czyli jak uszyć wiktoriański kryminał na miarę naszych czasów

Sarah Waters
Złodziejka
Fingersmith
Tłum. Magdalena Gawlik-Małkowska
Prószyński i S-ka, Biblioteczka Interesującej Prozy
Warszawa 2004, str. 560

Uwielbiam literackie debiuty. Towarzyszy im zawsze większy dreszczyk emocji, niż przy czytaniu nowej powieści znanego mi już autora. W tej jednej krótkiej chwili, kiedy przekraczamy próg nieznanego, stąpając ostrożnie jak nieproszeni goście w pustych, ale przyciągających nas pokojach obcego domu, może się zdarzyć bardzo wiele. Albo poczujemy się tam jak w domu i odkryjemy nowego pisarza, który ma do opowiedzenia ciekawą historię i potrafi przykuć naszą uwagę, nie pozwalając myśleć o niczym innym, albo odkładając na półkę tę samą książkę będziemy wbijać sobie do głowy, aby już nigdy nie sięgać po tego rodzaju prozę i nie dać się zaprosić tam, gdzie z utęsknieniem będziemy wyczekiwać końca „wizyty”, spoglądając nerwowo raz po raz na zegarek. Czas poświęcony złej książce jest czasem bezpowrotnie utraconym. Zawsze znajdzie się lektura lepsza, której czytaniu mogliśmy się oddać bez reszty, zamiast przeżywać męki pośród nieporadnie poskładanych zdań i nudnej fabuły.
Nie będę ukrywać, że Złodziejka Sarah Waters odleżała swoje na półce w mojej biblioteczce. Czasami zniechęcała mnie objętość tej powieści, innym razem czułam, że nie mam dnia na taką literaturę. Cóż, autorka nieznana, powieść w wiktoriańskim stylu – jak głosi notka wydawcy – wszystko to wymaga czasu i wypoczętego umysłu. Aż nadeszły tegoroczne wakacje, sprzyjające odrobieniu zaległości książkowych. Biorąc na wakacyjny wyjazd debiutancką na polskim rynku powieść Waters, dokonałam słusznego wyboru.

Książka ta nie tylko spełnia kryteria dobrej, momentami wręcz porywającej lektury, ale i pokazuje, że praca na uczelni (pisarki) i specjalizacja w literaturze określonej epoki może zostać wykorzystana do tworzenia niezwykle wciągających i przełamujących schematy gatunku powieści.
Czymże jest bowiem udana i doceniona przez krytykę Złodziejka? Z jednej strony można by sprawę uprościć ogłaszając, że to nic więcej niż zgrabnie uszyty kryminał. Jednak czy takie zaszufladkowanie pasuje do sukcesu, pochlebnych ocen, nominacji i nagród? Zdecydowanie nie. Trafnym zabiegiem podnoszącym walory tej książki jest pomysł na przewrotną fabułę, wykorzystanie wiedzy o życiu ludzi w epoce wiktoriańskiej i uczynienie z dość sztywnego i ograniczonego gatunku mieszanki sensacji, powieści obyczajowej i historycznej. Sprawdza się w tym przypadku stara zasada, że pisarz, a na pewno taki, który nie ma jeszcze bogatego dorobku i doświadczenia, powinien poruszać tematy, na których się zna i które są mu bliskie, potrafiąc wiarygodnie opisać świat zrodzony w jego wyobraźni. Sarah Waters, Angielka urodzona w drugiej połowie lat sześćdziesiątych, absolwentka literatury na uniwersytecie w Canterbury, wykorzystała swą wiedzę idealnie. Pisarka ma doktorat z literatury brytyjskiej i uchodzi za znawczynię powieści wiktoriańskiej. Do znaczących i lubianych pisarzy tego okresu zalicza Charlesa Dickensa, siostry Brönte, Oscara Wilde’a, Brama Stokera, Louisa Stevensona i W.M. Thackeray’a. W Złodziejce wyczuwa się style tamtych prozaików i czerpanie inspiracji z ich najlepszych dzieł. Sama Waters nie unika wskazywania źródeł, z których czerpie swą wiedzę i pomysły. Również w polskim wydaniu załączono na końcu książki bibliografię, która była niezbędna przy konstruowaniu realiów epoki, postaci i fabuły.

