25 lat temu Ian Curtis, wizjoner, epileptyk i wokalista zespołu Joy Division, na kilka tygodni przed premierą drugiej pełnoprawnej płyty zespołu, powiesił się w swoim mieszkaniu. Tym samym, może nieco paradoksalnie, unieśmiertelnił swoją muzykę i swój niesamowity głos.

Joy Division rozpoczęło działalność jako zespół punkowy. Z początku przyjęli swojską nazwę „Warsaw” i pod tym szyldem wydali jedną płytę. Większość utworów zespołu Warsaw zostało zrearanżowanych i trafiło na późniejsze wydawnictwa Joy Division.
JD wypracowało swój własny, niepodrabialny styl. Na pierwszym planie znajduje się wibrujący bas i metaliczne brzmienie perkusji. Na tym tle występuje Ian – z rzadka śpiewając, częściej mrucząc, krzycząc czy rzężąc swoje piosenki. Opowiadając o alienacji, przemijaniu, niezrozumieniu. Śpiewając tak, jakby już nie żył, najczęściej beznamiętnie, monotonnie, jednostajnie. Zupełnie niesamowite połączenie zimnych, powtarzających się motywów muzycznych z mechanicznym, ale przeładowanym energią głosem. Miejscami ma się wrażenie, że śpiewa i gra automat muzyczny: nieubłagany i totalny.

O czym jest ta muzyka? Oto opowieść o wyczerpanym człowieku epoki odhumanizowanej urbanistyki. Przeraża go wszechobecny beton, nienawidzi przesiąkniętego smogiem powietrza, nie rozumie, dlaczego ludzie zmienili się w mrówki, drążące swoje korytarze w ścianach z asfaltu i szkła. Próbuje się z tego wydostać, zdając sobie jednocześnie sprawę z tego, że nie może żyć nigdzie indziej. Oddycha smogiem, życie spędził w szklanym inkubatorze. Tylko jedne drzwi są otwarte, ale przez nie obawia się przejść – do czasu.

   Pierwszy raz zetknąłem się z nazwą Joy Division, przeglądając nieistniejący już miesięcznik Tylko Rock. Zamieścił on swego czasu, jak to miał w zwyczaju, podsumowanie – oczywiście muzyczne – minionych dekad. Wśród dziesięciu najważniejszych płyt lat 70. znalazła się Unknown Pleasures (1979). Wśród najważniejszych płyt lat 80. – Closer (1980). Te dwie płyty wyczerpują oficjalną dyskografię zespołu. Jednak pozostałe wydawnictwa, takie jak Still czy Permanent nie są zwykłym zbijaniem kasy. To na nich wszak pojawiają się „Ice age”, „They walked in line” czy „Love will tear us apart”. Ta ostatnia, przez wielu uważana za opus magnum JD (do tej frakcji należał Kurt Cobain uważając „Love will tear us apart” za najważniejszą piosenkę swojego życia) nie znalazła się na żadnym z pełnoprawnych wydawnictw zespołu.

   Zanim jednak dotarłem do jakiejkolwiek płyty JD, dostałem prezent w postaci kasety magnetofonowej przegranej z płyty analogowej. Była to płyta Closer, na którą jakiś fachowiec z PRL-u nakleił odwrotnie naklejki (takich przypadków było zresztą więcej: przez pół życia byłem przekonany, że III część V symfonii Beethovena jest w rzeczywistości częścią I, a to z powodu złego zamontowania taśmy w kasecie). Piosenki na mojej pierwszej kasecie JD zostały nagrane zgodnie z opisem na płycie, czyli niezgodnie z zamysłem zespołu… Nie był to jednak największy problem z odbiorem tej muzyki.
Za pierwszym razem dotarłem do piosenki piątej i wyczerpany opadłem na ziemię. Szybko zrozumiałem dlaczego darczyńca uczynnym tonem poradził mi pochowanie wszelkich niebezpiecznych narzędzi. Z czasem nauczyłem się abstrahować (choć to nieuczciwe) od depresyjnej wymowy piosenek Joy Division, doceniając partie basu Petera Hooka i cudowne wyczucie Petera Morrisa. A jednak na pierwszym planie pozostanie Ian Curtis, wyczerpany i coraz bardziej zmęczony – aż do ostatniego snu.