Filip Onichimowski
Zalani
Prószyński i S-ka 2005

Straszno-śmieszna ta książka, zbiór opowiadań spleciony miejscem akcji (prowincjonalne miasteczko), postaciami bohaterów (mieszkańcy owego miasteczka) oraz narracją dresiarską.
Straszne są postacie Onichimowskiego – dresiarze, renciści, alkoholicy nad grobem – prymitywni, a jednocześnie okraszeni tandeciarskim sentymentalizmem, którzy potrafią prawdy życiowe z ławki pod sklepem miksować z opisami, jak jeden drugiego w łyżce wody utopi. I nie wiadomo co gorsze, te ławkowe truizmy czy też powiew polskiej zawiści i beznadziei.

Groza chwyta wobec tępoty bohaterów, dla których kobieta nosi trwałe piętno bździągwy tudzież puszczalskiej (koszmarny schemat „bo to zła kobieta była”), co na starość przepoczwarza się w klasycznego babsztyla, który trzęsie swoim cherlawym, przeważnie nietrzeźwym małżonkiem.

Irytuje narrator, który podpuszcza czytelnika próbując obłaskawić dresiarską mentalność, a jednocześnie wytyka i wyszydza małą ohydę zwykłej zawiści, i to w najbardziej prymitywnym małomiasteczkowym wydaniu, a więc zawiści podlanej bimbrem, tanim winem i wstydliwym polactwem.

Nie wiem, na ile jest to przemyślana taktyka autora, który pokazuje koleiny tej boleśnie polskiej drogi myślenia, prymitywnej i seksistowskiej aż do bólu, a na ile chce wzbudzić współczucie dla powykrzywianych tytułowych zalanych. Cóż, współczucie miesza się z odrazą, a końcowa powódź, która dewastuje miasteczko, daje czytelnikowi poczucie osobliwej satysfakcji, fatalnej Schadenfreude na widok totalnego zniszczenia gniazda tępoty i desperacji. Ten okruch polactwa jest gorzkim czytelniczym odkryciem, a że autorefleksji nigdy dosyć, starcie z prozą Onichimowskiego jest przeżyciem istotnym.