Malin Schwerdtfeger
Kawiarnia Saratoga
Cafe Saratoga
tłum. Alicja Rosenau
Państwowy Instytut Wydawniczy
Warszawa 2005, str. 238

Każdy, kto jest rozmiłowany w określonym gatunku literackim bądź jednym pisarzu, od czasu do czasu musi uciec w zupełnie inne światy i realia, bo przesyt ulubionym smakołykiem jest gorszy niż jego niedosyt. Traci się wówczas zarówno radość obcowania z książką, jak i poczucie wędrowania po niezbadanej ziemi. Kolejne literackie światy zdają się zlewać w jedno wspomnienie i coraz mniej w nich świeżości, ulatnia się także element zaskoczenia, choćby nawet akcje rozgrywały się w innych epokach.

I ja poczułam z końcem ubiegłego roku przesyt ulubionym daniem. Właśnie w okresie przedświątecznym biorąc do rąk kolejną książkę współczesnej brytyjskiej pisarki – powieść, której czytanie celowo odkładałam na bardziej, zdawało mi się, odpowiedni czas – zrozumiałam, że potrzebuję czegoś innego: świeżego powiewu, łyku chłodnej wody, zmiany otoczenia.
Antidotum na przesyt literaturą angielską stał się jeden z prezentów gwiazdkowych od bliskiego przyjaciela. Bo od tego właśnie ma się przyjaciół, że idealnie wyczują nasze potrzeby. Przyjaciel jak nikt wie, że uszczęśliwi mnie nie tylko książka anglosaska, ale także taka, która zahacza o mój kolejny bzik. A jest nim tematyka dotycząca morza, plaży, najlepiej naszego rodzimego wybrzeża, na którym co roku spędzam letnie wakacje, przedkładając ich uroki nad wszystkie kurorty świata. Bo gdzież znajdę tak urokliwe pasma białych plaż z miękkim piaskiem, powykręcane, karłowate sosny i pola wrzosowisk, przykuwające swymi barwami wzrok w świetle promieni słonecznych? Tak więc książkowy prezent okazał się strzałem w dziesiątkę, a ja weszłam w nowy rok tkwiąc po uszy w niezwykle poruszającej historii, rozgrywającej się na jedynym rodzimym półwyspie – cyplu helskim.

Kawiarnia Saratoga, której akcja w znacznej mierze ma miejsce w małej letniskowej wsi rybackiej Chałupy oraz pozostałych miasteczkach Półwyspu Helskiego, napisana została przez niemiecką pisarkę młodego pokolenia, mieszkającą na stałe w Berlinie. Malin Schwerdtfeger – patrząca na swego polskiego Czytelnika z okładki książki – dokonała rzeczy wręcz niemożliwej: trafnie oraz z niesłychaną dbałością o szczegóły opisała PRL-owską rzeczywistość małego nadmorskiego kurortu. O nim to prosta piosenka zauroczyła rzesze Polaków lata temu i w rytm jej melodii bawiono się na letnich dansingach, dyskotekach, wieczorkach zapoznawczych i kempingowych zabawach przy ognisku. Od tamtej chwili Chałupy przestały być anonimową wsią, a kto mógł, przyjeżdżał do nich chcąc skonfrontować wyobrażenia z rzeczywistością.
Ponieważ i mnie nieobce są wszystkie miejscowości ciągnące się wzdłuż wąskiego pasma lądu od Władysławowa aż po Hel, z ogromnym zainteresowaniem śledziłam opisy tych miejsc, zestawiając swoją wiedzę o nich z wyobraźnią literacką Niemki. I kiedy akcja książki przenosi się do Chałup, z nieukrywanym zdziwieniem powracałam do dobrze znanych zaułków, coraz częściej łapiąc się na tym, że nie dowierzam słowom pisarki, twierdzącej, że wykreowała te miejsca wyłącznie na podstawie opowieści swej polskiej przyjaciółki. Bowiem autorka Kawiarni Saratoga przyjechała do opisywanych przez siebie miejscowości dopiero w chwili, kiedy jej powieść była już praktycznie ukończona.

