Sanda Petrignani
Domy pisarek. Podróż sentymentalna do domów, w których mieszkały*
La scrittrice abita qui
tłum. Hanna Cieśla
Wydawnictwo Książkowe Twój Styl
Warszawa 2004, str. 220

Mówi się, że odwiedzenie czyjegoś domu pozwala poznać jego mieszkańców lepiej niż niejedna rozmowa. Często spotykamy też stwierdzenie: pokaż mi swój dom, a powiem ci jaka jesteś. I nie ma w tych deklaracjach wiele przesady. Z podobnych założeń wyszła zapewne autorka Domów pisarek, Sanda Petrignani, planując swą sentymentalną podróż szlakiem kilku rozsianych po świecie domów-muzeów – pamiątek po wybitnych kobietach.

Każda była inna: różniły je kraje, w jakich dorastały, kultury, z którymi się zetknęły, pochodzenie, zainteresowania. Ale każda tworzyła literaturę niebanalną, a niektóre nawet wybitną – wzbudzającą do dziś spory i dyskusje w licznych kręgach mniej lub bardziej obeznanych z literaturą. Wszystkie żyły pełnią życia, targane pasjami, namiętnościami, przestrzegające własnych zasad, które nie zawsze były powszechnie akceptowane i mile widziane w towarzystwie.
Łączyło je jedno – zawód jaki uprawiały, który niejednokrotnie traktowały priorytetowo, oraz fakt, że równie silnie jak tlenu potrzebowały właściwego otoczenia, aby kreować literackie światy. To, gdzie i jak żyły na co dzień, znajdowało odbicie w ich książkach. Skrupulatnie zapisywane stronice stawały się mniej lub bardziej wierną kopią sytuacji, których doświadczały bądź zachowały w pamięci z lat dzieciństwa i dorastania. Kobiety-pisarki – obok rękopisów powieści, dzienników, wspomnień i relacji z podróży – tworzyły również domy, zarówno namacalnie – dzięki bibelotom i pamiątkom, jak i duchowo – przesycając surowe mury pewną charakterystyczną dla siebie atmosferą.
W swoich pracowniach dawały się ponieść muzom. Czyniły to w artystycznym bałaganie albo ascetycznym porządku, w specjalnej izbie albo po prostu w kuchni, sypialni czy przydomowym ogrodzie. Rytuały były przeróżne, ale efekt zawsze ten sam – żywa i niestarzejąca się literatura naznaczona piętnem życia każdej autorki. Piętnem, które w ostatecznym rozrachunku stawało się znakiem rozpoznawczym, stylem, manierą – tym wszystkim, za co je cenimy do dziś.

Włoszka Sanda Petrignani przywołała do życia w kilku rozdziałach – przypominających trochę dziennik z podróży – sześć niezwykłych kobiet:  Grazię Deledda, Marguerite Yourcenar, Sidonię Gabrielle Colette, Alexandrę David-Neel, Karen Blixen i Virginię Woolf. Każda w swojej epoce i kraju, z którego się wywodziła, wzbudzała już za życia liczne emocje. Bez względu na to, czy łamały ówczesne kanony, czy też sztywno się ich trzymały, były znane i trafiały na usta współczesnej śmietanki towarzyskiej. Wszystkie zostawiły po sobie domy, często usytuowane w większych posiadłościach, w których do dziś pozostało mnóstwo pamiątek i niezbędnych w ich codziennej pracy twórczej drobiazgów. Petrignani przyrównuje swe eskapady po domach pisarek do seansu spirytystycznego, podczas którego wywołuje się duchy przeszłości w celach uzyskania jak cenniejszego i pełnego obrazu tego, jak żyły i tworzyły.
Ich codzienność bywała różna: od wielkomiejskich pejzaży po sielankowe sceny z życia prowincji. Wybrane przez autorkę pisarki zamieszkiwały zarówno odległe zakątki Skandynawii (Karen Blixen), jak i daleką północ Stanów Zjednoczonych – np. wąski skrawek ziemi wbijający się w terytorium Kanady (Marguerite Yourcenar). Dla jednych pełnią szczęścia była pustka i cisza wsi, dla drugich wielkomiejski gwar i tłumy ludzi.
Autorka Domów… ma już na swoim koncie książkę będącą zapisem rozmów z włoskimi pisarkami. Jednak rozmowa w cztery oczy to zupełnie inny sposób nakreślenia czyjegoś portretu. Obraz taki można łatwo dopełnić kolejnym zadanym pytaniem czy właściwym poprowadzeniem dialogu. W tym przypadku jedynym materiałem badawczym były domy. To one udzielały odpowiedzi, to one miały snuć swą opowieść. Zapewne lata temu były świadkami niejednego uniesienia twórczego, ale spoglądały także na łzy bólu i rozpaczy, załamania, depresje, okresy braku natchnienia i poszukiwania za wszelką cenę swej muzy. Z ciszy zgromadzonych przedmiotów trzeba było zbudować niemal żywą postać kobiecą. Czy się to udało?
Jak na potrzeby takiej książki, która jest zbiorem portretów kilku wybitnych kobiet pióra, myślę, że Petrignani dobrze wywiązała się ze swego zadania. Nurtuje i raczej zachęca do bliższego zapoznania się z życiem i twórczością swych bohaterek, niż stara się zgromadzić w niezbyt obszernych rozdziałach całkowitą wiedzę w pigułce. To książka-zachęta, jak dobre wprowadzenie do czegoś poważniejszego, do dalszych badań i poszukiwań. Nie zaspokoi w pełni ciekawości i nie udzieli odpowiedzi na każde pytanie.

