David Cordingly
Kobiety morza. Piratki, heroiny, ladacznice
Heroines and Harlots: women at sea in the great age of sail
tłum. Karolina Więcko
Wydawnictwo Książkowe Twój Styl
Warszawa 2004, str. 388

Kobiety i mężczyźni… Temat rzeka. Odwieczna walka płci czy pokrewieństwo dusz? Równouprawnienie i partnerstwo czy dyskryminacja? Miłośnicy literatury faktu i prac popularnonaukowych od lat zalewani są poradnikami, których autorzy próbują nas przekonać do tezy, że obydwie płcie to zupełnie odrębne światy. Są tak różne jak warunki na planetach Mars i Wenus, a uwarunkowania genetycznie do dziś każą  mężczyźnie pozostawać myśliwym, a kobiecie strażniczką domowego ogniska.

Pewnie te teorie – jak każda inna – mają swoich zwolenników i przeciwników. Ci pierwsi hołubią  zdecydowanie odrębne role kobiety i mężczyzny w codziennym życiu, drudzy dzielą wszystkie swoje obowiązki niezależnie od społecznie przypisanych ról. Ale historia zna takie przypadki, kiedy panie doskonale radziły sobie tam, gdzie nie powinny w ogóle zabierać głosu, i wkraczały na zdecydowanie zdominowane przez mężczyzn terytoria. Współczesny świat pokazuje dobitnie, iż ustalone od dawna role tracą na znaczeniu, a czasami wręcz dochodzi do nieoczekiwanej zamiany miejsc.

Relacje ze zdarzeń, które przedstawiają wspaniałe i niezwykłe wyczyny kobiet tam, gdzie, zdawałoby się, mógłby poradzić sobie tylko stuprocentowy samiec, znalazłam w ciekawej publikacji Davida Cordingly pt. Kobiety morza. Dziś nikogo już nie dziwi kobieta-kapitan czy w ogóle płeć piękna na pokładzie jednostki pływającej. Kiedyś obszar ten był zarezerwowany niemal wyłącznie dla mężczyzn. A jednak zachowały się przekazy o bohaterskich niewiastach i dokumenty – zarówno rękopiśmienne jak i drukowane – dowodzące ich nieugiętych postaw i życia na przekór czasom. Mężnie walczyły na morzach i oceanach świata nie ustępując odwagą męskiej załodze statków. Ktoś mógłby powiedzieć, że to lektura feministyczna, burząca dotychczasową historię marynistyki, chcąca pokazać wyższość kobiet w każdej sferze życia i ich samowystarczalność w codziennym życiu. Nic bardziej mylnego. Nie ma w niej ani krzty krytyki świata mężczyzn i faworyzowania płci słabszej. Autor na każdym kroku udowadnia, że obie strony „konfliktu” potrzebowały siebie równie mocno, aby normalnie funkcjonować, i pragnęły namiętności  nawet w trudnych i przedziwnych okolicznościach. Kobiety morza to raczej naukowa próba odkłamania historii żeglarstwa XVIII I XIX wieku – w okresie jego świetności – i przyznania w niej tylko odrobiny miejsca – ale jawnie i w blasku fleszy – także paniom. Bo jak dotąd było ono oficjalnie zarezerwowane tylko dla mężczyzn.

W świat piratek i heroin mórz wprowadza nas nie byle kto, bo sam David Cordingly – ekspert od marynistyki i autor wielu publikacji z tej dziedziny. Przez wiele lat pracował w Narodowym Muzeum Morskim w Londynie, gdzie sprawował funkcję kuratora wystaw i badał losy kobiet związanych z morzem. Nawet dla takiego fachowca i znawcy tematu – jak sam przyznaje we wstępie – napisanie tego rodzaju książki było bardzo trudne. Przekopanie się przez ogrom materiałów to jedna, łatwiejsza, strona. Ale usystematyzowanie go i zebranie w pracę mogącą wciągnąć w temat przeciętnego czytelnika – to już druga strona i spore wyzwanie, któremu nie łatwo podołać zwłaszcza naukowcowi. Oczywiście autor nie był w stanie wyczerpać  tematu. Kobiety morza to tylko wierzchołek góry lodowej i drogowskaz ku dalszemu drążeniu problemu w innych publikacjach. Cordingly dokonał selekcji materiału, który w kolejnych kilkunastu rozdziałach  buduje obraz morskiej podróży od chwili postoju w porcie aż po rejs pełen przygód i niespodzianek, by wszystko miało swój kres ponownie przybiciem do brzegu i zejściem na stały ląd. To celowy zabieg, mający na celu opowiedzieć o wybranych bohaterkach, zamykając ich losy w klamrę historii pewnego rejsu. Dzięki temu towarzyszyć będziemy żeglarkom na każdym kroku i w przyjrzymy się wielu aspektom ich życia – także fazie życia na lądzie, co daje nam pełen obraz czasów i warunków, w jakich powzięły kiedyś tą najważniejszą decyzję o wyruszeniu na wielką wodę.

