Jonathan Carroll
Zakochany duch
The Ghost in Love
tłum. Jacek Wietecki
Dom Wydawniczy REBIS
Seria: Salamandra, Poznań 2007, str. 286

Dla miłośników prozy przesiąkniętej grozą, tajemnicą, magią i elementami fantastyki książka ta jest jedną z najbardziej oczekiwanych premier jesieni.

Zakochany duch wzbudzał emocje już w chwili, kiedy dwa lata temu Jonathan Carroll – podczas podróży promującej w Polsce swą najnowszą książkę – zdradził na spotkaniu autorskim pierwsze zdanie powieści, nad którą właśnie rozpoczął pracę. Jak wie każdy zwolennik jego książek, pierwsze zdania powieści mają niebagatelne znaczenie i muszą być wyjątkowe i intrygujące.

Tak było również tym razem. Zapowiadała się kolejna niezwykła historia, a tego przecież po tym autorze oczekujemy. Kiedy piszę te słowa wiem, że niewiele osób w Polsce mogło poznać już treść książki. Za tydzień odbędzie się jej oficjalna premiera, za kilkanaście dni pisarz po raz kolejny odwiedzi Polskę. Nie wiem, jak wielu fanów przeczyta Zakochanego ducha przed spotkaniami ze swym ulubionym pisarzem, ale czuję że jego treść znowu podzieli grono czytelników na dwa obozy: tych zachwyconych i tych, którzy powiedzą, że Carroll skończył się już po drugiej czy trzeciej książce. Ja należę do grupy pierwszej. Odkąd w 1987 r. przeczytałam drukowaną w odcinkach w miesięczniku Fantastyka jego debiutancką powieść Kraina Chichów, do dziś pozostałam mu wierna i zawsze sięgam z ekscytacją po wszystko co nowego napisze.
Ale nie jestem ślepo i bezkrytycznie zapatrzoną fanką. Zaślepienie wyklucza krytycyzm, nie daje szans na dostrzeganie słabych punktów i potknięć. Ja je, niestety, wyłapuję. Piszę „niestety”, bo po lekturze Chichów – w moim mniemaniu powieści idealnej – miałam nadzieję, że odtąd może już być co najmniej równo albo nawet lepiej. Ale Carroll na przestrzeni ostatnich dekad okazał się twórcą nierównym, mającym swoje lepsze (jak choćby najnowszy Zakochany duch) i gorsze książki. Jakkolwiek by było, wywierały one na mnie ogromne wrażenie i w każdym egzemplarzu mam pozakreślane istotne dla mnie fragmenty. Od samego początku podziwiałam to, że był twórcą outsiderem, kimś, kto opisuje nasze realne życie za pomocą tak niezwykłych, niecodziennych opowieści, że wywraca je na drugą stronę, a przy tym pisze tak, jakby te niezwykłości były dla każdego z nas całkiem naturalne.

Dreszcz emocji i groza czająca się tuż obok znowu potowarzyszy naszej lekturze. Zakochany duch potrafi nieźle przestraszyć, ale jego głównym zadaniem jest potrząśnięcie czytelnikiem i skierowanie jego myśli na sens życia i nieodzowność śmierci. Brzmi to może bardzo banalnie, bo czyż nie o tym traktuje niemal cała literatura? Carroll na szczęście nie jest  zjawiskiem powtarzalnym. Choć wielu krytyków pewnie by się z tym nie zgodziło. Owszem, można pokusić się i spróbować napisać coś w jego stylu, lecz dogonić mistrza jest trudno. Kiedy zaczynał, nie było na rynku księgarskim tak skonstruowanych historii. Albo się było pisarzem SF, albo tworzyło powieści realistyczne. On jednak od debiutu zdecydował się pozostać na rozdrożu, czerpiąc z kilku gatunków to, co w nich najlepsze, doskonale wyważając proporcje. Zawsze był trudno klasyfikowalny. Sam nie cierpi przypisywania go do któregokolwiek gatunku i dopytywania jakiemu nurtowi literatury jest wierny. Kiedyś opowiedział na spotkaniu z czytelnikami, że pisanie powieści jest czynnością bliską przyrządzaniu smacznej sałatki. Trzeba znać składniki oraz ilość. I wszystko dobrze ze sobą zmieszać, a wtedy otrzymujemy coś naprawdę smakowitego.

