To nie będzie relacja z koncertu. Nie potrafię pisać reportaży. Nie potrafię sucho relacjonować wydarzeń, które poruszają do głębi. Nie potrafię pisać o U2 bez emocji, pasji i uwielbienia. Będzie to więc całkiem nieobiektywna, a wręcz stronnicza opowieść o najwspanialszym zespole w historii muzyki rockowej. O zespole, który dał porywający koncert 5 lipca 2005 roku w Chorzowie; koncert, który przejdzie do historii – dlaczego, o tym poniżej.

Na czym polega fenomen U2? Dlaczego bilety na ich występy rozchodzą się wciąż jak ciepłe bułeczki, a wszystkie koncerty, łącznie z grudniowymi, kończącymi trasę Vertigo, już teraz opatrzone są klauzulą „sold out”? Jak to możliwe, by czterech muzyków od 29 lat trwało w niezmiennej przyjaźni, realizując kolejne projekty pod coraz to inną gwiazdą, ale nie tracąc nic z pierwotnej, młodzieńczej werwy? Jak to możliwe, by przez 29 lat prasa bulwarowa, łasa na wszelkie brudy i intrygi, nie znalazła nigdy powodu, by pisać na ich temat?

Starannie wyreżyserowany spektakl czy urzekające improwizacją widowisko? Kto był choć raz na koncercie U2, zna odpowiedź. To nie Michael Jackson, który na zawołanie ronił łzę w ściśle określonym punkcie programu. Nie, tu chodzi o muzyków autentycznych, wielkich zaangażowaniem i dzikością serca. To zaangażowanie jest prawdziwe. Próbowano zrobić na siłę z Bono ikonę popkultury – na szczęście pokazał wystarczająco dużo siły i charakteru, by nie dać się zaszufladkować. Jego akcje charytatywne, apele o pokój i rozbrojenie, redukcję długów państw trzeciego świata nie mają nic z hałaśliwych demonstracji alterglobalistów – są za to o wiele skuteczniejsze. Bono potrafi rozmawiać z politykami, ale także ze zwykłymi ludźmi.

   U2 to oczywiście wielka profesjonalna machina – wyposażenie sceny mieści się na kilkudziesięciu tirach. Ale to nie kaprys zmanierowanych gwiazd, lecz konieczność. Pół godziny przed koncertem w Chorzowie nie było już prawie żadnego wolnego miejsca na koronie stadionu, a na płycie tłum gęstniał z każdą sekundą – tak, że dotarcie bliżej niż 50 metrów od sceny graniczyło z cudem. Scena. Zapowiedź wielkich wrażeń muzycznych. Osiem pięter wysokości, dwieście pięćdziesiąt kilowatów mocy muzycznej, dwa gigantyczne telebimy, a pomiędzy nimi ściana ogromnych rozmiarów; ściana eksplodująca światłami, ale także ruchomymi obrazami i teledyskami. Fascynujące.

Ktoś postanowił zadbać o to, by tuż przed wejściem U2 na scenę zachmurzone niebo zlitowało się wreszcie nad dziesiątkami tysięcy zmokniętych fanów. Najwierniejsi stali tuż pod sceną sześć godzin; część z nich przyjechała dwa dni wcześniej. I zaczęło się… Dynamiczne, drapieżne Vertigo; potem utwory z pierwszej płyty „I will follow” i „The Electric Co”, stanowiące wciąż żelazny repertuar koncertowy zespołu, rozpoczęły klasycznym gitarowym brzmieniem budowę nastroju. Po „Elevation”, które było znakiem rozpoznawczym poprzedniej trasy, zmiana nastroju: kilka akordów klawiszy zwiastował moment, na który czekali wszyscy. Moment, który już przeszedł do historii zespołu.
„New Year’s Day”… Po raz pierwszy w życiu usłyszałem U2 w ponurym okresie stanu wojennego. Pogoda za oknem tego dnia była jak przemówienia Jaruzelskiego – parszywa, wredna i przyprawiająca o mdłości. Mój najlepszy kumpel przyniósł płytę – oczywiście jeszcze winylową – zdartą od wielokrotnego słuchania. To było „Under the blood red sky”. „Posłuchaj tego koniecznie, będzie o nich kiedyś głośno” – jego prorocze słowa brzmią mi do tej pory w uszach. Nieco później dowiedziałem się, że utwór „New Year’s Day” inspirowany był Solidarnością i wolnościowym zrywem Polaków, tak brutalnie zdeptanym przez wojskowy zamach stanu. Jakże ważne było wtedy, dwadzieścia lat temu, że ktoś o nas pamięta…

Nadszedł wreszcie czas, by podziękować zespołowi. Oto potęga Internetu i współczesnych mediów: rzucony przez polski fanclub pomysł utworzenia na stadionie gigantycznej biało-czerwonej flagi w trakcie „New Year’s Day” dotarł do wszystkich uczestników koncertu. To było niesamowite – jak na komendę na płycie stadionu zakwitły czerwone szaliki i flagi, a trybuny rozjaśniła biel; światła reflektorów zwielokrotniły jeszcze efekt.

