Do ciebie, człowieku (Du levande)
Szwecja, Niemcy, Francja, Dania, Norwegia
2007
Reż. Roy Andersson

Dlaczego ulega się pokusie opowiadania snów? Komu opowiadamy nasze sny? Dlaczego wydaje się nam, że w snach wydarza się coś szczególnego, coś, czego nie można jednak zrozumieć ani odczytać? I czy część przerażenia, jakie budzi zły sen, nie bierze się stąd, że pozostawia on śniącego w nastroju oczekiwania na spełnienie, wydanego na pastwę najgorszych przeczuć, na ujrzenie tego na jawie?

Senne, czy raczej koszmarne, pytania pojawiają się w mojej głowie, im dłużej myślę o filmie Do ciebie, człowieku Roya Anderssona (szwedzki reżyser, autor wyświetlanych jakiś czas temu w polskich kinach Pieśni z drugiego piętra). Jest to filmowy kolaż złożony z kilkudziesięciu obrazów z życia dziwnych nieco mieszkańców smutnego miasta w bliżej nieokreślonej somnambulicznej strefie klimatycznej. Kilku lub kilkunastominutowe scenki, w powolnym, pełnym jednak napięcia rytmie, podkreślanym ledwie słyszalną muzyką fortepianową, rozwijają się w skromne, ale domknięte opowieści. Miejsce oglądającego zostało specjalnie i oryginalnie podkreślone, przez to, że filmowe postacie często monologują wprost do kamery. One WIEDZĄ (a może tylko wierzą?), że ktoś się im przygląda i słyszy wszystko.
Przesuwając wzrokiem po przechodzących jedne w drugie obrazach, patrzący nabiera podejrzeń, łyka haczyk i zaczyna czujniej szukać interpretacji tego ekranowego „snu”…

Poprzez zastosowanie środków plastycznych – przez statyczną kompozycję ujęć, utrzymane w odcieniach zabrudzonej wody do płukania pędzli dekoracje i kostiumy, po ziemisto-płaskie twarze aktorów – twórcom filmu udało się uzyskać niezwykły i ciekawy efekt. Widz uczestniczy w czymś, co nie ma początku ani nie może znaleźć wyjaśnienia (początkowa scena filmu – scena ze śpiącym przy otwartym oknie na kanapie mężczyzną – pod sam koniec filmu ma swój nieoczekiwany i… konfundujący ciąg dalszy). Świat postaci: młodej dziewczyny, podstarzałej kochanki, muzyka orkiestry, robotnika, wiekowego profesora, sprzedawcy dywanów i jego żony i innych – wygląda znajomo, ale zdradza go jakiś dziwaczny szczegół, np. nienaturalna charakteryzacja, gwałtowne uczucie wypowiadane najzupełniej monotonnym głosem, lub na odwrót – zupełny brak reakcji uczestników gwałtownego wybuchu emocji, czy wreszcie dziwne powietrze koloru popiołu, tłumiące wszelkie żywsze odcienie.

Nie jest to barwna wizja snu pełnego seksu i okrucieństwa, jak np. w filmach Davida Lyncha, gdzie trudno wątki i motywy złożyć w pasującą do siebie układankę fabularną, mimo że wydaje się, że rozwiązanie jest na wyciągnięcie ręki. Ten film to raczej wizja wypranego od wielokrotnego przewijania, zszarzałe ze znużenia i chłodu piekło:
Ostatniej nocy miałem koszmarny sen, w którym umierałem. W chwili śmierci doznałem dobrze znanego uczucia nurkowania pod wodę: nagła zmiana ciśnienia, bulgot wyciszający wszelkie dźwięki, zimno przenikające ciało.

   Krążyłem w głębinach morskich wśród ławic prymitywnych żyjątek, szukających źródeł ciepła w postaci różowawych baniek, rozsianych jak boje nad naszymi głowami.
   Każde z nas wyposażone było tylko w odrobinę świadomości, przez krótki czas mieliśmy za to częściowy dostęp do świadomości zbiorowej. Dotarcie do owych bladych słońc, chronionych przez armię drapieżników, miało dla naszej planktonowej społeczności kapitalne znaczenie. „Więc tak wyglądają zaświaty – mówiłem sobie, zdrętwiały z rozpaczy. – Jaki okrutny bóg tu rządzi?”
Odpowiedź dotarła do mnie drogą telepatyczną: „Nie ma żadnego boga. Porządek ustanowili sami umarli, a my musimy przestrzegać narzuconych przez nich zasad. Najstarsi umarli zajęli najlepsze miejsca. Za kilka milionów lat może i tobie uda się ogrzać, jeśli cię przedtem nie pożrą!
(Roland Topor, hasło: sny, [w:] Abecadło Topora, oprac. i przekład Agnieszka Taborska, Warszawa 2005, s. 224)

Więcej o filmie i reżyserze