Wciąż trudno mi uwierzyć, aby relacje koleżanek z Polski były do tego stopnia drobiazgowe, że mogła powstać powieść tak wiernie oddająca najdrobniejsze szczegóły topograficzne. A jednak trzymam ją w ręku! Dla mnie – co roku spacerującej wzdłuż tego wąskiego pasma lądu otoczonego Wielkim i Małym Morzem, jak mówią o Bałtyku i zatoce Kaszubi – nie jest zaskakujące, że akurat tam rosną dzikie róże, tam jest zniszczony pomost, tam pasmo wydm z wąskim piaszczystym przejściem na plażę, zakręt torów kolejowych, charakterystyczny kościółek, stara wędzarnia w zabytkowej chacie… Ale skąd, u licha, obcokrajowiec ma o tym tak dokładne pojęcie? Nie znam odpowiedzi na to pytanie, i nie tylko ja pozostaję zauroczona realizmem opisanych miejsc i polskiej rzeczywistości lat osiemdziesiątych. Bo jeśli o miejscach można nawet pisać mając przewodniki i mapy w ręku, ducha dawnych lat nikt nie znajdzie w podręcznikach. To trzeba było po prostu przeżyć lub choć przez krótki czas poczuć na własnej skórze. A jednak Malin udało się oddać tego ducha równie znakomicie. Jakby dorastała w Polsce, poznając na wylot jej problemy z tamtych trudnych.
W Kawiarni Saratoga podążamy za bohaterami również do innych popularnych latem miejsc. Portrety Gdyni i Sopotu tamtych lat w niczym nie ustępują jakością fragmentom opisów Chałup i Helu. Wszędzie, gdzie rozgrywa się akcja, odnosi się to samo wrażenie – oto obraz minionych czasów, rzeczywistości, która opływała w szarość i nijakość. Skromne atrakcje letnich dni zdawały się czymś wyjątkowym w monotonii pozostałej części roku. Pełne blichtru zdawały się miejsca takie, jak tytułowa kawiarnia Saratoga, gdzie serwowano ryby i frytki obok piwa, lemoniady w woreczkach, lodów na patyku i deserów z sezonowych owoców. Zapach spalonego tłuszczu mieszał się w takich barach ze słodyczą rozlanych na słońcu napojów oraz smrodem brudnej wody zatoki. Dla wczasowiczów był to jednak mały raj na ziemi.

Malin Schwerdtfeger ma już debiut literacki za sobą. Swego czasu brała udział w konkursach dla młodych pisarzy. W 2000 roku podczas pobytu w Austrii jurorzy ostro skrytykowali ją za poruszanie tematyki polskiej i konstruowanie świata, o jakim nie ma pojęcia. Była wtedy tak załamana, że o mało co, a przerobiłaby swoją powieść, osadzając ją w realiach niemieckich. Ostatecznie nie poddała się tej presji. Zafascynowana naszą mentalnością, kulturą i obyczajami postawiła na swoim i wbrew radom autorytetów zasiadających w szacownym jury nie dość, że dokończyła swoją powieść, to jeszcze nie zrezygnowała z opisów realiów ówczesnej Polski. W Berlinie poznała mnóstwo Polek z pokolenia emigracyjnego lat osiemdziesiątych, które z żalem opuściły kraj, próbując dostosowywać się do nowej rzeczywistości. To właśnie ich opowieści, tęsknoty i wspomnienia były elementem składowym budującym wizerunek Polski z lat PRL-u.
Sama Schwerdtfeger nie żyje z pisania. Na co dzień sprzedaje książki w jednej z berlińskich księgarni. Uważa bowiem, że z samego pisania nie da się utrzymać. Kawiarnia Saratoga ukazała się w Polsce w trzy lata po jej niemieckiej premierze. Dziś Malin już wie, że książkowa „Cafe Saratoga” to tak naprawdę kawiarnia „Zatoka” w Chałupach, istniejąca do czasów współczesnych przy ulicy Kaperskiej. Ale zanim zobaczyła ją na własne oczy, była wnętrzem zbudowanym wyłącznie ze słów, opowieścią o miejscu nigdy osobiście nie poznanym.

Czym właściwie jest Kawiarnia Saratoga? Powieścią obyczajową? Wspomnieniami emigrantek o ojczystym kraju? Malin opisuje w niej losy dwóch dorastających sióstr – Lilki i Majki. Dziewczyny pochodzą z Gdyni, z rodziny inteligenckiej. Mieszkają z matką – absolwentką slawistyki, specjalistką od Tołstoja, kobietą żyjącą bardziej w świecie fikcji literackich, przenoszącą świat ulubionych powieści w realne życie. Zawiedziona małżeństwem, zdradami męża i jego filozoficznym stosunkiem do wszystkiego, coraz częściej powraca myślami do swej pierwszej niespełnionej miłości z czasów studenckich – Cypriana. Ojciec – buntownik i wolny duch – przebywa w Chałupach, gdzie odziedziczył po ciotce lokal, w którym otwiera wymarzoną kawiarnię, mającą stać się pierwszym krokiem ku wolności, majętności i ucieczce do Bundes, czyli Niemiec Zachodnich – krainy w jego mniemaniu miodem płynącej.
Pisarka dzieli Niemcy na dobre i złe. Dla Polaków NRD było tylko złymi nazistowskimi Niemcami, a dobre nazywali najczęściej Bundes albo Rajch. O Bundes i nadziejach z nimi związanych napisała prosto, wplatając w usta swej narratorki te słowa: „Ta nazwa brzmiała jak lato, lato na Helu”.

