Iris Murdoch
Morze, morze
(The Sea, The Sea)
tłum. Wiesława Schaitterowa
Wydawnictwo Zysk i S-ka
Seria: Kameleon
Poznań 1998, str. 608

 

Mogłabym poczekać z tą książką na lato. Wielu z nas uda się zapewne na wybrzeże, więc temat morski byłby miłym dopełnieniem udanych wakacji. Ale z drugiej strony właśnie teraz najlepszy jest czas ku temu, aby dobrze zaplanować wakacyjne lektury. Osobiście nie wyobrażam sobie urlopu bez książek. Są one równorzędnym elementem dnia jak posiłki, spacery czy leniwy wypoczynek. A po latach ich treść przypomina nam o miejscach, które kiedyś odwiedzaliśmy.

Ze mną akurat jest tak, że autor czy tematyka zostają nierozerwalnie przypisani do konkretnych wakacji. W pierwszym wiosennym miesiącu, przygotowującym dopiero co obudzone po zimie ciało do dni dłuższych i cieplejszych, zdecydowałam się powrócić myślami do powieści, którą z całą odpowiedzialnością mogę zaliczyć do jednej z najważniejszych życiowych lektur. Nie wiem czy sprzyjał jej czas, nastawienie ducha czy jedynie tytuł oddziaływał magią i mile kojarzył się z miejscami nad morzem, do których chętnie powracam. Faktem jest natomiast to, że Morze, morze Iris Murdoch było moim pierwszym i dotąd jedynym kontaktem z tą pisarką, i naprawdę trudno będzie odnaleźć drugą taką powieść, która poruszyłaby mnie do tego stopnia i pozostawiała w niestygnącym zachwycie.

Iris Murdoch urodziła się w Dublinie (1919) w rodzinie irlandzko-angielskiej. Zanim zajęła się pisarstwem, studiowała historię i filozofię. Dopiero przekroczywszy wiek trzydziestu lat, spróbowała zmierzyć się z swoją pierwszą powieścią. Wcześniej była wykładowcą na Oxfordzie i zajmowała się głównie filozofią. Z powodzeniem wydawała rozprawy filozoficzne, prace dotyczące teorii powieści i poezje. W ciągu osiemdziesięcioletniego życia (zmarła na Alzheimera w 1999 r.) opublikowała 26 powieści. Nie była ulubienicą krytyki. Jedynie Morze, morze (The Sea, The Sea) uhonorowano prestiżową Booker Prize w 1978 roku, a za Machinę miłości czystej i wszetecznej (The Scared and Profane Love Machine) otrzymała Whitbread Prize. Sama rozmiłowana była w twórczości Szekspira, Jamesa, Dickensa, Tolkiena, Kafki i Prousta. Władca Pierścieni należał, obok Alicji w Krainie Czarów Carrolla, do jej ulubionych książek. W połowie lat 80. wyróżniona została zaszczytnym tytułem Damy Imperium Brytyjskiego. Do jej najbardziej znanych powieści należą: Jednorożec (The Unicom), Dzwon (The Bell), Czas aniołów (The Time of the Angels) i Mędrcy i kochankowie (The Book of the Brotherhood). Wiele z nich wydano także w Polsce.

Nie mogę oceniać całej twórczości Iris, bo jej nie znam. W przyszłości planuję zmierzyć się z kolejnymi historiami, jakie wyszły spod jej pióra. Tym bardziej, że początek tej znajomości okazał się tak bardzo udany. Nie będę ukrywać, że do kupna powieści Morze, morze skusił mnie tytuł, a nie nazwisko. Oczywiście osoba pisarki była mi znana i potrafiłam osadzić ją w ramach historii literatury brytyjskiej, jednak jak dotąd nie zaciekawiła mnie na tyle, abym specjalnie poszukiwała jej książek. Tajemniczy i niewiele mówiący tytuł przywoływał natomiast przemiłe wspomnienia nadmorskich miejsc i nawiązywał do żywiołu, który mnie niemal od zawsze fascynuje, zarówno w naturze, jak i literaturze.
Powieść nabyłam na tak zwanym tanim stoisku i jeszcze w księgarni przeczytałam pierwszy akapit. Moment ten mogę przyrównać do rażenia gromem. To była miłość od pierwszego słowa. Sama Murdoch wielokrotnie powtarzała, że celem jej twórczości jest ukazywanie osobliwości ludzkiego istnienia. A przy okazji, czyniąc swą powinność, była kobietą zakochaną w języku, co dostrzeże i doceni Czytelnik, poznając już pierwsze zdania tej doskonale skrojonej powieści. Nadałam tej recenzji tytuł 600 stron to wciąż zbyt mało, gdyż w przypadku historii takiej jak Morze, morze mogłabym z pasją i radością przeczytać jeszcze kolejne tyle samo stron, nie mogąc nasycić swego czytelniczego głodu pięknem treści i formy. Morze, morze w moim przypadku było zakupowym strzałem w dziesiątkę.
Książka rzeczywiście w ogromnym stopniu dotyczy morza i związanych z nim zjawisk. Jednak na przemian i z ogromnym wyczuciem staje się ono raz pierwszoplanowym bohaterem, by po chwili być jedynie tłem opowieści.