Oczywiście, patrząc w ten sposób na proces tworzenia można by dopowiedzieć, że skoro istnieje przepis na dobrą powieść, to każda kolejna jest niemal kopią poprzedniczki, że to proces bardzo przewidywalny, wręcz mechaniczny i zabija się całą twórczość przez duże „t”, obcowanie z Muzą, kreowanie… Nie chce mi się wierzyć, że ktoś sięgający po prozę Carrolla, Coelho, Marqueza, Rowling, Pearlsa czy innego poczytnego pisarza chce tak naprawdę wejść na zupełnie nieznany sobie grunt. Będąc miłośnikiem czyjejś prozy tak naprawdę pragniemy poczuć się jak w domu – ponownie wejść w znane otoczenie, styl, pejzaż. Oczywiście każda nowa książka jest zagadką, której rozwiązanie kryje się w ostatnim zdaniu, ale oczekujemy powrotu do świata wspomnień, gdzie kiedyś czuliśmy się wyjątkowo. Składniki i proporcje to jedno, a talent narratorski i umiejętność skłaniania do refleksji, a co za tym idzie zapadanie w pamięci czytelnika, to coś więcej niż odtwórcze zapisywanie kolejnych stronic. I choćbyśmy znali najlepszy przepis, nie jest dane każdemu z nas napisać wyjątkową powieść.

   Zakochany duch jest utrzymany w konwencji rozpoznawalnej w całej dotychczasowej twórczości Carrolla. Widzimy tutaj jednak efekt pracy pisarza, który od czasu swego debiutu przeżył kilkadziesiąt kolejnych lat i ma znacznie szersze spojrzenie na świat oraz doskonalszy warsztat. Czy ma nam do powiedzenia nadal coś ciekawego? Czy potrafi zatrzymać przy książce współczesnego, ogarniętego pędem świata człowieka? Zdecydowanie tak. Pod warunkiem, że ktoś z góry nie odrzuca takiego rodzaju literatury, gdzie realizm spotyka się z czymś nadprzyrodzonym, gdzie codzienny przedmiot może przestraszyć, a długoletni partner zaskoczyć nas zachowaniem. Jeśli nie boimy się pytać o prawdziwość niezwykłego zdarzenia z pogranicza jawy i snu, nie stronimy od prozy Carrolla. Z biegiem lat odkrywamy w jego książkach coraz więcej mistyki i głębokich życiowych refleksji. Kiedyś pisarz snuł może nawet bardziej fantastyczne historie, ale nie stawiał wielu pytań, pozwalał pewnym rzeczom się po prostu dziać, nie dociekał sedna, nie zaglądał pod podszewkę życia. Teraz nie zadowala się już samym istnieniem tajemnicy. Dziś Carroll chce ją poznać, rozszyfrować, rozłożyć na czynniki pierwsze, ujawnić w świetle dnia i pokazać czym tak naprawdę jest ta magia, skąd ona pochodzi i co, albo kto, nią steruje.
Wciąż powracającym motywem jego książek jest śmierć i wizja tego, co dzieje się z nami po przekroczeniu cienkiej granicy życia i śmierci.

Życie i śmierć nie idą w parze. Nie mogłyby z sobą zatańczyć, bo każde chciałoby prowadzić. Współistnieją ze sobą na tej zasadzie, że jedno zależy od drugiego. W istocie gardzą sobą nawzajem, tak jak noc gardzi dniem i na odwrót. Gdyby były bliźniakami, zadusiłyby się w kołysce. Każde pachnie w specyficzny sposób. Wszystko, co żyje tchnie wonią ciepłą, organiczną, niestałą. Aromat śmierci jest zimny i niezmienny.

