John Berendt
Miasto Spadających Aniołów
The City of Falling Angels
Przeł. Jerzy Kozłowski
Rebis 2006

Do niedawna na dźwięk słowa Wenecja przed oczami jawił mi się obraz, który przechowywałam w pamięci z okresu nauki w szkole średniej, kiedy to parokrotnie miałam okazję w Wenecji bawić. Miasto-muzeum, którego wąskie uliczki zalewa potop zorganizowanych grup wycieczkowych oraz turyści dokarmiający tłustawe już gołębie na Placu Świętego Marka.

Książka Miasto spadających aniołów autorstwa Johna Berendta, twórcy głośnej Północy w ogrodzie dobra i zła, pokazała mi Wenecję prawdziwą; tę, która na zawsze pozostanie niewidzialna dla kogoś poznającego to miasto z perspektywy turysty. Z jednej strony Wenecję żywą, szalenie różnorodną, równie mroczną i tajemniczą jak jej wąskie i ciemne uliczki, a z drugiej nieco małomiasteczkową ze swymi zwyczajami oraz absurdalnymi przepisami.

Punktem wyjścia do snucia opowieści o Wenecji jest pożar opery La Fenice, który miał miejsce w styczniu 1996 roku. Berendt przybywa do miasta trzy dni później, gdy w powietrzu czuć jeszcze zapach spalenizny, zaś jego opowieść o Wenecji i mieszkających w niej ludziach obejmuje niemal 8 lat – kończy się opisem koncertu mającego miejsce w La Fenice w grudniu 2003 roku, tuż po jej ponownym otwarciu.

Sprawa pożaru opery jest motywem przewodnim całej książki. Berendt prowadzi coś na wzór prywatnego śledztwa, chcąc dociec przyczyny pożaru – czy było to celowe podpalenie, czy może żywioł strawił zabytkowy budynek w wyniku zaniedbania podczas prowadzonych prac restauracyjnych. A więc jak na skrupulatnego dziennikarza przystało (a tą profesją para się autor niniejszej książki), mamy tu do czynienia z przytoczonymi opisami pożaru, zebranymi od jego naocznych świadków, szczegółami prowadzonego przez prokuraturę śledztwa oraz opisem samego procesu. Warto w tym miejscu wspomnieć, iż Berendta cechuje niezwykła dbałość w przytaczaniu nawet najdrobniejszych detali, prezentowaniu szczegółowych opisów osób, miejsc i zdarzeń.

Opis prywatnego dochodzenia w sprawie pożaru to jednak nie wszystko, co ma nam do zaoferowania ta książka. Dzięki Berendtowi poznajemy przede wszystkim prawdziwych Wenecjan. Bohaterowie pojawiający się na kartach Miasta spadających aniołów to autentyczni mieszkańcy Wenecji (na końcu książki zamieszczony mamy zresztą indeks nazwisk, wraz z krótkim opisem, kto zacz). Stanowią oni wspaniałą galerię postaci: mamy tu zarówno przedstawicieli lokalnej arystokracji, szczycących się swymi antenatami oraz ich wkładem w rozwój miasta, spragnionego miłości poetę, skandalizującego artystę, postać szczurołapa wraz z jego arcyinteresującymi poglądami na podobieństwo nawyków żywieniowych ludzi i szczurów, jak i sylwetki osiadłych na stałe w Wenecji Amerykanów – Ezry Pounda czy Peggy Guggenheim. Każda z tych osób ma swoją własną, fascynującą historię, i Berendt skwapliwie korzysta z okazji, aby ją nakreślić. Iście detektywistyczne zacięcie autora prowadzi nawet do tego, że w weneckich pałacach poszukuje pierwowzorów opisów z kart powieści Henry’ego Jamesa.

Choć Miasto spadających aniołów to nie wytwór kreatywnej wyobraźni, lecz literatura faktu, książkę czyta się dobrze. Berendt serwuje czytelnikowi swoją opowieść niespiesznie, faszerując ją mnóstwem dygresji, co jednak nie przeszkadza w jej odbiorze. Osobiście czytałam Miasto spadających aniołów z wypiekami na twarzy, w napięciu przewracając kolejne strony. Ciekawostką jest to, że na końcu książki zamieszczono nie tylko wspomniany już indeks nazwisk osób przewijających się na kartach tej książki, ale również skorowidz opisanych w niej budynków i miejsc, co pozwala na szybką orientację w tym, kto jest kim i gdzie mieszka. Polskie wydanie cechuje również niezwykła dbałość o szatę graficzną książki – tekst urozmaicony jest pięknymi fotografiami przedstawiającymi Wenecję i typowe dla niej obrazy (mosty, pałace, maski karnawałowe etc.) w nieszablonowy sposób.