czyli ślepy zaułek wiolonczelisty

Apocalyptica
Apocalyptica
Universal 2005

 

Apocalyptica narodziła się jako eksperyment i – nie bójmy się tego określenia – rodzaj żartu. Ich debiutancka płyta wypełniona była coverami Metalliki – w transkrypcji na cztery wiolonczele. Było to bardzo zabawne doświadczenie, jednak albumu nie dało się słuchać w kółko, bo był niesamowicie jednostajny. Cztery albumy dalej Apocalyptica ma zgoła odmienny problem.

Pierwsza płyta była czysto instrumentalna, druga również, poza singlami, gdzie partie Jamesa Hetfielda śpiewane były przez publiczność (fenomenalne Unforgiven z singla Harmageddon). Trzecia płyta przyniosła zasadniczą zmianę: pojawił się głos, jednak podstawą do „śpiewanych” piosenek wciąż były utwory instrumentalne (w ten sposób poznaliśmy najpierw instrumentalne Path a potem śpiewane przez wokalistkę Guano Apes, Sandrę Nasic, Path vol. 2). Na Reflections pojawiła się perkusja i to w nie byle jakim wykonaniu, bo zasiadł za nią bębniarz Slayera Dave Lombardo. Znalazła się również jedna piosenka, która nie miała odpowiednika instrumentalnego, lecz był to cover, tym razem Rammsteina, z wokalem rewelacyjnej Niny Hagen. 10 lutego tego roku ukazał się nowy album zatytułowany po prostu Apocalyptica i wprawił recenzenta w osłupienie.

W pierwszej chwili pomyślałem, że wyrzucili wiolonczelistów. Do tej pory wiolonczelowe trio nie kryło się ze swymi instrumentami, tu cofnięte są one w tło, zaś na pierwszy plan wysuwa się perkusja. Jak czytamy na oficjalnej stronie zespołu, zasiadł za nią Mikko Siren, utytułowany perkusista współpracujący z wieloma gwiazdami. W przypadku tej płyty zdominował ją tak, że brzmi ona jak płyta perkusisty, który zaprosił do współpracy wiolonczelowe trio. Jednak nie to jest najgorsze – wszak w spokojniejszych piosenkach, stanowiących mniej więcej połowę albumu słychać smyczki. Dużo gorzej jest ze śpiewaniem.

Album otwiera Life Burns! zaśpiewane przez Lauri Ylonena z zespołu The Rasmus, popmetalowej gwiazdki fińskiej sceny muzycznej. Prawdziwą tragedią jest natomiast duet wyżej wspomnianego pana z Ville Valo, wokalistą zespołu Him. Firmujący nową płytę singiel Bittersweet, na którym można usłyszeć ten wcale nieegzotyczny duet, jest najbardziej żałosnym momentem płyty – momentem, w którym wiolonczele chowają się zupełnie w tło, zaś na planie pierwszym pozostają ulubieńcy czytelników Bravo i Bravo Girl.

Pomijając jednak incydenty ze śpiewaniem (trafiają się tylko trzy kawałki, w których usłyszymy wokalistów) i kiepskie rozłożenie akcentów (wspomniane wyżej usunięcie smyczków z pierwszego planu), największym mankamentem płyty jest jej nierówność. Obok cukierkowych kawałków (jedynych, w których słychać Apocalypticę) dostajemy Fisheye czy Betrayal/Forgiveness, którym na dobrą sprawę brakuje tylko growlingu, by pretendować do miana piosenek z gatunku death / black metal.

Gdybym miał coś radzić, to proponuję rozpocząć przygodę z Apocalypticą od Reflections, płyty, na której trio zgrabnie balansowało między potrzebą poszukiwania własnej ścieżki, a korzeniamim, z których wyrosło (jeszcze jako kwartet). Apocalyptica ma ciekawe momenty, ale nie broni się jako całość.

 

Apocalyptica
Apocalyptica
Life Burns; Quutamo; Distractions; Bittersweet; Misconstruction; Fisheye; Farewell; Fatal Error; Betrayal/Forgiveness; Ruska; Deathzone; En Vie