wb_perpin_tool.jpg
Tool
10 000 days

W muzyce rockowej fascynujące jest – między innymi, oczywiście – podejście artystów do procesu wydawania płyt. John Frusciante całkiem niedawno ogłosił, że wyda sześć premierowych albumów w sześć miesięcy i słowa prawie dotrzymał. Lecz Frusciante znany jest ze swej twórczej biegunki, której efektem jest nowowydany dwupłytowy album Red Hot Chili Peppers, czyli macierzystej grupy gitarzysty. Na drugim biegunie znajdują się te zespoły, które wydają płyty raz na kilka lat, a wypuszczenie nowego wydawnictwa jest dla fanów świętem.
Po sześcioletniej przerwie pojawiła się nowa płyta zespołu Tool. Sześć lat to masa czasu, zwłaszcza na tak szybko zmieniającej się scenie, jaką jest scena rockowa. Miło więc usłyszeć, że Tool nie zmarnował tych lat.

Skrzywdziłbym jednak zespół nawiązując tylko i wyłącznie do muzyki. Kolejny raz bowiem grupa postanowiła stworzyć dzieło kompletne, pieszczące więcej niż jeden zmysł. W przypadku Aenimy było to specjalne pudełko (niestety, wydane wyłącznie w Ameryce), sprawiające że okładka płyty zdawała się być przestrzenna. Książeczka do albumu Lateralus złożona była z plansz ludzkiej anatomii wydrukowanych na folii; w miarę odwracania stron każdy poprzedni obrazek wzbogacany był o nowe szczegóły.
10 000 days wydana jest w jeszcze bardziej ekstrawagancki sposób. Do płyty przytwierdzone są szkła powiększające, zaś oglądana przez nie pod odpowiednim kątem książeczka sprawia wrażenie trójwymiarowości. Trudno o tym pisać, lepiej przekonać się na własne – nomen omen – oczy. Tym bardziej, że same obrazy stanowią rzecz godną obejrzenia i – prócz obecnych już na Lateralusie odwołań buddyjskich – otrzymujemy garść zdjęć, jako żywo przypominających pracownię Etgara Allana Poego.

Byłoby to jednak idiotyczne, gdyby tak rozbudowanym wrażeniom wizualnym nie dorównywała sama muzyka. Okładka bowiem, choć niewątpliwie ważna, jest jedynie dopełnieniem dźwięków. Podobnie zresztą jak i teledyski tego zespołu, będące zazwyczaj etiudami filmowymi, broniącymi się nie tylko jako ilustracja muzyczna, ale jako niezależne dzieła sztuki również.
Po pierwszych dźwiękach wiadomo już, że jest dobrze. Tool tworzy bowiem niepodrabialny klimat, który ma swoich naśladowców, ale nie znalazł nigdy godnego siebie przeciwnika. Głos Maynarda, początkowo odarty z mocy, którą posiada (a trzeba pamiętać, że Maynard Keenan, obok Mike’a Pattona i Chrisa Cornella, nieustająco wymieniany jest w czołówce męskich głosów rockowych), stopniowo nabiera mocy, by potem znów przycichnąć. Odkryciem jest także to, że miejscami śpiewa tak, jak w innym współtworzonym przez siebie zespole, czyli ‘a perfect circle’. To dziwny zabieg, zważywszy na ostre rozróżnienie, które muzycy zwykli wprowadzać mówiąc o tych projektach.
Przez cały album towarzyszy nam też drgająca linia basu i perkusja, idealnie uzupełniająca brzmienie. Najciekawsze chyba jednak jest to, że nie ma tu ścisłego podziału na sekcję rytmiczną i melodyczną. Zazwyczaj jest tak, że perkusja i bas stanowią płaszczyznę, na której dopiero budowane są utwory. Zaś głos i gitara mają za zadanie tworzenie melodii. Tool łamie tę zasadę. Głos Maynarda potrafi podawać rytm, gitara basowa potrafi snuć melodię, podobnie zresztą jak i Danny Carey za swą niebywałą perkusją. Wszystko to sprawia, że Tool odbierany jest jako całość – tu nie ma zbędnych dźwięków, nie ma podkładów i wypełniaczy. Nie ma też podziału między muzykami – każdy z nich jest równie odpowiedzialny za to, co jest tworzone. Jest coś pięknego w tym, że złożony z jedenastu fragmentów album po prostu płynie – motywy się przeplatają, zaś granie ciszą częściej pojawia się w momentach uspokojenia utworów, niż w przerwie między ścieżkami.

Muzyka, którą tworzy Tool, to gra na żywych instrumentach. Są nimi wszystkie nerwy żywego ciała odbiorcy. Choć może wydawać się to dziwne, my, słuchacze, również stanowimy integralną część tych utworów. Tool już dawno temu zaczął przekazywać nam to, co i tym razem opowiada z sobie właściwą siłą. Rozdzielanie tego, co zwiemy muzyką – czy to na sekcje, czy na dźwięki, czy na utwory, czy wreszcie odbieranie muzyki wyłącznie słuchem – jest błędne. Muzyka to przecież wszystko to, co nas otacza. Warto było czekać sześć lat, by ponownie się o tym przekonać.

Skład:
Danny Carey – perkusja
Justin Chancellor – bas
Maynard James Keenan – wokal
Adam Jones – gitara

Tracklista:
1.    vicarious
2.    jambi
3.    wings for marie (pt.1)
4.    10.000 days (wings pt.2)
5.    the pot
6.    lipan conjuring
7.    lost keys (blame hofmann)
8.    rosetta stoned
9.    intension
10.    right in two
11.    viginti tres