O ile w poprzednich recenzjach mogłam dość wnikliwie opowiadać o treści przeczytanych książek, wiedząc, że nie zabiję tym samym radości ich poznawania przez kolejnych Czytelników, o tyle ze Złodziejką mam problem. Bowiem majstersztyk tej powieści polega na jej konstrukcji i zdecydowanych, mocno zaskakujących zwrotach akcji. Rzadko zdarza się, aby pisarz równie sprawnie wodził czytelnika za nos i podsuwał mu pewne poglądy, które ten przyjmuje jako pewnik, aby w miarę poznawania książki wszystko odwrócić do góry nogami, zostawiając go z chaosem w głowie, uczuciem niedowierzania i zaskoczenia. A Waters tak sobie właśnie z Czytelnikami pogrywa. Nie ma oporów przed zburzeniem nam świata, który wydawał już się poznany i uporządkowany. Myślisz, że jesteś taki przebiegły i wiesz już wszystko? – zdaje się pytać pisarka, kiedy w kolejnym rozdziale kieruje akcję ku zdarzeniom, których w ogóle nie braliśmy pod uwagę.

Bo cóż otrzymujemy decydując się na tę lekturę? Najpierw serwuje się nam piękną opowieść o Susan Trinder, złodziejce z ubogiej dzielnicy Londynu, która zostaje uwikłana w misterny plan zdobycia fortuny i musi opuścić miasto, aby udać się do podupadłej wiejskiej posiadłości w Briar, gdzie ma do odegrania pewną rolę. Susan ma zostać służącą dla młodej damy – Maud Lilly, zamieszkującej to pokaźne domostwo wraz ze zdziwaczałym i starym wujem. W przypadku powodzenia planu może zyskać sporą sumę i odmienić swe nędzne życie córki złodziejki i morderczyni, która została publicznie osądzona i skazana na śmierć na jednym z placów miasta. Pamięć matki, która zakończyła swe młode życie pod toporem kata oraz skromne warunki domu pasera i oszusta, gdzie spędziła wszystkie lata swego życia sprawiają, że dziewczyna szuka każdej najmniejszej nawet okazji do opuszczenia z góry przeznaczonej ścieżki życiowej. Skomplikowany, ale realny plan zdobycia majątku staje się motywacją działań, w których Susan nie liczy się z żadnymi konsekwencjami, prąc prosto do celu i nie oglądając się na boki oraz nie zważając na problemy, z którymi przyjdzie jej się zmierzyć.

Tak zarysowana fabuła może wydawać się prosta i mało porywająca. Ale nie dajmy się oszukać. To dopiero początek gry. Tak naprawdę nie znamy jej reguł, a bohaterce przyjdzie zapłacić wysoką cenę za każde działanie mające przybliżyć ją do upragnionego celu.
Zmyślna konstrukcja tej powieści polega na zamknięciu akcji w trzech zdecydowanie odrębnych księgach. Dwie z nich opisują prawie ten sam okres czasu z dwóch różnych punktów widzenia, czyli Susan i Maud. Trzecia stanowi klamrę spinającą to, co ujawni się Czytelnikowi mającemu możność spojrzenia na ciąg zdarzeń oczami dwóch bohaterek. A świat obu kobiet to zupełnie odrębne historie, różne pozycje społeczne, inne wychowanie i przeciwne charaktery. Los żadnej z nich nie jest usłany różami. Waters szczegółowo ukazuje trudną dolę kobiet w epoce wiktoriańskiej, świat zdominowany przez mężczyzn, w którym kobiety miały do odegrania określone role, ograniczone konwenansami i dawną tradycją. Widać to w wielu scenach tej skomplikowanej intrygi i gdyby akcja nie dotyczyła określonego okresu w historii Anglii, wszystko mogłoby być o wiele prostsze. Urok tkwi jednak w tym, że w tej historii nie ma rzeczy nieskomplikowanych.

Sarah Waters często zaliczana jest do grona pisarek feminizujących. Sama zdecydowanie nie opowiada się po jednej ze stron, ale prawdą jest że skupia swą uwagę głównie na losie kobiet, pomniejszając w swych opowieściach rolę mężczyzn. O ile w Złodziejce mężczyźni występują jeszcze jako konieczni bohaterowie – opiekunowie i towarzysze bohaterek, o tyle w kolejnej wydanej w Polsce Niebanalnej więzi zdecydowanie skupia się na przedstawieniu losów postaci żeńskich.
Pisarkę doceniono już w chwili debiutu, który miał miejsce w końcu lat dziewięćdziesiątych. Dotąd ukazały się jej cztery powieści, z czego dwie są dostępne już polskiemu Czytelnikowi. W 2002 Waters uhonorowano nagrodą Stowarzyszenia Autorów Powieści Kryminalnych. W 2003 kwartalnik Granta przyznał pisarce tytuł Najlepszego Autora spośród Młodych Brytyjskich Powieściopisarzy. Od tego czasu Waters okrzyknięto nadzieją brytyjskiej literatury. Myślę, że swoją pracą i książkami spełnia pokładane w niej nadzieje i zasługuje na wszystkie zaszczyty.

