Lars Saabye Christensen
Półbrat
Wydawnictwo Świat Literacki, 2004
Tłumaczenie: Iwona Zimnicka

Każdy z bohaterów tej książki ma w sobie cień. Żadnemu nie udaje się owego cienia przezwyciężyć.

Książka jest jak życie. Jeśli jest dobra, czujemy to życie, płaczemy wraz z płaczem, śmiejemy się ze śmiechem. Jeśli jest zła, ślizgamy się po powierzchni, odczuwając, lecz nie współodczuwając z bohaterami. Półbrat należy do pierwszej z tych kategorii, choć śmiechu jest niewiele, a i on najczęściej przedzierać się musi przez mokrość łez.

Barnum Nilsen jest scenarzystą filmowym, z tym, że żaden film nigdy nie zostanie zrealizowany na podstawie jego scenariusza. Starczy przeczytać „Tuczenie” – scenariusz, który przyniósł mu sławę. Może, gdyby Orson Welles do spółki z wczesnym Buñuelem zgromadzili odpowiednie fundusze, mogliby pokusić się o nakręcenie takiego filmu. Dlatego przeznaczeniem „Tuczenia” jest pozostać filmem potencjalnym.
Jednak to nie nierealizowalne pomysły są tym, co rzuca największy cień na życie Barnuma. Tym cieniem jest Fred, jego półbrat. Fred ma w oczach mrok i ciężko się domyśleć, co tak naprawdę ma w sercu. Potrafi być okrutny, ale i wspaniały. Potrafi być starszym bratem i starszym katem dla Barnuma. Fred jest dla Barnuma zupełnie nieodgadniony – każda próba nawiązania kontaktu ze starszym półbratem wiąże się dla Barnuma ze strachem, niewytłumaczalnym lękiem.
Z tyłu książki przeczytamy, że oto poznamy opowieść o pokoleniach kobiet – i rzeczywiście, mężczyźni pojawiający się w tej książce są nieobecni, zmarli, zniewieściali lub okrutni. Innych w zasadzie nie ma…

Zresztą w ogóle ciężko uświadczyć osobę, która nie ma problemów ze swoją przeszłością i biografią. Każda z przedstawionych osób ma w sobie ów mrok. Nawet poczciwy i tłusty Peder Miil, jedyny przyjaciel Barnuma; nawet w nim drzemie „ten drugi”, który jest zły, wręcz wściekły na cały świat.

To książka zdecydowanie niehollywoodzka. Choć potężna objętościowo, więcej spraw pozostawia niedomkniętych, zdaje się nie zauważać pytań, które czytelnikom cisną się na usta. Być może należy to złożyć na karb tchórzostwa Barnuma: będąc narratorem, woli pozostawić swoje dzieciństwo w miarę naiwne, nie odzierając go ze wszystkich tajemnic. Trudno sobie nie wyobrażać, że on wie, dlaczego Fred wyjechał, ale jednocześnie nie chce tego wiedzieć, więc o tym „zapomina” nam opowiedzieć…

W zasadzie mam do tej książki jedno jedyne zastrzeżenie. Opisywana z pozycji dorosłego, wizja dziecięcego (i nastolatkowego) świata zbyt często popada w infantylizm, tak, jakby narratorem był nie dorosły, lecz wciąż chodzący do szkoły Barnum. Dziwne napady egzaltacji i nagromadzenie „jedynych-w-swoim-rodzaju” zdarzeń i rzeczy powoduje, że od czasu do czasu opadała mnie irytacja. Ile razy coś może być „jedyne”?

Nie zmienia to jednak faktu, że jest to wielka książka, opowiadająca w sposób trudny, lecz nie pozbawiony uroku o tym, jak można sobie dać radę z życiem, próbować je pokonać i próbować je zwyciężyć. Nawet, jeśli miałyby to być daremne zabiegi.