wb_perpin_lmd_male.jpg    Podobno najtrudniej być prorokiem we własnym kraju. Gdy jednak obserwuję rodzimą scenę (nie tylko polityczną, ale również publicystyczną, a nawet artystyczną), to myślę sobie, że prorokiem jak prorokiem – ale niech ktoś tylko spróbuje być lewakiem!

Samo określenie ‚być lewakiem’ jest oczywiście nacechowane pejoratywnie, a podejrzewam, że zestawienie ‚myślący lewak’ zostałoby przez znakomitą większość przeciwników jakichkolwiek odchyleń lewicowych uznane za oksymoron. A jednak, jak się okazuje, myślący lewak w przyrodzie występuje; co więcej, właśnie ukazał się pierwszy numer miesięcznika dla osób o poglądach lewicowych, którzy nie stronią od myślenia, a mianowicie pierwszy numer Le Monde diplomatique po polsku.

Te dwadzieścia cztery strony miodu zawierają jednak kilka łyżek dziegciu, czyli, niestety, nie jest tak różowo, jak mogłoby być. Zanim przejdę do zalet, chciałbym skupić się na tym, co mi się w LMd niezbyt podoba.

Przede wszystkim LMd składa się w znacznej mierze z przedruków i to na dodatek przedruków z prasy francuskiej. Ta, zaś – przynajmniej sądząc po zaprezentowanych artykułach – fanatycznie wręcz obawia się Pax Americana i w ogóle wszelkich przejawów życia USA. Dobrze to widać choćby po artykule Loïsa Wacquanta (opowiadającym – skądinąd rozsądnie – o problemie więziennictwa), w którym znajdujemy następujące zdanie „Więzienie (…) jest organizmem przymusu, który zarazem zwalcza i produkuje przestępczość, który, jeśli się bez umiaru rozrośnie, jak stało się to w USA ostatniego ćwierćwiecza czy Związku Radzieckim ery stalinowskiej, staje się autonomicznym generatorem pauperyzacji i marginalizacji”. Zestawienie współczesnej działalności USA z jawnie zbrodniczą działalnością ZSRR najciemniejszej ery stalinowskiego terroru jest poważnym zgrzytem, mam nadzieję, że wyczuwalnym nie tylko w krajach byłego Układu Warszawskiego. Tego typu wpadek, powiedzmy szczerze, nie ma wiele. Pozostaje jednak pewien niesmak płynący z wymieszania obiektywizmu z ideologią, każący artykuły z LMd czytać wyjątkowo uważnie.

Plusem natomiast jest przede wszystkim spójny dobór tematów. Wojna z terroryzmem, problem wojny w ogóle (ciekawy artykuł Zygmunta Baumana), sam terroryzm, pytania o kondycję praw człowieka, konwencji genewskich w okresie ‚zderzenia kultur’ – to wszystko są tematy ze sobą powiązane i wymagające pogłębienia.
W pierwszym numerze trafiły się przynajmniej trzy perełki: pierwszą stanowi wywiad z Jacquesem Derridą (dziwny to jednak wywiad, w którym przepytujący zadaje dwa – krótkie – pytania) dotyczący zagadnienia terroryzmu, ciekawie również – co nie dziwi – wypowiada się Ryszard Kapuściński na temat spotkania z Innym. Interesująca jest także analiza – nie pozbawiona jednak ideologicznych wtrętów – argentyńskiego społeczeństwa po kryzysie 2001 roku.

Reasumując, niezależnie od wad, do których zaliczam przede wszystkim wspomnianą powyżej wysoką ideologizację pisma, pojawienie się LMd na naszym rynku jest zjawiskiem ciekawym. Sam bowiem dobór tematów i pogłębianie refleksji nad sprawami tak oczywistymi, jak wojna czy tortury uważam za – zwłaszcza w obecnych warunkach politycznych – swoisty akt odwagi. Myślę, że warto jest się przyjrzeć dalszej działalności LMd, licząc po cichu na to, że nie zmieni się w Le Monde ideologique.

(grafika została zaczerpnięta z oficjalnej polskiej strony pisma)