Bohaterem tej morskiej historii jest Charles Arrowby, emerytowany aktor, reżyser i dramaturg, znany przedstawiciel artystycznej bohemy Londynu, który po ukończeniu sześćdziesięciu lat decyduje się zerwać z dotychczasowym trybem życia i opinią kobieciarza. Okazją ku realizacji tych planów staje się zakup małego domku „Shruff End” położonego na wysokich klifach Kornwalii. Jego pomysł diametralnej zmiany stylu życia jest traktowany przez znajomych artystów z niedowierzaniem i są gotowi obstawiać wysokie sumy, że bardzo szybko wybryk mieszkania na odludziu przerodzi się w rychły powrót skruszonego aktora w światła reflektorów stolicy. Dzieje się jednak inaczej. Charles nie tylko fascynuje się swym nowym nabytkiem i czerpie radość z każdego nadchodzącego dnia, ale i utwierdza w przekonaniu, że wybór był słuszny.

Szczegółów życia w kamiennej „pustelni” czytelnik dowiaduje się z narracji pierwszoosobowej  (Charles zaczyna prowadzić dziennik) przeplatanej opisami i retrospekcjami w trzeciej osobie. Pięknie położony salonik na piętrze, z widokiem na spienione fale i ciemną taflą morza, staje się ostoją i wymarzonym schronieniem do dokonania pisemnego rozrachunku z minionymi latami sławy i życia w ramionach wielu kobiet. I pewnie taki – wspomnieniowy, a zarazem sielankowy charakter miałaby cała jego emerytura, gdyby nie fakt spotkania w pobliskim miasteczku swojej pierwszej – jeszcze szkolnej – miłości. Dotąd Charles przywoływał do życia osoby towarzyszące jego drodze na szczyt jedynie na kolejnych stronach swej autobiografii. I miał pełną kontrolę nad ludźmi, których opisywał. Tym razem samo życie postawiło go w sytuacji, do jakiej nie przygotowały go liczne teatralne role i towarzyskie układy. Osobisty kontakt i rozmowa z niewidzianą kilkadziesiąt lat Hartley staje się jego obsesją. I nawet kiedy już do niego dochodzi, sytuacja wymyka się spod kontroli, bo nie tylko wyjawia jej swoje wciąż żywe i gorące uczucie, ale na dodatek wierzy, że tylko powrót do niego będzie ją mógł uszczęśliwić.
Charles nie zastanawia się nad jej dotychczasowym życiem, wyborami, których dokonała, oraz faktem, że wciąż jest mężatką. Swoją teraźniejszość zaczyna postrzegać w kategorii „akcji ratowania Hartley” przed jej własnym mężem i planami wyjazdu na stałe do Australii. Na pewnym etapie tej historii akcja powieści zdecydowanie przyspiesza i ma wiele niespodziewanych zwrotów, balansujących pomiędzy tym, co czuje i w co wierzy Charles, a tym, jak postrzega życie jego dawna miłość.

Dzieje kolejnych wysiłków Charlesa, mających na celu ratowanie ich związku, oraz zaskakujące zwroty akcji Murdoch pięknie przeplata porażającymi opisami żywiołu morskiego oraz wyludnionej, surowej okolicy. Wytrawny Czytelnik może rozsmakowywać się w długiej, często wielostronicowej słownej żonglerce i czuć niemal najdrobniejszy powiew wiatru, uderzający w skały malowniczej zatoki. Ogromną zaletą tej powieści jest realizm oddawania miejsc, pogody czy walorów przyrodniczych okolicy. Czuje się, że pisarka sama musiała wielokrotnie bywać w Kornwalii i umiłowała jej niesamowite pejzaże, tak zmienne w różnych porach dnia i roku. W historię często potajemnych, z dreszczykiem emocji towarzyszących smakowaniu rzeczy zakazanych pierwszych spotkań Charlesa i jego wybranki, wplecione zostały fantastyczne wizje wynurzających się z morza potworów, które doskonale symbolizują stany psychiczne bohatera. Pisarka dawkuje nam te sceny bardzo oszczędnie, na dodatek nie jesteśmy do końca pewni, czy zjawiska te są tworem realnym czy imaginacją i złudzeniem.

