na ochotnika, choć nigdy nie interesowało ich zabijanie ludzi. Po Pearl Harbor uznali, że ich kraj został zbezczeszczony. Po latach wielu z nich, jak ojciec autora,  nie czuło dumy z powodu swojego kroku, w wyniku którego musieli zabijać i byli zabijani: Jak można być dumnym z tego, co było aż tak złe?

Przyznam, że przeczytałem już sporo o walkach na wyspach Pacyfiku, ale chwilami aż nazbyt chłodna, a w innych miejscach nazbyt gorąca narracja Sztandaru chwały spowodowała, że do mojej świadomości w pełni dotarło okrucieństwo tamtejszej wojny. Straty nie ustały zresztą wraz z zakończeniem walk na wyspie: z trzech bohaterów reportażu, jacy cało uszli z wyspy, jeden wytrzymał zaledwie 9 lat powojennego życia i zmagania się z traumatycznymi wspomnieniami, nim zapił się na śmierć. Drugi w wieku lat 45 popełnił samobójstwo. Wcześniej (wraz z jedynym, który dożył sędziwych lat – Bradleyem seniorem) stoczyli jeszcze jedną walkę, dla dwóch pierwszych trudniejszą niż ta z bronią w ręku. Wzięli udział w iście amerykańskiej kampanii propagującej obligacje wojenne.
Autor reportażu – co godne uwagi – nie uległ tu pokusie łatwizny i ustrzegł się schematu „biedni bohaterscy chłopcy w łapskach politykierów”. Rzeczowo i niezwykle obiektywnie ukazał tak blichtr „bohaterskiego” tournée po USA, jak i wielką wagę akcji – zebrano dzięki niej ogromną kwotę (prawie połowę rocznego budżetu Stanów Zjednoczonych), która w wielkiej mierze pozwoliła na dokończenie wojny.

Identyczny umiar zachował Bradley w ukazaniu powojennych losów bohaterów, choć ostrej ironii tam nie brakuje, ale też nie znajdzie się w Sztandarze chwały ani jednej fałszywej łzy czy nuty. I w tej partii reportażu, i w pozostałych udało się autorowi zachować równowagę między burzeniem mitów a brakiem taniego odbrązawiania i jest to podstawowa wartość tej książki. Emocji Bradley junior nie powściąga, ale nie daje im się wodzić za nos. Pisze prawdę. Co ciekawe, pozbawionego zadęcia podejścia do kombatanctwa, do samej ceremonii zatknięcia na Iwo Jimie sztandaru uczył się od dzieciństwa, kiedy to dopiero w szkole dowiedział się, iż jego ojciec jest jednym ze znanych całej Ameryce żołnierzy. W domu rodzinnym był to temat tabu (to nie jest temat, synu); John Bradley nawet z żoną rozmawiał o wojnie tylko kilkakroć, z synem-autorem raz jeden. Kilkadziesiąt lat z rzędu cała rodzina łgała, gdy dzwoniono z prośbą o wywiad – „wyjechał na ryby do Kanady”, na której ziemi „nieobecny wędkarz” nigdy w życiu nie postawił stopy. Taki właśnie stosunek do własnego bohaterstwa pozwolił Bradleyowi seniorowi częściowo otrząsnąć się z makabrycznych wspomnień, a jego syna doprowadził do napisania uczciwego reportażu o wykonujących obowiązek żołnierzach, a nie medialnie wykreowanych bohaterach. W myśl ojcowskiej maksymy – prawdziwymi bohaterami są ci, którzy z Iwo Jimy nie wrócili.

Sztandar chwały czyta się dobrze, nie jest napisany amerykańskim językiem pośpiesznym „ze stacji Max-Efekt City do Grand Honorarium Village”. Bradley w swej książce podaje wiele interesujących faktów, niejednokrotnie zupełnie nieznanych, a wartych poznania. Lektura Sztandaru… pozwala wyrobić sobie (w dużej mierze) nowe zdanie na temat rzekomo znany od podszewki, ponadto – wystające nader gęsto (jak zawsze w podobnych wypadkach) rafy banału, zostały skutecznie przez autora ominięte. Prawdopodobnie dlatego, że przytaczane fakty i opisywane zdarzenia nie służyły mu budowania tombakowego ołtarzyka, lecz przekazania swojej – pozornie banalnej, lecz w swej namacalności przejmującej – wizji wojny. Wojny jako wydarzenia burzącego zwykłe normalne życie „ludzi z ulicy”, ludzi kompletnie nieskłonnych do teatralnych gestów.
Bez żadnej przesady można rzec, jest to książka antywojenna, mimo iż mnóstwo w niej opisów bohaterskich zachowań i przykładów solidarności żołnierskiej. A może nie mimo, lecz właśnie dlatego? Może ukazanie bohaterstwa wojennego jako zwyczajności koniecznych zachowań, jako jedynie logicznych czynów, dokonywanych wielekroć niejako odruchowo, a nie w wyniku gorącego postanowienia zostania bohaterem wpływa na to, że każda strona tej książki tchnie prawdą?

W lutym wszedł na ekrany naszych kin film, który na podstawie Sztandaru chwały nakręcił Clint Eastwood. Patrząc wstecz na jego aktorskie i reżyserskie dokonania można się zastanawiać, czy to spaghetti-western, czy jednak Unforgiven. Z pewnością to drugie i spokojnie można kupić bilet, o ile reżyser poszedł tropem autora będącej podstawą scenariusza książki. A jest ona ze wszech miar godna polecenia.

 

Wrocław, 2 lutego 2007 r.