   Bono oniemiał. Na telebimie widać było zbliżenie jego twarzy. W nabożnym skupieniu podszedł do końca sceny, położył rękę na piersi i głeboko pokłonił się biało-czerwonemu morzu, które falowało u jego stóp. Potem zdjął marynarkę, odwrócił ją na lewą stronę i założył ponownie, pokazując czerwoną podszewkę na znak jedności z tłumem. Jak napisał potem na stronie zespołu kronikarz trasy, „nikt nigdy nie wpadł na pomysł, by zrobić taki show dla zespołu. Było to porywające i ekscytujące zarazem”.
W podziękowaniu za ten spektakl Bono rozwinął później flagę Solidarności – ten niezwykły dialog artystów z publicznością znalazł więc piękny i nieoczekiwany finał.

Ktoś porównał gitarę The Edge do kaskad wody spływającej z wodospodu Niagara. Nie ulega wątpliwości, że Edge na nowo zdefiniował rolę gitary, zaprzeczając tradycyjnym podziałom na gitarę rytmiczną i solową; zanegował także nudne, sztampowe schematy z obowiązkową, pseudo-wirtuozerską solówką w tle. Od czasów Jimmiego Hendriksa nie było takiego wizjonera. W połowie lat siedemdziesiątych ożywczy nurt punk rocka był jak świeży powiew wiosennej bryzy na morzu królującej na listach przebojów tandety; Edge twórczo rozwinął punkowe przesłanie, stworzył absolutnie nową jakość i rozpoznawalny styl, w którym perkusyjne kontrapunkty linii rytmicznej współgrają z naturalnym brzmieniem flażoletów. A przekładajac to na ludzki język: po prostu gitara jest dla niego źródłem nieskończonej inspiracji i radości – do każdego utworu podchodzi tak, by stworzyć coś zupełnie nowego.
Pora poświęcić też trochę miejsca Larry’emu (perkusja) i Adamowi (bas). Ich rola jest niezwykle istotna, to oni dopełniają ten niepowtarzalny klimat U2. W świecie elektronicznej perkusji, programowanych efektów, playbacków i półplaybacków brak miejsca na wirtuozerię, jest za to łatwizna. Larry wspólnie z Nealem Peartem z The Rush obronili moją wiarę w przyszłość „żywej” perkusji. Za to bas Adama Claytona jest znakomitym uzupełnieniem całości – czasem niepokojący, krzyczący, często łagodny, subtelny, ale zawsze jednakowo perfekcyjny.
Na koniec producenci. Szare eminencje przemysłu muzycznego. William Orbit uczynił z Madonny prawdziwą gwiazdę, wyrywając ją z objęć komercyjnej szmiry. Rola producentów U2, choć dalece inna, była jednak równie istotna. Daniel Lenois, a zwłaszcza Brian Eno nadali diamentowi, jakim w 1983 roku było U2, najszlachetniejszy szlif, dzięki któremu brylant do dziś cieszy oczy wspaniałym blaskiem.

Wróćmy do Chorzowa. Publiczność nie chciała rozstać się z kilkoma utworami, najbardziej chyba z „Still haven’t found”. A potem nastąpił dramatyczny „Bullet the blue sky”, w którym Bono wystąpił w opasce z symbolem Coexist. Ten znak, autorstwa Polaka – Piotra Młodożeńca, stał się symbolem tej trasy koncertowej. Coexistence to modlitwa o pokojowe współistnienie trzech wielkich religii – islamu, chrześcijaństwa i judaizmu. Któż mógł wiedzieć, że kilkadziesiąt godzin później w Londynie obłąkani wyznawcy jednej z tych religii zamordują z zimną krwią dziesiątki niewinnych ludzi…

Berlińskie powietrze pachniało w 1991 roku wolnością; łatwo było ulec pokusie płytkiej refleksji nad tym, co się stało. Ale to właśnie tam i wtedy powstał wizjonerski album U2  Achtung baby, zapowiadający nadejście nowych czasów. Także w muzyce. Zupełnie nowe brzmienia, jakże odmienne od rewelacyjnej skądinąd The Joshua Tree, albumu z 1987 roku, który bił rekordy popularności; mało tego – jako pierwszy album w historii przekroczył milion egzemplarzy na CD (ciężko w to uwierzyć, ale wtedy posiadanie odtwarzacza CD było luksusem, na który mogli sobie pozwolić nieliczni). Muzycy zaryzykowali i… wygrali – lata dziewięćdziesiąte to znowu dekada U2.

   Koncert zakończył „One” – perła z Achtung Baby. Słucham jej zawsze z drżeniem serca. To bardzo osobisty utwór, a zarazem najwspanialszy hymn poświęcony miłości, przy którym” All you need is love” The Beatles jest naiwną, ogniskową piosenką (fanów grupy z Liverpool przepraszam, ale taka jest prawda!). „One” jest utworem o miłości dojrzałej, często trudnej, o gorzkich doświadczeniach, ale zarazem o wierze w jedność. Jakże prawdziwie brzmią słowa We’re one but we’re not the same, we get to carry each other… Jakże często zapominamy o tym, by różnić się pięknie, jak często krzyk i zniechęcenie zastępują dialog, jak łatwo ranić się nawzajem zamiast wspierać w najtrudniejszych chwilach. To prawdziwe i najgłębsze przesłanie miłości.

One life with each other, sisters, brothers…

 

Zdjęcia: Karolina Trędowicz