Gao Xingjian Góra duszy
Wydawnictwo Rebis, seria Mistrzowie literatury, 2004
Z angielskiego przełożył Wojsław Brydak

 

    To pierwsza powieść chińskiego autora (z francuskim paszportem od roku 1989), noblisty sprzed czterech lat. Powstawała od roku 1982 przez dziewięć lat i została opublikowana na Tajwanie.

Powieść składa się z 81. niewielkich rozdziałów. Jej forma przypomina dziennik, zapiski robione w czasie podróży, a często także jakby nieoczyszczony, pozbawiony wyraźnego podziału na głosy, zapis rozmów „w terenie” nagranych na taśmę. Można przypuszczać, że kolejność czytania rozdziałów (a nawet to, czy któryś opuścimy, a nad innym zatrzymamy się dłużej) zależy od nas – Gao nie dba o ciągłość narracji.
Tym, co dla niego dużo ważniejsze, jest mnożenie perspektyw. Stara się to osiągnąć w interesujący sposób: w samej powieści zawarta jest jej metateoria, pomysły na to „co dalej?” wydają się wyłaniać wprost z przeżycia, wyrastają z przełamywanych czy rozpraszanych ograniczeń fałszywych „my” i wprowadzane są w życie/pisanie według oryginalnej dyscypliny wzajemnych projekcji (to bardzo piękny i niemal dokładnie fenomenologiczny zapis doświadczenia!). Autor, bohater i czytelnik zdają się ewoluować wraz z samą ksiązką. Kluczowym pytaniem książki w warstwie językowej jest: czy tylko piszący projektuje swoje twory wyobraźni na rzeczywistość, czy też jest tak, że rzeczywistość „nasycona roztworem pożądania” projektuje swoje „ja”, „on” i „ty” na piszącego?

Bohater książki wyjeżdża z Pekinu tuż po tym, kiedy okazuje się, że uprzednio postawiona diagnoza nowotworu nie potwierdziła się: Śmierć zakpiła ze mnie, lecz teraz, kiedy ominąłem mur demonów, potajemnie świętuję. Jest zdrów i ma poczucie darowanego na nowo życia. Udaje się w podróż różnymi przypadkowymi środkami lokomocji. Żadnym nie gardzi, nie przejmuje się nieprzewidzianymi przystankami w podróży. Narrator wierzy niemal we wszystko, co się się przydarza i o czym słyszy; pokłada nadzieję w każdej wskazówce i opowieści.
Cel podróży (chociaż podróżowanie jest tutaj synonimem swobody, podróży dla niej samej), miejsce zwane Lingshan, obiera przypadkowo – po prostu nazwa ta pada w rozmowie z mrukliwym nieznajomym, a my, podobnie jak narrator, słyszymy o tym miejscu po raz pierwszy. Bohater dowiaduje się, jak tam dotrzeć, ale nie jest pewne, że miejsce zwane Lingshan – ling oznacza ducha lub duszę, shan zaś oznacza górę – istnieje naprawdę.

