Patrick Redmont
Czarne słońce
Apple of my Eye
Tłum. Jan Hensel
Wydawnictwo Amber, Srebrna Seria
Warszawa 2003, str. 336

Nie przepadam za gatunkiem nazywanym thrillerem. To słowo-worek, do którego wrzuca się różne fabuły, często mające niewiele z thrillera albo będące jego przerysowaniem lub parodią. Zbyt szybko i łatwo przykleja się etykietkę thrillera kryminałom, dobrej sensacji, opowieściom grozy, a nawet horrorom.
Wszystko jednak zależy od punktu spojrzenia i osoby dokonującej klasyfikacji. Rzadko sięgam po taką literaturę, bo wbrew dobrym założeniom, współcześni autorzy często po prostu zawodzą, a wydawnictwa kuszą marketingowymi hasłami. W praktyce łatwiej sprzedać thriller niż kryminał, a my, skuszeni do zakupu, otrzymujemy jeszcze jeden słabiutki i przewidywalny gniot. Piszę o moich zawiedzionych nadziejach, aby kontrastowo wskazać pisarza, który świetnie zna się na swojej pracy i nie odbiega od głównego nurtu gatunku. Nieznany mi wcześniej Patrick Redmond idealnie odzwierciedla moje osobiste rozumienie gatunku i wzorcowo spełnia oczekiwania stawiane wobec autora thrillerów.

Może kogoś obrażę albo wydam się obrazoburcza, ale tak poczytny i reklamowany Harlan Coben (a osobiście próbowałam) przy kolejnej swojej książce rozczarowuje powtarzalnością i schematycznością tworzonych historii. Jeśli przyjrzymy się zawartości księgarskich półek i podziałowi na gatunki, to okazuje się, że thrillery piszą również: Matthew Pearl, Dan Brown (thrillery historyczne) i Robin Cook (thriller medyczny). No i Stephen King oczywiście, który szusuje zgrabnie w ramach kilku poczytnych gatunków.
Ale King to mistrz, który popełnił kiedyś książkę Jak pisać – z pamiętnika rzemieślnika z bardzo dobrymi i trafnymi radami dla początkujących literatów. Cóż, sądząc po poziomie wielu książek, poradnik ten nie jest popularny i niestety nie widać, aby wielu debiutantów wzięło sobie cokolwiek ze słów guru grozy do serca. Może dlatego nie potrafię w ogóle przekonać się do thrillerów z list bestsellerów, natomiast chętniej daję szansę nazwiskom mniej znanym, mając nadzieję, że pisarze o niższych gażach, będący wciąż na tzw. dorobku, nie pójdą na łatwiznę. Patrick Redmond nie rozczarował mnie w tej kwestii. Ale powiedzmy szczerze – niezbyt trafia on w gust masowego odbiorcy.
Moje oczekiwania to raczej dziwna hybryda, jakiś dziwoląg z gabinetu osobliwości, a nie „zapotrzebowanie rynku”. Lubię napięcie dawkowane w rozsądnych ilościach, ale tak, że pod wpływem kilku słów czy opisu drobnego gestu skóra zaczyna cierpnąć, a ciało przeszywa dreszcz. Moim numerem 1 gatunku stał się od czasu lektury Czarnego słońca właśnie jego autor. Jeśli ktoś będzie chciał znaleźć w tej książce coś pokroju wymienionych wcześniej pisarzy, niech w ogóle po nią nie sięga. Bliżej Redmondowi do napięcia i narastającego niepokoju z Soboty czy Przetrzymać tę miłość Iana McEwana albo W świetle dnia Grahama Swifta, niż powieści Cooka, Browna czy Cobena. No, ale tak naprawdę nikt nie zalicza McEwana czy Swifta do autorów thrillerów. Więc sukces raczej nie jest Redmondowi pisany.