W spotkaniach z duchami przeszłości autorka spogląda na sześć silnych osobowości twórczych. Jako kobiety nie zawsze były tak niezachwiane i mężne, jak stawały się w chwili brania w dłoń pióra i zapełnienia kolejnych stronic notatników. Rolę solidnych twierdz pełniły ich domy. One roztaczały bezpieczny parasol ochronny, pod którym czuły się pewnie, mogąc całkowicie się oddać swym pasjom. Na co dzień borykały się z namiętnościami i często nie znajdującą ukojenia rozpaczą. W pisaniu były silnymi rycerzami pewnie stąpającymi po nieznanych terytoriach. Tylko nad nimi panowały, a to dawało im poczucie władzy i bezpieczeństwa. Jest taka scena w filmie Godziny, w której siostra Virginii Woolf – Vanessa Bell tłumaczy swej córce, że jej ciotka jest osobą wybraną, bo żyje w dwóch światach jednocześnie – w tym realnym, który każdy widzi, i w świecie pisanej właśnie książki. To miało usprawiedliwić dla ludzi z zewnątrz jej dziwnie nieraz zachowania, było też manifestacją poparcia dla wybranej przez Virginię życiowej drogi. Czasami myślę, że bardziej realnym życiem było dla niej to, które stanowiło literacką fikcję, że tam żyła pełniej i prawdziwiej, a na co dzień tylko odgrywała przypisaną jej społecznie rolę żony i gospodyni wielkiego domu. Może podobne odczucia zdarzały się i innym bohaterkom tej książki. Często praca twórcza była tak naprawdę ucieczką od szarej rzeczywistości lub niespełnionego związku. Uciekały w fikcję, w której odtwarzały własne losy, dając postaciom możliwość innego pokierowania swym życiem. Badały, co by było, gdyby dokonały innych wyborów i jakie mogły być tego skutki.

Przyznam się od razu, że nie znam twórczości wszystkich pań, o których domach i losach opowiada autorka. Mimo to równie silnie poruszały mnie historie o włoskiej laureatce Nagrody Nobla z 1926 roku – Grazii, czy pierwszej francuskiej pisarce, która została członkiem Akademii Francuskiej – Marguerite Yourcenar, jak i bliższe mi z racji styczności z ich książkami – rozdziały o Karen Blixen czy Virginii Woolf.
Oczywiście zapewne tylko Petrignani wie, dlaczego dokonała akurat takiego wyboru. Może to jej ulubione pisarki? Może tylko po tych z jej prywatnego panteonu gwiazd pozostały domy-muzea? Tego z tej książki się nie dowiadujemy. Ale dzięki jej podróżom i rozmowom z opiekunami tych rezydencji otrzymujemy sześć niezwykle ciekawych portretów, na które składają się nie tylko opisy domów, ale w ich kontekście także ciekawe omówienia twórczości i życia prywatnego. Kobiety zawsze interesuje, co porabia na co dzień ich ulubiona pisarka. Petrignani precyzyjnie przedstawia nam ich związki uczuciowe z mężczyznami  i z kobietami, aprobowane społecznie oraz potępiane z racji homoseksualnych skłonności czy zbyt dużej różnicy wieku albo powiązań rodzinnych. Jednak pełnego obrazu ich namiętności nie odda żaden dom, spuścizna czy osobisty rekonesans w miejscach, gdzie bywały. Świetnie oddają te wątpliwości słowa autorki:
[…] Zwiedzanie domów jest jak wywoływanie duchów, ale czy jest tu życie? Wszystko wymyka się dosłownie w chwili, gdy wydaje mi się, że już coś chwytam.

Oprócz odwiedzenia posiadłości czterech pisarek, o których wspomniałam już tutaj dość obszernie, bardzo ciekawie naświetliła Petrignani różne aspekty życia i twórczości francuskiej pisarki Colette oraz Alexandry David-Néel, pisarki-podróżniczki. Colette stworzyła cykl poczytnych powieści o Klaudynie, natomiast David-Néel – autorka m.in. Mojej podróży do Lhasy, zasłynęła z tego, że jako Europejka dokonała niemożliwego i wieku 50 lat pod przebraniem żebraka i pielgrzyma dotarła do niedostępnego dla cudzoziemców Tybetu.