I właśnie znaczna część książki to opis takich idealnych wakacji w Chałupach. Te rozdziały wirtuozersko oddają naszą ówczesną rzeczywistość. Dla sióstr wyjazd na półwysep staje się szkołą życia i czasem przemiany. Przyjeżdżają tam jako dzieci, opuszczają będąc już kobietami. Lilka i Majka to dwa różne charaktery, dwie natury, inne cele i marzenia. Przy okazji kreślenia ich losów pisarka pokazuje również miejscową społeczność Kaszubów – twardych ludzi morza. Pisze również o ich losie podczas wojny, o tym, co działo się na tych terenach podczas okupacji niemieckiej. Bardzo sprawnie wplata też dawne podania i legendy Ziemi Puckiej. W postaci Bociana, kolegi ojca, zawarła swą wiedzę o wielopokoleniowym rodzie Ceynów z Chałup i legendzie o ostatniej czarownicy, poddanej przez miejscową ludność próbie wody. Hel z powieści Schwerdtfeger to miejsce odcięte od świata, do którego wciąż można dostać się tylko po okazaniu przepustki i dowodu osobistego, miejsce otoczone drutami kolczastymi jednostek wojskowych, w którym królową zostaje się w chwili posiadania jedynej lodziarni.

Narratorką książki jest Lilka. To ona podąża z matką i siostrą śladami marzeń swego ojca. Choć nie do końca identyfikują się z jego wyborami, wszystkie trafiają ostatecznie do Bundes – krainy jak z baśni, gdzie wszystko jest dostępne, a sklepy oferują towary w ilościach i gatunkach, o jakich dotąd nie śniły. Ale rzeczywistość niemiecka nie będzie taka idealna, jak marzenia o niej. W dobrych Niemczech Lilka pozna Jane – znudzoną Niemkę, dla której zagmatwany świat Polski wyda się szczególnie interesujący.
To właśnie postać Jane, a nie jednej z sióstr, jest literackim odpowiednikiem Malin. Autorka czuje się w tej historii właśnie taką znudzoną dziewczyną, poszukującą swego miejsca na ziemi, zainteresowaną wszystkim co inne i obce. Dla zbuntowanej nastolatki, wychowanej w kraju, gdzie wszystko miała podawane pod nos, opowieści Polki to pełna egzotyka. Mimo że nie do końca rozumie dramat ludzi zza wschodniej granicy, inność świata koleżanki fascynuje ją i przełamuje nudny schemat wciąż powtarzających się, jednakowo wypełnionych dni.
Obraz Polaków próbujących uporać się z nową rzeczywistością jest równie trafny jak opisy Chałup i okolic. Z tym problemem Malin spotykała się w czasach szkolnych na co dzień. Ojciec bohaterek, po opuszczeniu rodzimego kraju, co chwilę zmienia pracę. W żadnym zajęciu nie potrafi odnaleźć czegoś dla siebie. Marzenia ma wciąż takie same, jednak droga do ich realizacji okazuje się trudna i ciężka. Jego buntownicza natura nie potrafi przystosować się do gospodarki kapitalistycznej. Matka przechodzi wielokrotne załamania i nie akceptuje rzeczywistości za oknami ciasnego mieszkania, walcząc z nagłymi atakami migreny i chandry. Lato w kawiarni Saratoga, wspominane przez siostry na niemieckiej ziemi, jawi się symbolem przeistoczenia w dorosłość, drzwiami otwierającymi się tylko w jedną stronę, za którymi zostało bezpowrotnie utracone dzieciństwo. Tylko w pamięci mogą dokonać przeskoku wstecz. Tylko pod powiekami pozostały beztroskie chwile wakacji. Odtąd ich nowe życie pełne jest niewiadomych. Czy wpasują się w te warunki, pokaże przyszłość.