Zakochany duch z wnikliwością naukowca analizuje zjawisko przeznaczenia i tego, czy zapisany gdzieś trwale nasz los można odwrócić. A jeśli każdemu z nas jest przypisany indywidualny program określający z detalami przebieg naszego ziemskiego życia, to czy nie może się w nim ujawnić jakaś wada. A idąc dalej tym tokiem rozumowania to czy jedna mała usterka wywoła tylko niewielką mutację w naszej codzienności, czy sprowadzi od razu wielki kataklizm.
Carroll nie raz próbował ogarnąć byt ludzki i opisać go jako dobrze funkcjonujący element większej całości – czegoś, co dla jednych jest bogiem, a dla innych może być jakąś cudowną siłą natury czy naukowym zjawiskiem. Zakochany duch stawia odważne pytania o możliwość omylności tego boga/organizatora porządku świata. Czy stworzenie świata (program komputerowy) – proces budujący świat i ludzkie istnienia może nagle zostać zakłócone i wyświetlić na monitorze nieba komunikat o nieznanym i niespodziewanym błędzie systemu? A może Anioły Ciemności to podstępni twórcy wirusów, którzy chcą popsuć szyki „programiście” i wprowadzić na ziemi chaos? Co się dzieje kiedy po miliardach dobrze zaprogramowanych bytów wszystko zaczyna się psuć, a ludzie którzy mieli umrzeć wciąż mają się dobrze? Czy to co nas dotyka, jest siłą zewnętrzną, z obcego tajemniczego świata czy pochodzi z nas samych i tej części naszego bytu, której jeszcze zupełnie nie rozumiemy?
Takie pytania stoją u podstaw fabuły Zakochanego ducha. Mamy w nim parę głównych bohaterów, życiowych partnerów, kobietę – German Landis oraz mężczyznę – Bena Goulda. Ich związek miał lepsze i gorsze chwile, ale przetrwał. Jednak teraz coraz dziwniejsze zachowanie Bena skłania German do podjęcia decyzji o odejściu. Skąd te nieprzewidywalne u ukochanego gesty, wypowiedzi, decyzje? Otóż są one skutkiem poważnych zakłóceń i problemów po drugiej stronie życia. Tam, gdzie dotychczas panował ład, wkradł się mętlik. „Tam” jest teraz bliższe ziemskiemu życiu, które od dawna zostało zdominowane przez uczucie lęku, poddawanie się presji otoczenia i oczekiwaniom innych.

Rodzimy się ze wszystkim, czego nam trzeba do szczęścia i spełnienia. Ale gdy świat zaczyna nas przerażać, rozmieniamy się na kawałki, aby zażegnać niebezpieczeństwo. To rodzaj wymiany: nie chcesz się bać, więc rezygnujesz z części siebie. Oddajesz swoją godność, dumę, odwagę… Po co ci godność, jeśli żyjesz w ciągłym lęku? Więc pozbywasz się jej – na razie. Później tego żałujesz, gdy okazują się potrzebne. Ale duma, godność i odwaga zniknęły. Nie możesz się na nich oprzeć.

Ben ulega wypadkowi, którego skutkiem powinien być zgon, bo to było mu przeznaczone. Jednak z choroby wychodzi cało. Okazuje się, że nie tylko jego to spotkało. Takich ludzi wyrwanych z paszczy śmierci jest więcej. Pozostanie przy życiu nie jest jednak bezkarne. Niesie za sobą skutki trudne do zaakceptowania nie tylko ocalonym. Przywrócony życiu może zacząć widywać zesłane na ziemię duchy, potrafi wchodzić w świadomość innej odratowanej osoby, jeśli i ona wymknęła się swemu przeznaczeniu; może wędrować w czasie po różnych okresach swego życia, ale nie ingerując w bieg zdarzeń; zaczyna rozumieć mowę zwierząt i kreować zjawiska o jakich nie miał dotąd pojęcia. Ale, jak pokazuje życie, nawet pewne stałe reguły mogą zacząć się chwiać i podlegać zmianom. W miarę śledzenia losów Bena, orientujemy się, że jedyną stałą regułą jest brak jakiejkolwiek reguły. To odkrycie skupia czytelnika na sobie samym i każe mu pomyśleć o jego własnym życiu, o przeszłości i o tym, jak wykorzystał lub zaprzepaścił dane mu szanse. Czy można pertraktować z losem? Czy można zmienić bieg zdarzeń? Czy tutaj na ziemi towarzyszą nam duchy zesłane, aby nam pomóc? Czy sami jesteśmy kowalami naszego losu, czy tylko odgrywamy napisaną nam rolę? Jak żyć ze świadomością, że każdy z nas nosi w sobie demona i anioła jednocześnie? Jaki byłby nasz wyraz twarzy, gdyby te dobre i złe nasze „ja” kiedyś nas odwiedziły i spojrzały głęboko w oczy? Czasami dajemy dojść do głosu naszym najgorszym cechom. Wtedy trudno  z nami wytrzymać, a my, choć zdajemy sobie sprawę ze naszego okrucieństwa, nie umiemy naszych demonów obłaskawić i odesłać daleko na wieczną tułaczkę. Carroll przypisuje spore znaczenie w naszym życiu chwilom z przeszłości. Trudno zaprzestać sięgania pamięcią wstecz. Przeszłość jest w nas na dobre . Doświadczenia minionych lat budują nas każdego dnia. Pewnie wielu czytelników potrafi niemal od razu przypomnieć sobie najgorszy i najlepszy dzień w swoim życiu. Ale nie tak łatwo jest już odnaleźć pamięcią przebieg ostatnich dni.