W tej bardzo długiej, prawdziwie monumentalnej opowieści, jedyna rzeczywistość, jakiej czytelnik jest pewny, to realność narratora. Chińskie góry, chińskie wioski, dalekie brzegi sennych jezior i odgłosy lasów – stopniowo zapominamy, że istnieje gdzieś inna cywilizacja, hałas samochodów, pośpiech tłumów, uliczne korki. Ucho łowi niepokojące szepty nocy, a oko wyziera na spotkanie o wiele głębszych ciemności niż te, do których było przyzwyczajone. Rzeczywistość to ja, rzeczywistość to tylko [takie] postrzeganie chwili, którego nie da się przekazać komu innemu.
Powieść Gao – owoc tak długiego procesu pisania i zaplanowanej, metodycznej samotności oraz pragnienia opisania doświadczenia „cudownej świeżości życia” – wymagała od pisarza nowego podejścia do odnalezionej rzeczywistości. Mur demonów nie jest tylko poetycką przenośnią. Można również zgodzić się, że nią jest – tylko że tutaj poezja to nic innego jak tradycja, opowieść o wydarzeniach, których zaistnienia kiedyś, w czasie, nie podaje się w wątpliwość. Rozmawiać tak, żeby mieszać historię z legendą – oto, jak rodzą się ludowe opowieści. W swojej wędrówce przez Chiny narrator wielokrotnie rozmawia z ludźmi, zagaduje ich lub jest przez nich nagabywany. Wysłuchuje legend o okrutnych hersztach band, o pięknych, nieszczęśliwych i równie okrutnych kochankach, o ludziach, którzy byli tu przed nim i zaginęli, o miejscowych bohaterach, o leśnych zwierzętach i przekleństwach, jakie spadły na pysznych lub głupich ludzi. Ciemność na zewnątrz gęstnieje; czasem demon ma olśniewająco białą skórę, dziecięce oczy o blasku leśnego jeziora i czerwone, małe, zaciśnięte usta. Ciemność pełna jest udręczonych istot, krzyki i ogromniejące cienie (nawet, gdy to tylko echo snutej przez szczerzącego zęby i obojętnego strażnika rezerwatu, opowieści o człowieku, który tak się wystraszył swojego cienia, gdy poszedł się wysiusiać na dwór, że chciał przed nim uciekać) składają się na kształt potężnego złudzenia, z którym jednak należy się liczyć – jeżeli czar nie pryśnie, stopy człowieka tkwią w miejscu; nawet jeżeli wędrowiec idzie niestrudzenie, faktycznie tkwi w punkcie wyjścia.

Powieść Gao Xingjiana możemy też czytać jako zapis wysiłku zmierzającego do zdjęcia czaru, próbę dotrwania do świtu i odnalezienia swojego „ja”. Każdy z rozdziałów to nowa próba: medytacje i dziwne monologo-dialogi przeplatają się z reporterskimi zapisami, wspomnienia autora mieszają się z intymnymi rozmowami. Nie ma tu jednak epickich opisów, punkt widzenia zawsze jest uchwytny:

W tym ogromnym, bezładnym świecie ludzie ustanowili tryby porządkowania, logikę lub karmę, żeby się uwiarygodnić; czemuż więc nie miałbym wynaleźć własnego trybu porządkowania, swojej logiki lub karmy? Mogę schronić się w tym trybie porządkowania, tej logice lub karmie, poczuć bezpiecznie w poczynaniach i zachować spokój ducha.

Wydaje się, że ten „tryb” jest trwałym osiągnięciem Gao Xingjiana. Imponuje powaga i konsekwencja tego osiągnięcia – w powieści, którą pożegnał Chiny i wwiózł do nowej ojczyzny, udało mu się opisać taką postać samotności, która jest jego sposobem życia i szczepionką przeciw złudzeniom społeczności w całej ich krasie: począwszy od złudzeń języka, a skończywszy na złudzeniach zbiorowego szaleństwa, jakim była Rewolucja Kulturalna…

Góra duszy jest przy tym lekturą trudną, i to nie ze względu na językowe eksperymenty. Jeśli czytelnik nie jest gorącym miłośnikiem historii i cywilizacji Azji, przebić się musi przez zupełną obcość tej kultury, uzbroić się w cierpliwość wobec nieczytelności znaków i symboli (a sądzę, że efekt takiej obcości nie był zamierzony przez Gao). Codzienność wędrówki, w której mieszają się ślady starożytnego pochodzenia świata Państwa Środka i echa Rewolucji Kulturalnej, tradycja poszczególnych górskich rodów i mentalność chińskich chłopów – czyli to wszystko, co daje tak lekkie i twórcze wytchnienie narratorowi, Europejczykowi wydaje się przytłaczające i w niewłaściwy sposób egzotyczne. Brak tłumaczenia warstw folkloru pozostawia czytelnika z poczuciem, że coś w tym teatrze wyobraźni narratora wydaje się znajome, ale ciągle jednak za nużącą mgłą przypadkowości; nie tylko nie wie, w którym miejscu na mapie się znajduje, ale też jak ma czytać symboliczne drogowskazy i szepty chińskiej przyrody, zapowiadające zbliżanie się do Góry Duszy.

Pisarz opowiada o swoim życiu w Paryżu w ciekawym wywiadzie (niedawno opublikowanym w Tygodniku Powszechnym, w dodatku „Książki w Tygodniku”) pod tytułem Nie znamy samych siebie.

Ilustr. spinelli/pinezka.pl