Malin Schwerdtfeger urodziła się w 1972 roku. I chociaż pochodzi z Bremy, swe idealne miejsce na ziemi odnalazła w Berlinie, mieście wciąż widocznych podziałów, choć sporo minęło już czasu odkąd definitywnie runął mur. Malin nie identyfikuje się do końca ze swymi rodakami i własnym pokoleniem. Wciąż przyjaźni się z Polkami i na stałe związała się z Włochem poznanym w Chinach. Mimo że wychowano ją na protestantkę, uciekała od wpajanego jej wiecznie poczucia winy i licznych zakazów nałożonych na codzienne bytowanie. Kontakt w szkole z Polakami uświadomił jej, że radość, śmiech i zabawa to stałe elementy życia. Te cechy (również w swojej powieści) przypisała całemu naszemu narodowi, wyznając szczerze, iż właśnie atmosferę luzu i swobodnej zabawy ceni w Polakach najbardziej. Powojenne pokolenie Niemców zamknęło się dla kultur z zewnątrz, nawet tych najbliższych, sąsiadujących z nimi granicami. Ona postanowiła to przełamać, a środkiem do tego stało się własne pisarstwo.

Nie spotkałam się dotąd z rodzimym pisarzem, który oddałby tak wiernie ten nasz niewielki skrawek ziemi nad Bałtykiem. A ponieważ zrobiła to rodowita Niemka, tym bardziej doceniam jej zaangażowanie i trud. Kawiarnia Saratoga dla wielu z nas będzie powrotem do czasów wakacji z dzieciństwa. I warto podjąć tę wyprawę, obojętnie czy jeździliśmy na Hel, czy do Darłówka, Ustki lub Wisełki. Malin udało się pochwycić w słowa coś, co trudne było nawet dla pisarzy obeznanych z PRL-owską rzeczywistością. Zatrzymała dla nas miejsce i czas, a wraz z nimi zapachy, odgłosy, smaki, pejzaże. Po książkę sięgnie zapewne najchętniej pokolenie bliskie samej autorce. Wielu z nas również dojrzewało i dokonało ważnych wyborów właśnie tam – na polskich plażach lat osiemdziesiątych. Atmosfera tych miejsc wszędzie była podobna. Niemal identyczne były też małe kafejki, dziś zapewne odstraszające turystów swoją obskurnością. Kiedyś symbole wolności i nieskrępowanego stylu życia, gdzie deser, lody i cola pachniały przez chwilę zachodem Europy.

W moim odczuciu powieść Schwerdtfeger to jazda obowiązkowa dla każdego, kto jest otwarty na dobrą literaturę i lubi wolny czas spędzać z zadrukowanym papierem w dłoni. Nie bójmy cofnąć się wstecz! Powrót do Polski sprzed dwudziestu lat widziany oczami Niemki może być wielką przygodą i, mimo wad dawnego systemu, także nostalgiczną wyprawą w czasy dorastania. Już w końcu lat pięćdziesiątych nasz wspaniały reżyser Jerzy Kawalerowicz przepięknie ukazał atmosferę wyjazdu na wczasy w klimatycznym filmie Pociąg, gdzie wypełniony spragnionymi wakacji letnikami skład wagonów ze stolicy zmierza przez całą noc ku swemu przeznaczeniu – miejscowości Hel.
A na zakończenie niech przemówi sama autorka. Oto miejsce, jakie poznała tylko ze słyszenia, choć mnie naprawdę trudno wciąż w to uwierzyć: […] Kawiarnia Saratoga znajdowała się na południowej stronie ulicy Kaperskiej. Na Helu była tylko jedna prawdziwa ulica. Ciągnęła się prawie czterdzieści kilometrów przez wszystkie miejscowości i ciągle zmieniała nazwę. Długo nie mogłyśmy tego zrozumieć, Majka i ja. Kiedy jechałyśmy z Tatą do miasta Hel, które leżało na krańcu półwyspu, przez Kuźnicę, Jastarnię i Juratę, po lewej stronie zawsze były tory kolejowe i sosnowy lasek, dalej Wielkie Morze, a po prawej stronie krzaki dzikiej róży i Małe Morze, brzeg Zatoki Puckiej. W niektórych miejscach półwysep był tak wąski, że z jednego okna widziało się jedno morze, a z drugiego drugie. [..] Za Juratą kończyły się zarośla różane, a zaczynał pas paproci. Im dalej na wschód tym paprocie stawały się coraz większe, a sosny coraz bardziej wyprostowane. Po lewej stronie pojawiał się drut kolczasty: teren wojskowy. Drut towarzyszył nam dość długo […] a potem ginął w szarobiałym falowaniu ostów i piasku.