O gustach – jak wiadomo – nie dyskutuje się, tak jak nie zdradza się wiele z samej fabuły i problematyki powieści, w której akcja rozwija się proporcjonalnie do narastającego napięcia, zmierzającego ku wielkiemu finałowi. O ile odbiorowi innych książek pobieżne streszczenie nie musi zagrażać, to Czarnemu słońcu odebrałoby najważniejsze atuty. Nie jest to lektura z wartką akcją rodem z kina sensacji. Nie ma pościgów, zgiełku i wrzawy miasta, wiecznie przemieszczających się w terenie postaci, pośpiechu współczesnego życia. To raczej powieść statyczna, choć pod podszewką spokoju tkwi wielki mrok i niepokój, skrzętnie skrywane tajemnice i nieprzewidywalne zło.
Jej akcja rozpoczyna się w Londynie w czasie II wojny światowej. Poznajemy romantyczną historię miłości, z gatunku tych, do jakich często dochodziło podczas działań wojennych. Romans młodej nastoletniej dziewczyny ze starszym żołnierzem, jego słodkie obietnice, potem powrót na front, jej ciąża i brak szczęśliwego zakończenia. Główny bohater – chłopiec o imieniu Ronnie – jest owocem wojennej namiętności. Matka – sierota wojenna, przygarnięta przez dalekich krewnych – wychowuje go pośród całkowitego braku akceptacji otoczenia. Wciąż niewyleczona z niedawnej miłości, ślepo i bezwarunkowo przelewa ogrom swego uczucia na potomka, uważając go za centrum wszechświata, bezgraniczne dobro i chodzący ideał. Uczucia do ojca dziecka przerzuciły się na synka – jej oczko w głowie, Słoneczko – jak lubiła go nazywać. Ronnie raz po raz przy różnych okazjach słyszy powtarzaną zgodnie historię, że tata powróci, odnajdzie go i razem z jego mamą zabierze do ich własnego domu. Lata mijają, chłopiec rośnie i nic takiego oczywiście się nie zdarza. Dziecko nosi więc w sobie ogromny, narastający żal, a słowom matki przestaje już ślepo ufać. Skoro jej obietnice z roku na rok brzmią jednakowo, nie znajdując spełnienia w rzeczywistości, Susan traci pomału swój autorytet w oczach chłopca. Genialnie opisane napięcia tylko powiększają rodzącą się między nim a matką przepaść pokoleniową. To on na co dzień dotkliwie boryka się z prześladowaniem na ulicy i w domu, gdyż dzieci przyszywanej ciotki dręczą go na każdym kroku, wypytując ironicznie o ojca, który nigdy nie powrócił.
Susan bywa ślepa w niektórych sytuacjach, pielęgnuje w swym sercu fałszywy obraz Ronniego. Jej kochany synek to postać wyidealizowana, nieprawdziwa, a przesłanki mogące zburzyć ten ideał spycha daleko w podświadomość, odrzucając jakąkolwiek możliwość skazy na jego osobie. Z biegiem czasu w Ronnim zachodzą niepokojące zmiany, ale matka nie stara się ich dostrzec. Chłopiec odkrywa więc swoje prawdziwe „ja” w mrocznych rysunkach skrywanych w szufladzie, do której tylko on ma dostęp. Przed matką odstawia teatrzyk, grając nieustannie rolę Słoneczka, czyli takiego, jakim chce go widzieć rodzicielka. Ta sytuacja będzie już nie do odwrócenia.

Jak już wspominałam, nie mogę zdradzać fabuły, bo lektura Czarnego słońca straciłaby sens. Ale zapewniam, że im dalej zabrniemy w tą historię, tym większe przerażenie ona wywoła. Ronnie pomału zacznie odkrywać i ujawniać swą prawdziwą naturę. Jako dorastający młodzieniec trafi w szkole na żeński odpowiednik samego siebie – urodziwą Susan, również nieakceptowaną przez rówieśników i społeczność. A żeby było jeszcze trudniej, dzieciaki zakochają się w sobie, co w efekcie przyniesie zgubne skutki, zważywszy na trudne charaktery i pokłady mroku w ich duszach. Tylko przed sobą otworzą się do końca. Tylko sobie zaufają. Ale efektem tych decyzji może być już tylko tragedia: dla nich, ich rodzin i społeczności, w której żyją.

Kim jest twórca tej przeszywającej do szpiku kości historii okrucieństwa mieszkającego w ludzkich sercach, które uśpione latami, w końcu znajduje upust w makabrycznych zdarzeniach? Patrick Redmond to Brytyjczyk urodzony w drugiej połowie lat sześćdziesiątych. Studiował prawo w ojczyźnie i Kanadzie. W 1999 roku popełnił swą pierwszą powieść Gra w życzenia (The Wishing Game), po której w Anglii okrzyknięto go nowym mistrzem thrillerów psychologicznych. Klasyfikacja ta jest jak najbardziej trafna, bowiem pisarz skupia się głównie na analizie skomplikowanej struktury ludzkiej psychiki.
U nas Redmond nie jest królem gatunku. Jego nazwisko zupełnie nie bywa kojarzone z książkami, których jest autorem. Trochę to i szkoda, bo wielu czytelników po prostu nie będzie miało okazji zetknąć się z jego prozą.
Czarne słońce jest trzecią powieścią jego w dorobku. W tym roku wydał już na Wyspach najnowszą książkę pt. All She Ever Wanted. Brytyjczyk, wierny swojemu tematowi, niezmordowanie wraca do analizy pokręconych, zwichniętych losów. Jego postacie są przejmująco prawdziwe, co jest rzadkością u innych twórców thrillerów. Psychologiczne łamigłówki obecne na kartach powieści Redmonda rażą nas celnością, już od pierwszych stron zachęcając do dalszego penetrowania problemu i podążania ku zaskakującemu rozwiązaniu.

Recenzja ta ukaże się w okresie przedświątecznym. Mimo że zwyczajowo życzymy sobie spokojnych świąt, to z całą odpowiedzialnością polecam thriller Redmonda. Niepokój i groza są zamknięte na kartach książki, więc jedynie w czasie lektury będziemy obcować z niepokojami tego świata i mrocznymi zakamarkami natury młodych bohaterów.
Tę historię najkrócej można podsumować stwierdzeniem, że bywają ludzie, o których nie mamy pojęcia na co ich stać, dopóki w odpowiednich warunkach puszczą pewne bariery. Wtedy, ku zgrozie otoczenia, myśl staje się czynem, a skutki tego mogą być katastrofalne. O tym jest właśnie Czarne słońce – o chwili pociągnięcia szlabanu w górę, kiedy z rozpędem wpadamy w nieznane i w rezultacie lądujemy w pułapce nas samych. Czy znajdzie się dla nas ratunek? Czy można jeszcze zawrócić? Czy ktoś znajdzie w sobie odwagę, by wyciągnąć pomocną dłoń w ekstremalnej sytuacji? Zajrzyjcie do Redmonda! On nie obawia się zmierzyć z taką problematyką.