Marty Becker, Jack Canfield, Mark Victor Hansen, Carol Kline, Amy Shojai
Balsam dla duszy miłośnika psów
Chicken Soup for the Dog Lovers Soul
Wydawnictwo: Rebis, Poznań 2007
Tłum.: Ewelina Jagła

„Człowiek powinien mieć psa!” – szczeknęła kiedyś na mnie pewna książeczka dla dzieci. Posłuchałem i od tamtej pory wciąż jakiś kosmaty pysk trąca mnie w nogę namawiając na sikany spacerek, żądając napełnienia miski albo choć drapania za uchem. Człowiek powinien mieć psa? Jasne. A kiedy już go ma, to niech o nim napisze.

Uczynił to właśnie spory tłumek Amerykanów, tworząc Balsam dla duszy miłośnika psów, będący kolejnym z cyklu „balsamów” mających leczyć obolałe dusze – a to chrześcijańskie, a to kobiet pracujących, a to te w żałobie.
Czy wydany przez Rebis balsam merdający ogonem istotnie koi psiarskie duszyczki? Koi, gdyż czytając o cudzych, przypomina sobie czytelnik swoje własne psiska, zresztą amerykańskie opowiastki są niezwykle ciekawe, jedne wesołe, drugie pouczające, inne zaś wzruszające (co wrażliwszym czytelnikom przyda się zapas chusteczek do nosa i łez). Nie koi natomiast, gdyż każdemu psiarzowi odszedł kiedyś jakiś jego pies i takiego smutku nic wyleczyć nie zdoła. Nawet do imentu spsiała książka.

Amerykański Balsam… to kilkadziesiąt dwu-trzystronicowych opowiastek zebranych i opracowanych przez piątkę zawodowców: M. Becker, J. Canfielda, M. V. Hansena, C. KLine i A. Shojai. Może szkoda, że tak właśnie się stało, gdyż opowieści są językowo i stylistycznie łudząco do siebie podobne, przez co tracą sporo pożądanego przecież w podobnych sytuacjach „naturszczykowskiego sznytu”. Jest to jednak jedyny niedostatek, jaki książce można wytknąć przy wykazaniu maksimum złej woli. Kto psa nie miał – z pewnością na koniec lektury Balsamu… czworonoga sobie kupi, kto zaś już ma, być może spojrzy nań innym okiem. Galopując przez przeszkody dnia codziennego często nie mamy czasu i zrozumienia dla psich rozterek, smutków i radości. A warto przystanąć nad swoim psem, nie tylko wtedy, kiedy kuca lub podnosi tylną łapę.

„Balsamiczne” opowiastki pochodzą z odległego kontynentu, ale przecież nie relacjonują przeżyć kompletnie odmiennych do naszych własnych. Przecież merdający i szczekający członek rodziny otwierający lodówki tak skutecznie, że trzeba dorabiać do nich kłódki – istnieć może na każdej szerokości geograficznej. Pies opiekujący się niewidomymi również, wszędzie też dochodzi do porzuceń psów przez drani, którym ożywione zabaweczki nagle zaczynają zawadzać. Tyle o ludziach, a psy? Z Balsamu… jasno widać, że każdy psiak odmiennie wychowuje swych właścicieli, odmiennym sposobem wdziera się do naszego życia i inaczej też z niego znika (ileż to zawsze kosztuje łez!).
Szczekające historyjki zza Wielkiej Wody podobne są do tych, których psiarze polscy  mogliby opowiedzieć mnóstwo, lecz ludzko-psia rzeczywistość ukazana w Balsamie… jest niepodobna do naszej w kilku tzw. wstydliwych sferach.  Przecież w Polsce o zbieraniu z trotuarów i trawników psich kupek pojęcie mają tylko czytelnicy Jarosława Haszka. Również pies-opiekun osoby na wózku inwalidzkim nie jest u nas codziennością, podobnie jak błyskawiczne reakcje policji na doniesienia o maltretowaniu zwierząt.

Skoro uważamy się za najbardziej zapsiony naród Europy (czy słusznie?) zobaczmy jak to się szczeka w Ameryce. Warto tym bardziej, że bogaty zbiór opowiastek o psiej miłości, odwadze, tchórzostwie, zaskakującym poczuciu humoru, o wierności i zdradach po prostu mówi prawdę. Nie tylko o psach.
Prawda ta zaś jest i taka, że prawdziwi (czyli zakochani w swych Reksach i Nikitach) psiarze dzielą się na dwie kategorie: jedni uczciwie przyznają, że ich psy śpią wraz z nimi w łóżkach, a drudzy bezczelnie łżą, że „ich ten problem nie dotyczy”. Nie jest jednak ważne, kto i gdzie swój balsam „przechowuje” nocą. Ważne jest, że go posiada, bo człowiek psa mieć powinien i kwita.