Osobiście sporo czytam literatury faktu związanej z tematyką morską. Sięgam równie chętnie po opracowania historyczne o naszym wybrzeżu, jak i po biografie wybitnych ludzi morza. Książka Davida Cordingly jest dobrym przykładem tego, że dość specyficznym tematem można zainteresować spore grono osób, niekoniecznie na co dzień fascynujących się marynistyką. Opowiada bowiem m.in. o tym, co zawsze ludzi ciekawiło i wciąż nie straciło niczego ze swego czaru – historiach o piratach i. codziennym życiu sporej grupy osób skazanych na swoje towarzystwo i zmuszonych egzystować na łupince kołysanej ogromem wody oceanów. Nastawienie się na pokazanie losu kobiet na morzu w wiekach, kiedy najczęściej mówiło się, że ich obecność  na statku to pech, jest sporym wyzwaniem dla naukowca, ale przy odrobinie talentu pisarskiego (a tego autorowi nie brakuje) może się stać wielką ucztą dla czytelnika. Cordingly’emu się to udało, zaciekawia rzadko drążonym dotąd tematem i ujawnia wiele nieznanych faktów. Odkrywa przed nami opowieści, które rewiduje jako historyk zdradzając, czy rzeczywiście miały miejsce i czym w rzeczywistości były. Autor pisze potocznym, klarownym językiem, w którym nie ma nic z żargonu naukowego, jeśli tylko mógł posłużyć się przystępniejszym i bardziej zrozumiałym określeniem. To duży plus tej pracy. Dla pełniejszego zrozumienia treści książkę uzupełnia słowniczek terminów żeglarskich. O ile materiał zebrany w książce został bardzo profesjonalnie dobrany i wyselekcjonowany, o tyle  miałam wrażenie, że chwilami nie do końca dobrze radzi sobie tłumaczka, ale były to nieliczne zakłócenia stylu czy jasności stwierdzeń.

Ponieważ Kobiety morza to praca popularnonaukowa, trudno zarysować w kilku zdaniach jej treść. Zresztą, jeśli ten temat wystarczająco urzeka czytelnika, nie będzie mu potrzebna bardzo rozbudowana „zachęta” zdradzająca największe sekrety tego opracowania. Bardzo ogólnie mówiąc, praca mówi o żeglarkach-bohaterkach, piratkach, samozwańczych kapitanach płci żeńskiej,  postaciach mitycznych, takich jak nimfy i syreny, latarniczkach, ale i kobietach marynarzy, a więc żonach, partnerkach, kochankach i prostytutkach – zamieszkujących liczne domy uciech we wszystkich portach świata. Gdzie mógł dopłynąć marynarz – tam u kresu drogi zawsze czekały jakieś kobiety. Poznajemy dzieje niezwykłych romansów i intryg, odkrywamy tajemnice doków i miast portowych, kulisy słynnych egzekucji i bitew, historie kobiet przebranych za mężczyzn i tych, które w chorobie męża bądź po ich śmierci zdecydowały się przejąć władzę nad statkiem. Brzmi nieprawdopodobnie? Ale tak bywało. Autor wielokrotnie odnajdywał relacje z takich dramatycznych chwil objęcia funkcji kapitana przez kobietę.
Cordingly poświęcił też osobny rozdział bohaterskim czynom strażniczek światła, a więc kobietom-latarnikom. Całkiem sporo zupełnie samotnie obsługiwało nadmorskie wieże na terenie Stanach Zjednoczonych. Dzięki rozdziałowi o żonach marynarzy dowiadujemy się wiele szczegółów  o zawodzie wielorybnika i zwykłego, podrzędnego marynarza, który najczęściej dostawał się na statek nie z własnej woli, ale tzw. „branki”. Przesiadywanie w pubach i domach publicznych wiązało się z niebezpieczeństwem, że można było już nie powrócić do domu, lecz zostać wciągniętym w skład załogi właśnie wypływającego statku. Straszne, ale również prawdziwe.

Książkę kończą 3 żeglarskie ballady przytoczone z publikacji pochodzącej z początku. XX wieku. Mają zapewne więcej niż te 100 lat, na co wskazuje data wydania. We wszystkich rozdziałach autor skupił się głównie na analizie wydarzeń z historii żeglarstwa XVIII i XIX wieku. Dokumenty jakie przebadał były głównie brytyjskie i amerykańskie. Jeśli opisywana historia miała swoje korzenie w innym przedziale czasowym, bez problemu sięga do wcześniejszych epok, tak aby jak najczytelniej przedstawić nam wszystkie fakty. Trzeba przyznać, że dba o szczegóły i doskonale nakreśla czas, miejsca i osoby.

Dziś, po kilkuset latach od opisywanych w książce wydarzeń, obecność na morzu kobiet wykonujących zawody, które uchodziły kiedyś za domenę mężczyzn, już nie szokuje. Może mieć te same prawa , może kierować męską załogą i nikt nie będzie się temu przeciwstawiać. Marzycielki i poszukiwaczki przygód nie muszą się już przedostawać w męskim przebraniu na statki. Smak morskiej wyprawy dostępny jest każdemu, kto zechce się z nim zmierzyć. Tak jak dawniej latarniczki pilnują światła, choć inna już era i jego jasność pochodzi z elektryczności a nie węgla, oleju czy nafty. Również na naszym rodzimym wybrzeżu panie pracują w wysmukłych wieżach latarni, odnajdując się w tym zawodzie i służąc bezpieczeństwu na morzu równie oddanie i skutecznie  jak mężczyźni. Może jedynie wielka woda  straciła troszeczkę ze swej tajemniczości. Wiemy, co jest u kresu każdej podróży, znamy dokładnie położenie, warunki klimatyczne i atmosferyczne oraz organizmy żyjące w głębinach. Coraz mniej niespodzianek może nas spotkać na morzu, lecz mimo to wciąż budzi ono natchnienie – tak wielkie, że nadal się o nim śpiewa, pisze, maluje je, filmuje i fotografuje. Kiedyś te same wody kazały kobietom porzucać swe dotychczasowe życie i uciekać na morskie wyprawy na zupełnie nieznane terytoria. Mimo wielu znaków zapytania, obaw, strachu i niepewności losu nie rezygnowały. Pragnienie zakosztowania przygody dostępnej oficjalnie tylko mężczyznom bywało silne i napędzało do heroicznych nieraz czynów. O wszystkich takich bohaterkach jest właśnie ta książka. Warto chronić ich dzieje od zapomnienia.