W książce Murdoch jest wszystko, co może zachwycić: ciekawe postacie o nieszablonowych biografiach, miłość spełniona i idealizowana, zbrodnia, londyńska bohema artystyczna, mroki ludzkiej psychiki i przepiękne plenery oddawane ze znawstwem i drobiazgowością. Dla mnie na szczególną uwagę zasługuje przede wszystkim tytułowe morze, huczące w tle, łagodne, kiedy na niebie króluje słońca, a ponure, o twarzy potwora, w chwili jesienno-zimowej niepogody. Przenosząc tę powieść na grunt malarski można śmiało powiedzieć, że przesycona jest paletą barw wywodzących się z błękitu, bowiem wszystko ma w niej swój morski charakter. Morze znajdujemy w oczach bohaterów, falowaniu ich nastrojów, posiłkach zjadanych na skałach czy tematach rozmów.

Nie jest to opowieść o afirmacji życia po sześćdziesiątce. Charles zachowuje się wyjątkowo niedojrzale. Na  na stare lata odkrywa nagle, że tylko to, co było pierwsze i nieskalane może być idealne, choć przypomina to bardziej ślepą wiarę, niż wynik poważnych przemyśleń. Po pierwszym spotkaniu z Hartely wydaje się opętany miłością i szarpany skrajnymi emocjami, jak niejeden młodzieniec przeżywający nieznane dotąd uczucie. Taka postawa trąci egoizmem i zapatrzeniem wyłącznie we własne potrzeby. Przy każdej okazji podważa opnie Hartley i agresywnie zbija wszystkie argumenty, nie dając jej szansy na świadomy wybór.

Iris Murdoch napisała Morze, morze w taki sposób, że śledzimy każdy krok bohatera czując się niemal jego cieniem. Kiedy zasiada w pokoju na piętrze jesteśmy tam i my, czujemy miękkie obicie jego ulubionego fotela pod plecami, słyszymy pisk mew dolatujący zza uchylonego okna. W scenie, gdy Charles biegnie przez miasteczko, by ujrzeć swą miłość, jego przyśpieszony oddech przenosi się również na nasz organizm; odczuwamy podniecenie, ekscytację, wyczekiwanie nieznanego. Podobnie jest z uczuciami, które nim szarpią. To wielka umiejętność pozwolić Czytelnikowi na tak głębokie współodczuwanie i współuczestniczenie w tym co się dzieje na kolejnych 600 stronach.
Kiedy przeczytamy prolog, jesteśmy już po uszy zanurzeni w nadmorskim pejzażu i stajemy się więźniami tej historii, aż po sam jej koniec. Nagle nie ma już nic obok poza morzem i nami, znika Czytelnik i jego książka. Ani się spostrzeżemy, a jesteśmy tą historią. Dlatego uwierz mi na słowo, przyszły Czytelniku Morza, morza, że huk fal, szum wiatru, szelest traw, trzaskanie ognia na kominku i drobinki piasku, wpadające w oczy, nie opuszczą cię przez cały czas obcowania z tą lekturą. Bo taka już jest, jak podejrzewam, cała twórczość Murdoch: emocjonalna, rozdzierająca, przechodząca burzą przez nasz umysł.

Rozkochana w języku, Iris Murdoch nie czyni z niego osobistej, niedostępnej pustelni. Zaprosi do niej każdego, kto zechce spróbować zatopić się w jej słowach. Ja to wyzwanie podjęłam i nigdy nie będę tego żałować. Szkoda mi tylko, że w moim przypadku trwało to tak długo. Dziś wciąż mam nadzieję, że Morze, morze to tylko dobry początek większej przygody, po którym w kolejnych powieściach spotkam równie skomplikowane i osobliwe ludzkie losy, przybrane z talentem godnym Czarodziejki Słów, jaką niewątpliwie była ta wspaniała brytyjska pisarka.
Choć polecam lekturę na lato, nie zaprzeczę oczywistej prawdzie, że Murdoch smakuje w każdej porze roku. Bo piękno słowa i bogactwo wyobraźni nie działa warunkowo i jest ponad wszystkim.