wb_car_zaj.jpg

Nie lubię tłustego jedzenia, zacinającego deszczu i seriali telewizyjnych. Wszystkie trzy rzeczy wywołują u mnie obrzydzenie. Seriale telewizyjne zapewne najmniej, bo nie mam telewizora, więc i styczność z nimi jest raczej symboliczna. Ale cóż to za przyjemność taki serial?
Łapie się koniec nitki i zmierza do kłębka, podejrzewając, że po trzydziestu latach, piętnastu zmianach obsad i konwencji znów pozostaniemy z tym samym kawałkiem nitki, co na początku. Serial, właśnie przez brak struktury, jest kalekim dziełem audiowizualnym, choć, oczywiście, bywają chlubne (i różnorodne) wyjątki, takie jak Latający cyrk Monty Pythona, Przystanek Alaska, Alternatywy 4 czy Carnivale.

wb_car_bh.jpg   I o tym ostatnim chciałbym opowiedzieć. Głównym bohaterem jest Ben Hawkins, małomówny i zabiedzony młody człowiek, któremu przydarzają się dziwne rzeczy. Ma niesamowite sny. Nie zna swojego ojca. Bank zabiera mu ziemię. Rusza z objazdowym „wesołym” miasteczkiem w iście odyseuszowską podróż po samego siebie. A wszystko to już w pierwszym odcinku. Czy to Ben Hawkins przyciągnął do siebie wesołe miasteczko, czy było zupełnie na odwrót, to raczej nieistotne. Faktem jest, że Ben Hawkins i cała reszta idealnie się uzupełniają.
wb_car_ka.jpg

Bo dziwne jest to wesołe miasteczko. Dowodzone przez karła chodzącego o lasce, który kontaktuje się z „kierownictwem”, którego nikt nigdy nie widział. W poszczególnych wozach podążają: Sophie, czytająca z kart, oraz jej matka, sparaliżowana i niema, odzywająca się jednak do swojej córki telepatycznie i dająca upust swojej złości przez telekinezę. Lodz, niewidomy jasnowidz, związany z brodatą kobietą. Kulawy, lecz silny niczym tur, Jonsey. Człowiek-jaszczurka. I cała masa innych postaci, mniej lub bardziej oszukańczo magicznych.
wb_car_lo.jpg    Choć trzeba przyznać, że Lodz na przykład – moja ulubiona chyba postać z całego serialu – naprawdę jest jasnowidzem i jako jeden z niewielu potrafi pokazać, że ma moc.

Mimo że Ben Hawkins nie grzeszy specjalnie towarzyskością (ale im dalej w las, tym bardziej zmienia się chłopak i nawet – gdzieś w połowie drugiego sezonu – raz się uśmiechnął), to jednak budzi więcej sympatii niż strachu. Zupełnie odwrotnie niż brat Justin, czyli drugi wątek carnivalowego szaleństwa. Brat Justin jest rosyjskim emigrantem, który wraz ze swoją starszą siostrą w niewiadomy sposób trafił na ziemię Stanów Zjednoczonych. Został pastorem niewielkiej lokalnej społeczności, a siostra pomaga mu przy obowiązkach duszpasterskich. Na nich jednak się nie kończy, gdyż do obowiązków brata Justina już wkrótce dołączą nowe – będzie musiał zrozumieć, co z nim samym się dzieje, bo zmuszanie wiernych do rzygania srebrnikami (również pierwszy odcinek), jakkolwiek merkantylnie bez zarzutu, raczej nie należy do podstawowych obowiązków księdza.

wb_car_bj.jpg    Tych dwoje – socjopatyczny Ben Hawkins oraz dziwny pastor ze środka Stanów Zjednoczonych – stanowi oś, wokół której wszystko się rozgrywa. Podskórnie czujemy, że jeden z nich niesie ze sobą ziarno zła, zaś drugi stanowi dla niego przeciwwagę. Zaletą serialu jest to, że nawet jeśli mamy jakąś koncepcję, kto jest kim, nigdy nie wiemy tego na pewno. Pominąwszy już nawet fakt, że z odcinka na odcinek akcja tylko się zagęszcza i zamiast rozwiązań pojawiają się wciąż nowe pytania.

Do tego wszystkiego należy dorzucić klimat, w jakim się to rozgrywa. Jest rok 1934 i to doskonale się czuje – wozy wesołego miasteczka przebijają się przez wręcz namacalnie obecny kurz amerykańskich pustkowi. Wierni są lojalni wobec swojego duszpasterza i jest on dla nich prawdziwą wyrocznią. Stroje są świetnie dobrane, idealnie oddające koloryt epoki, ba – nawet zachowanie lekko sepiowych wystrojów wnętrz przywodzi na myśl zdjęcia z pierwszej połowy XX wieku.

I jeszcze coś, co wyczuwa się raczej intuicyjnie, bo sprawdzić tego żadną miarą nie można. Jesteśmy w Ameryce sprzed II wojny światowej. Wszystko jest takie ziemiańskie, związane z miejscem, to nie jest Ameryka dziś – nuklearny straszak i Żandarm Narodów.
wb_car_end.jpg To raczej kraj, który opisywał Steinbeck – porozrzucane po całych Stanach rancza, miasteczka pełne drewnianych szyldów, malowanych zieloną, odłażącą farbą, piechurzy zmierzający donikąd, starcy wygrzewający się przed swoimi domami ze strzelbą w ręku. Ten klimat idealnie pasuje do carnivalowej akcji, pełnej niedopowiedzeń i zdarzeń, których nie da się wyjaśnić. Bo cały ten świat – począwszy od wesołego miasteczka, które jest światem w miniaturze, a skończywszy na prawdziwych miastach, jest właśnie taki – niewyjaśniany w samej swojej istocie. Nieprawdziwy w taki sposób, jak nieprawdziwe są czarnobiałe fotografie.
I dlatego zapewne tak fascynujący.

Niestety, nie dla wszystkich. Serial przeżywa obecnie poważne trudności – został zarzucony po dwóch sezonach po 12 odcinków każdy. Kierownictwo HBO, dla którego miały być nakręcone dalsze części Carnivale, zrezygnowało z finansowania kolejnych, założonych przez twórców, czterech sezonów. Obecnie trwają przepychanki między producentem, który chce zminimalizować koszta, a pomysłodawcą, który chce uratować artystyczną wizję. Jak zwykle w tego typu przypadkach na lodzie pozostają ci, którym najbardziej zależy, czyli widzowie. A szkoda, bo Carnivale klimatem zdecydowanie odbiega od zwykłych, mniej bądź bardziej ze sztancy produkowanych seriali.


Obrazki zostały zaczerpnięte z themidway.org