[…] Przez większość czasu nasze „teraz” jest nudne i nijakie. Siedzimy przy stole. Idziemy do kuchni. Idziemy do toalety. Idziemy na spacer. Ucinamy sobie drzemkę. Szafujemy czasem, bo i tak nikt go nam nie odbierze. Nie pamiętamy naszych dni, bo większość z nich przypomina bezwonne powietrze.Co robiłeś przedwczoraj po południu? Kiedy ostatnio śmiałeś się do rozpuku? Albo zjadłeś coś, co sprawiło, że zamknąłeś oczy i westchnąłeś z lubością? Dlatego pamiętamy chwilę, gdy w powietrzu rozszedł się upojny aromat.

Większość z nas ma takie jedno wspomnienie, na które składa się chwila, do której bez namysłu chciałoby się powrócić – zatrzymać ją w czasie na całą wieczność. Przychodzi do nas jak wezwany pies, ale czy pamiętamy jej zapach, odgłosy towarzyszące temu zdarzeniu, nasze myśli sprzed lat? Bohaterowie Zakochanego ducha odnajdą swoje chwile szczęścia wraz z całym wachlarzem odczuć. To jedna z najpiękniejszych scen tej książki, bo taka prawdziwa, że aż magiczna, naładowana emocjami, nad którymi trudno przejść do porządku dziennego. W ogóle miałam wrażenie podczas tej lektury, że poprzez historię Bena przemawia do nas bardziej refleksyjny i dojrzały Carroll. To człowiek, który przeżył wiele i potrafi z tych doświadczeń skorzystać jako pisarz. Czerpie ze zwykłych i tych ważnych chwil to, co najwartościowsze, co jest bardzo ludzkie, a przez to tak bardzo przemawia do czytelnika i chwyta go za serce.
Dla uspokojenia wszystkich miłośników jego prozy dodam, że znajdą na kartach tej książki gadające psy, verze – dziwne białe psopodobne istoty bez uszu pokryte piktogramami, dobre i złe duchy oraz wędrówkę w czasie i przestrzeni. Co ciekawe pisarz – znany dotąd jako miłośnik psów – sporo miejsca i refleksji poświęcił również kotom, które mają tutaj do wypełnienia ważną misję, jako istoty o niezwykle czułym węchu. Wnikliwi czytelnicy odnajdą w Zakochanym duchu wplecioną w przeszłość głównego bohatera historię, jaka przydarzyła się w dzieciństwie Jonathanowi. Przeżyciem tym pisarz podzielił się z fanami na łamach swojego blogu. Poza tym tradycyjnie już pojawia się tutaj też wspólny element łączący tę książkę z innymi powieściami. Tym razem jest to miejsce, a nie osoba. Ciekawostką jest też fakt, że okładkę do polskiego i – jak już wiadomo – także anglojęzycznego wydania Zakochanego ducha zaprojektował syn pisarza – Ryder Carroll. Zatem jeśli lubicie smak literackiej sałatki, jaką przyrządza dla nas średnio raz na dwa lata Carroll, zapraszam do posiłku. Doskonale rozpoznacie ten smak, ale powtarzalność aromatów ma w tym przypadku wydźwięk jedynie pozytywny. To coś na co czeka się z przyjemnością, co serwowane z umiarem może wywołać jedynie pomruk zadowolenia.

W dniach 22-27 października pisarz po raz kolejny odwiedził Polskę. Tym razem spotkał się z czytelnikami w Warszawie, Białymstoku, Olsztynie i Krakowie, gdzie był gościem Targów Książki.