Szymon Piszczek
Śmiej się na poważnie
Wydawnictwo Młoda Purchawka
Toruń, 2006

Trudno orzec, kogo jest na świecie więcej: fanów FC Manchester United, czy nieuleczalnie chorych na absurdalny humor kultowej grupy Monty Python. Myślę, że przeważają jednak ci drudzy, co jest na swój sposób absurdalne, gdyż przecież reguły piłki nożnej są o wiele czytelniejsze, uniwersalne i bardziej zrozumiałe, niż kręte ścieżki przerażających swym obrazoburstwem Anglików (z jednym Jankesem na dokładkę).

Tymczasem zarówno odcinki Latającego Cyrku MP, filmy grupy, jak choćby Monty Python i Św. Graal wciąż żyją (bardziej niż wiecznie żyw Włodzimierz Iljicz), nieustannie obrastając w rzesze nowych fanów, starych tracą jedynie w wyniku przenoszenia się ich w zaświaty. Powinno to zastanawiać, ale niekoniecznie.

Prawdziwa, a nie wydumana kultowość MP powoduje, że wielkim ryzykiem jest próba naśladownictwa, czy tworzenia swoich „montych”, i to jeszcze na papierze. Ba, zadrukowanym! Zapewne wiedząc o zagrożeniach, zaryzykował jednak Szymon Piszczek pisząc Śmiej się na poważnie. Warto przekonać się, czy słusznie postąpił? Już sama lektura zamieszczonych na ostatniej stronie okładki fragmencików recenzji tej solidnie wydanej książki daje odpowiedź. Dowodnie przekonuje nawet absolutnie sekciarsko zatwardziałych wyznawców jedynie słusznej, a podstawowej wykładni wiary stworzonej przez MP „wieki temu”.
By nie odbierać czytelnikowi radości, pozwolę sobie zacytować tylko dwie z opinii reklamujących Śmiej się…: Ta książka przypomina mi stan wojenny, bowiem nic co ludzkie nie jest mi obce” ocenia W. Jaruzelski. Generałowi wtóruje wielki autorytet w sferze absurdu, Kamilla Parker-Bowles, twierdząc iż nobel albo bubel, innego wyjścia nie ma.
Po tak prosto z mostu po żołniersku i parakrólewsku postawionych diagnozach, otwieramy książkę i zanurzamy się w opary absurdu. Strona po stronie napotykamy kłębiące się stada zupełnie nielogicznych opowieści purnonsensowej treści oraz zderzenia tychże absolutnie czytelnych nieprawdopodobieństw ze swymi zwierciadlanymi odbiciami, czyli logicznymi ciągami zdarzeń treści zupełnie realnej oraz kompletnie nieczytelnych prawdopodobieństw. Przesłanie powyższego zdania zrozumieć mogę tylko ja – jego autor, a i to nie jest to całkiem pewne.

Na podobną chorobę chwilami (ale tylko chwilami! – podkreślam) zapada autor recenzowanej książki. Wielopiętrowy absurd sam w sobie niczym złym nie jest, niemniej jednak przynajmniej jego niezrozumiałość musi być w miarę zrozumiała. Nie w każdym ze skeczy Śmiej się… mamy do czynienia z tym zjawiskiem, niestety. W zdecydowanej większości jednak ma to miejsce i dlatego właśnie książkę Piszczka przeczytać warto, tym bardziej, że wbrew brawurowym zapewnieniom w na wyrost zamieszczonej zaraz na początku erracie, nie jest napisana niechlujnie. Podobnie rzecz się zresztą miała w dziełach MP, tworzonych przez osobników nauki pobierających w najlepszych, o zgrozo, brytyjskich uczelniach. Choć bardzo się starali, humor stworzyli przyswajalny tylko dla odbiorcy z mózgiem mocno wygimnastykowanym. Podobne wymagania stawia przed czytelnikiem autor Śmiej się… (wolałbym – Bądź poważny na wesoło). I należy z całą stanowczością podkreślić, iż nie czyni tego jak ów opowiadający kiepskie dowcipy asekurant: „opowiem wam kawał, no ale on jest tylko dla inteligentnych”. I jak się nie śmiać po takim anonsie? Musi się, by nie wyjść na tępaka.
Piszczek bezczelnie czytelnika nie podbiera, lecz tylko przy odpowiednim poziomie wygimnastykowania mózgu oraz skłonności do absurdu, śmiać się można przy lekturze każdej prawie ze 192 stronic jego książki. Można, warto, polecam. Rzeczywistość (?) w Śmiej się na poważnie podana, a właściwie przetworzona w wyobraźni autora, jest jak kameleon. Tutaj jednak jest to kameleon upodabniający się do samego siebie, mamy zatem do czynienia z kamuflażem perfekcyjnym. Przyznam się, że niezbyt rozumiem, co napisałem, ale nie szkodzi.