Akcja Złodziejki rozgrywa się w 1862 roku. Obie bohaterki mają po osiemnaście lat i są sierotami. Autorka nie unika wątku wzajemnej fascynacji, jaka z czasem rodzi się pomiędzy Maud i Susan. Napięcie erotyczne i opisy miłosne dotyczą w tym przypadku również wyłącznie kobiecych bohaterek. Fakt, że pisarka wplata w swą opowieść miłość pomiędzy kobietami sprawia, że przełamuje typową konwencję dziewiętnastowiecznej powieści, w której nie byłoby miejsca na takie uczucia. Bliskość między nimi narasta jeszcze bardziej, kiedy odkrywają, że miały podobny los, mimo wychowania w skrajnie różnych światach. Wspólnota przeżyć zdawała się wiązać je ze sobą niewidzialną nicią. Ta książka – wbrew powrotowi ku, zdawałoby się, niemodnej i przebrzmiałej już literaturze – właśnie poprzez podporządkowanie się konkretnej epoce zyskuje zalety, które doskonale podnoszą jej walory. Waters zdecydowanie wie jak uwieść Czytelnika i sprawić, by ten nie chciał odłożyć jej książki na półkę zanim nie zapozna się z rozwiązaniem zagadek, mnożących się w kolejnych, fascynująco napisanych rozdziałach. Bo Złodziejkę czyta się jednym tchem. Kiedy przyjdzie się nam zapoznać z punktem widzenia obu bohaterek, nic nie jest w stanie pohamować nas przed zagłębieniem się w ostatniej części mistrzowsko łączącej wątki i zamykającej w całość niedopasowane dotąd elementy łamigłówki.

Cieszy mnie fakt, że wśród mnogości młodych brytyjskich pisarzy pojawił się donośny głos Sarah Waters, skupiający swą uwagę na losach kobiet. Głos ten równie przepięknie opisuje epokę, po której zostały już tylko dokumenty i opracowania naukowe. Próbami powrotu do literatury wiktoriańskiej były już przecież dokonania Antonii Susan Byatt w nagradzanym Opętaniu czy Aniołach i owadach.
Waters jeszcze bardziej drobiazgowo oddaje szczegóły życia w czasach, kiedy głos mężczyzn mógł zadecydować jaką ścieżką życia podąży bliska mu kobieta. Dla Maud tym głosem był wuj, właściciel posiadłości w Briar, który przysposobił ją do pomocy przy katalogowaniu określonego gatunku książek. Dla Susan wyrokiem na życie był nęcący pomysł zdobycia majątku, który przedstawił jej oszust i fałszerz, Richard Rivers, odwiedzający pasera, u którego od dziecka mieszkała. Dla mieszkańców Briar Richard podawał się za majętnego przedsiębiorcę zdolnego utrzymać siebie, przyszłą żonę i prowadzić dostatnie życie. Powieść wiktoriańska stała się więc tutaj tylko schematem, ramą, do której dopasowała Waters główne wątki, nie bojąc się przełamywania konwencji i tworząc współczesną odmianę gatunku.

Po lekturze Złodziejki, która była pierwszym kontaktem z twórczością Sarah Waters mogę jedynie dodać, że odtąd pisarka znalazła się w gronie moich ulubionych prozaików i z ciekawością sięgnę wkrótce po jej drugą powieść, wyczekując równocześnie zapowiedzi pojawienia się na rynku pozostałych dwóch książek. Złodziejka oderwała mnie od rzeczywistości, oddalając na dalszy plan chęć snu i cieszenia się atrakcjami letniego wyjazdu. Była swoistą podróżą w czasie, przeniesieniem w odległą epokę, którą zwiedza się i ocenia z punktu widzenia człowieka XXI wieku. Pozostaje mieć tylko nadzieję, że wysoka poprzeczka, którą wyznaczyła sobie autorka tworząc tak doskonałą historię, nie okaże się barierą nie do pokonania. Osobiście wierzę, że ten gatunek i konwencja ma przyszłość i nie zawaham się przed ryzykiem wkroczenia w całkiem nowy świat, który Waters śmiało oddaje w ręce Czytelników. Dla mnie Złodziejka, mimo bazowania na sprawdzonym gatunku, jest świeżym powiewem, a Waters pośród nowych twarzy młodego pokolenia brytyjskich literatów wydaje się osobą, o której jeszcze usłyszymy i która potrafi nie raz nas jeszcze zaskoczyć.