pin_sigur_hvarf.jpg

Sigur Rós
Hvarf/Heim
EMI Music, 2007

Za oknem temperatura w minusach, być może nawet jakiś śnieg zalega albo sypie, a tobie w końcu udało się dotrzeć do domu wśród gęstniejącego mroku i postaci równie śpiesznie jak ty przemykających w kierunku jakichś ciepłych pomieszczeń. Załóżmy więc, że zziębnięta/ty zdejmujesz wszystkie ośnieżone rzeczy, idziesz do kuchni, robisz sobie ciepłą herbatę, bierzesz do drugiej ręki książkę z regału i zmierzasz w kierunku ciepłego i wygodnego fotela, który czekał na ciebie cały dzień. Jeszcze tylko rzut oka na stojak z płytami.
I tu dochodzimy do clue: jeśli myślisz sobie, że przydałoby się w ten mroźny dzień włączyć coś, co przypomniałoby o gorących dniach i rozgrzało od zewnątrz, to lepiej od razu idź na ten fotel. Sigur Rós raczej cię nie rozgrzeje.

W październiku 2005 roku pisałem na tych łamach o ostatnim wówczas krążku Islandczyków, Takk. Teraz przyszła pora na przedsięwzięcie o większym rozmachu: właśnie pojawił się nowy dwupak, a na dokładkę jeszcze podwójne DVD z koncertami zespołu. Dwupak nazywa się Hvarf/Heim zaś podwójne DVD nosi tytuł Heima.
Na obie płyty CD składa się w sumie 11 piosenek. Hvarf to w założeniu pięć zupełnie nowych kompozycji, nagranych w tradycyjny sposób, czyli z użyciem gitar elektrycznych i innych przyrządów do generowania hałasu. Piszę teoretycznie, bo pojawiają się tu utwory von oraz hafsol, które znane są z pierwszej płyty zespołu. Ale za to ładnie pasują do całości i nie rażą w uszy. Na drugim dysku, czyli Heim znajdziemy 6 utworów, z czego jeden to znowu von… Z tym, że Heim nagrany jest z kolei metodą unplugged i jest to ten rodzaj aranżacji, która Sigur Rós szczególnie służy.

pin_sigur_heim.jpg    Osoby, które spodziewają się rewolucji w podejściu do materiału, raczej się zawiodą: to wciąż jest granie na emocjach, nieco melancholijne gdy trzeba, rozwleczone w czasie, ale potrafiące także oderwać się od ziemi. Mam wrażenie, że od czasu Agaetis Byrjun Sigur Rós eksplorują wciąż ten sam kawałek islandzkiego poletka muzycznego, lecz, o dziwo, wciąż im to świetnie wychodzi. Może to oczywiście świadczyć o rozmiarach poletka, prędzej jednak o tym, że zaproponowana dziesięć lat temu z okładem stylistyka wciąż ma sporo do zaproponowania.
Mamy więc wciąż podobne smyczki i gitary, powoli rozkręcające się tematy muzyczne, oscylujące wokół kilku akordów, mamy wreszcie wspaniały głos Jonsiego, który prowadzi nas wśród mroźnych krajobrazów kreowanych przez tę muzykę. Wszystko w klimatach Agaetis i Takk, czyli takk jakk być powinno.

Mnie się to nie nudzi, jak dla mnie mogą tak grać jeszcze kilka lat. No, ale ja w zimie po powrocie do domu zdejmuję zaśnieżony podkoszulek i sięgam po zimne piwo z lodówki.

 

ydorius XI’2007