Madonna
Confessions on a dance floor
Warner Bros. Records 2005

It’s funny
I spent my whole life wanting to be talked about
I did it
Just about everything
To see my name in lights
Madonna How High

Madonna jaka jest, każdy widzi – chciałoby się rzec, rozwiązując na dobre kwestię muzycznej tożsamości tej artystki, nie zważając na całą medialną megamaszynę, jaka spowija panią Ritchie. Faktem jest, jak celnie zauważył jeden z recenzentów, że Madonna jest chyba jedyną gwiazdą na świecie, która w sposób absolutny kontroluje swój wizerunek, nie tylko dopasowując go pod swoją publikę, ale, co ważniejsze, sama gusta owej publiki modelując.

Wymienianie kolejnych metamorfoz tej artystki zasługuje na odrębny artykuł, ale jedno jest pewne: w dziedzinie ambitnego popu (i nie, nie ma tutaj sprzeczności) Madonna jest niewątpliwie ekstraklasą. Można zbywać ją pogardliwym milczeniem, wzruszać ramionami, sarkać na jej nie zawsze celne i gustowne próby przyciągnięcia uwagi mediów, ale trudno nie docenić ogromu pracy, jaki włożyła w budowę swojego imperium. Od dansowej gwiazdki do supercelebrity, cały wojaż Madonny od zera do bohatera sam w sobie jest fascynującą historią i klasycznym przykładem, jak żelazna determinacja i katorżnicza praca wynoszą anonimową tancerkę i wokalistkę na sam szczyt. Owszem, Madonna balansuje często ryzykownie na granicy dobrego smaku (choć słowo pornografia nie przejdzie mi przez palce – nawet w dobie skądinąd niezłego albumu Erotica i wydawnictwa pod jakże treściwym tytułem Sex). Z drugiej strony, proszę pomyśleć, że artystka od ponad 20 lat utrzymuje status supergwiazdy w kapryśnym świecie popu, co zawdzięcza nie tylko niesamowitej zdolności manipulacji swoim wizerunkiem (wystarczy przejrzeć okładki jej kolejnych płyt), ale również swojemu talentowi jako autorki utworów, producentki i businesswoman*.

Jednak w momencie, gdy porzucamy cały ten wizerunkowy sztafaż, zostaje muzyka. Zbyt łatwo przychodzi wielu osobom zbywanie Madonny jako artystki, zwłaszcza, że ma na swoim koncie przynajmniej dwa albumy wybitne (Like a Prayer oraz Ray of Light), a co najważniejsze, pomimo eklektyzmu, Madonna to Madonna, co słychać, widać i czuć od pierwszych taktów. Jako artystka swobodnie mieści się w obszernym nurcie popu, odważnie i chętnie zapuszczając się w rejony muzyki klubowej, otoczona murem znakomitych producentów, jak Mirwais czy William Orbit.

Confessions on a dance floor zostało już okrzyknięte powrotem do korzeni. I słusznie. To Madonna klubowa, comeback do wczesnych inspiracji, tyle że w odświeżonej, zadziornej formie a là 2005. Na okładce płyty – Madonna, różowo-pomarańczowa w boleśnie odblaskowych szpilkach, w nienaturalnej pozie żywcem wyjętej z lat 70. Ta oczywista zabawa konwencją i puszczenie oka do słuchacza służy właśnie temu, aby przyjąć lub odrzucić koncepcję tej płyty, jeszcze zanim wciśniemy klawisz play. Jest to bowiem, jak sama nazwa dobitnie wskazuje, płyta, której statyczne wysłuchanie jest niewykonalne, zwłaszcza że rozpoczyna się od powszechnie już znanego Hung Up z samplowaną Abbą, a reszta utworów trzyma tempo, nieznacznie zwalniając np. w Isaac czy Forbidden Love.

Wyznania na parkiecie tanecznym pasują do stroboskopów, podrygujących ciał i maszyny do robienia dymu, choć nie jest to kawał tępych wstrząsów w stylu wielu dansowych wyrobników. Jest to pełnokrwista muzyka klubowa, zlewająca się w jeden potężny discopląs (jako że nie ma przerw pomiędzy poszczególnymi utworami), przemyślana i dopracowana w najdrobniejszych szczegółach. Jest to ukłon przede wszystkim w stronę fanów Vogue i Express Yourself, jak i tymczasowe przynajmniej rozstanie z formułą American Life. Oczywiście, jak słusznie zauważył jeden z krytyków, czynienie zarzutu Madonnie, że tworzy muzykę komercyjną, jest nieporozumieniem – Madonna zawsze była artystką komercyjną, której udaje się utrzymać równowagę pomiędzy wartością merkantylną i artystyczną kolejnych krążków. Dlatego też, mimo iż Wyznania są wycelowane w górne partie list przebojów, nie brakuje im charakterystycznego madonnowatego połysku, specyficznego dotyku muzycznej indywidualności.

Nie ma też co spodziewać się tekstowej wirtuozerii. Hung Up jest historyjką o tym, co się dzieje, gdy czeka się na telefon od ukochanego o jeden dzień za długo. Sorry i Get Together mówią same za siebie. Nieco bardziej nastrojowy jest Isaac, poświęcony Izaakowi Lurii, jednemu z najważniejszych mistyków żydowskich oraz zaskakująco refleksyjny How High, mój osobisty faworyt na płycie. Ale nie miejmy złudzeń, tutaj chodzi o podryg, przytup i efektowne wygibasy na parkiecie, a nie wnikliwą analizę literacką.

Krótko mówiąc, kiedy słucham jak ludzie krzywią się na Madonnę, wyzywając jej nowy album od disco-chłamu o zerowej treści i prymitywnej koncepcji, mam ochotę rzucić im w twarz spiżową sentencję niezapomnianych Bee Gees, że miast dąsać się na Madonnę, you should be dancing. I to jest właśnie przesłanie Confessions on a dance floor.

* dodam jeszcze, że wideoklipy Madonny uważam za najlepsze na świecie, palmę pierwszeństwa przyznając klipowi do absolutnie niedocenionego utworu Bedtime Story, który skomponowała Bjork, a Madonna podniosła go do rangi arcydzieła m.in. dzięki fenomenalnej oprawie wizualnej.

Madonna
Confessions on a dance floo
r
Hung Up; Get Together; Sorry; Future Lovers; I Love New York; Let It Will Be; Forbidden Love; Jump; How High; Isaac; Push; Like It Or Not