Badanie cudzych losów miało się stać dla autorki własną drogą poszukiwania sensu egzystencji. Pragnęła z biografii innych piszących kobiet wyciągnąć coś dla siebie i swych przyszłych czytelniczek, złożyć w całość tę trudną układankę z elementów, na które składają się pojedyncze doświadczenia. Karen Blixen w jednym z swych listów napisała: […] Los drugiego człowieka służy zawsze temu by coś wyjaśnić. Myślę, że tworząc tę książkę, nie tylko Petrignani osiągnęła swój cel. Byłoby to bardzo egoistyczne i narcystyczne podejście – zrobić coś jako pisarz tylko dla siebie. Jestem wręcz przekonana, że pisząc każdy z rozdziałów miała też na uwadze nas – swoich czytelników. Jej cele i cisnące się na usta pytania stają się bardzo płynnie i naturalnie naszymi. Staje się niejako towarzyszem naszej podróży, z którym próbujemy wspólnie odpowiedzieć na kilka ważnych pytań: co z nas jest w domach/mieszkaniach, które zamieszkujemy? Jaką historię opowiadamy naszym codziennym bytem i jaki jej aspekt jest w stanie przetrwać, kiedy nas już nie będzie?
Może warto nad tym trochę pomyśleć? Może odpowiedzi skłonią nas ku jakimś znaczącym zmianom albo potwierdzą wybory, że warto czasami – jak te pisarki – iść pod prąd, ale w zgodzie z  samym sobą? Może to jest najważniejsza lekcja po lekturze tej książki?

Mam nadzieję, że każdy, kto sięgnie po tę książkę i zagłębi się w jej treści, odszuka tam coś dla siebie i stanie się przez to bogatszy o rady i przestrogi wynikające z błędów popełnianych przez kobiety od stuleci. Przeglądanie się w cudzym losie może nam pomóc w unikaniu wpadania w życiowe zasadzki. O tym zapewne również myślała Petrignani krystalizując w sobie plan napisania właśnie takiej książki. Dodatkową zaletą Domów… są archiwalne fotografie bohaterek z różnych okresów ich życia oraz co najważniejsze – tytułowe domy i pracownie – miejsca, gdzie rodziła się wielka literatura.
Nie każdy czytelnik zechce czy też będzie w stanie przestudiować biografie wszystkich omówionych kobiet. Toteż autorka wybrała najistotniejsze i najciekawsze epizody z ich życia, tak aby stworzyć w miarę ciekawe i prawdzie portrety. A w ich tle przewiną się nie tylko pokoje, ale i akcesoria niezbędne w ceremoniach pisania. Dowiemy się, kto lubił porządek, a kto w nieładzie odnajdywał idealne warunki. Poczujemy zapach kurzu na biurkach i bibelotach, wdychać będziemy zapach kwiatów zasadzanych jeszcze dłońmi samych bohaterek, kwiatów, które niejednokrotnie rosną do dziś.

Koncepcja tej książki wykrystalizowała się, kiedy Petrignani przebywała w Charleston Farm w Sussex – posiadłości Virginii Woolf. To tam zrozumiała, że życie uczuciowe ludzi nierozerwalnie związane jest z zamieszkiwanym domem. Dobrze ujął to Leonard Woolf w swej autobiografii: […] Jestem przekonany, a mówię to na podstawie swego doświadczenia, że najgłębsze ślady w życiu człowieka pozostawiają różne domy, w których on zamieszkuje, bardziej niż małżeństwo i śmierć i rozstanie. Autorka Domów… dodaje jeszcze od siebie, że kolejną niepodważalną prawdą jest, iż w domach pozostają niezatarte ślady obecności tych, którzy je zamieszkiwali. Zatem kto ma ochotę, niech odbędzie z nią tę sentymentalną podróż. Odkryjmy domy, które mimo że nie są wypełnione już głosami swych właścicieli, wciąż żyją, bo ludzkie losy zostały w przedmiotach i murach, zapachach, przyrodzie, a nawet zwierzętach – tak jak pies Marguerite Yourcenar, który wciąż żyje, choć jego pani nie ma już na tym świecie.

Mam nadzieję, że każdy, kto sięgnie po tę książkę i zagłębi się w jej treści, odszuka tam coś dla siebie i stanie się przez to bogatszy o rady i przestrogi wynikające z błędów popełnianych przez kobiety od stuleci. Przeglądanie się w cudzym losie może nam pomóc w unikaniu wpadania w życiowe zasadzki. O tym zapewne również myślała Petrignani krystalizując w sobie plan napisania właśnie takiej książki. Dodatkową zaletą Domów… są archiwalne fotografie bohaterek z różnych okresów ich życia oraz co najważniejsze – tytułowe domy i pracownie – miejsca, gdzie rodziła się wielka literatura.

—-
* opisane zostały: Grazia Deledda, Marguerite Yourcenar, Sidonie Gabrielle Colette, Alexandra David-Neel, Karen Blixen, Virginia Woolf