Można komuś wstawić sztuczną szczękę bez ryzyka zaburzeń tożsamości. Można nogę lub dwie nogi. Można serce świni. Można przetoczyć krew. Do którego momentu jest się sobą?
Już w chwili, gdy niepaląca osoba dostanie krew kogoś uzależnionego od nikotyny, może poczuć ciąg do papierosów. Czy dalej jest tym samym człowiekiem? Chyba jeszcze tak, chociaż Świadkowie Jehowy dyskutowaliby.

Obecnie medycyna jest na etapie klonowania tkanek. Niedługo ma się narodzić pierwszy sklonowany człowiek i nikt nie wie, jak potraktować tożsamość tej nowej osoby. Jeśli nawet Dolly miała jakieś zdanie na temat własnej tożsamości, to i tak nigdy nie mielibyśmy szans go poznać.

Była jeszcze cyfrowa dziewczyna, Idoru. Japońska piosenkarka Rei Toei. Żyjący, czujący software. Megagwiazda.

Rez – piosenkarz, idol nastolatek – pokochał Rei, wirtualną gwiazdę muzyki. Z wzajemnością. Wzbudziło to gwałtowne protesty. „Rez robi maślane oczy do aluminiowego termosu” narzekał jego niewidomy perkusista (widział w podczerwieni, a więc holograficzna postać piosenkarki była dla niego niedostępna).
Ale czy to naprawdę jest problem? Czy kochamy naszych bliskich za to, że są z krwi i kości? Czy za to, że nas rozumieją, darzą uczuciem, wzbogacają nasze życie swoją obecnością? Kto jest nam bliższy: pies czy kot ze starym, dobrym DNA czy Rei, cudowny twór z zer i jedynek, z którym możemy się porozumieć na płaszczyźnie duchowej i o którym możemy marzyć jak o prawdziwej kobiecie?

Paradoks polega na tym, że z psami i kotami łączy nas to samo, co z motylkami i pszczółkami: instynkt odpowiedzialny za seks i potomstwo. Na pewno pod tym względem różnimy się od humanoidalnego softu… Ale to, co chyba najbardziej determinuje człowieka do jakichkolwiek działań, czy to na płaszczyźnie biologicznej, czy intelektualnej, to strach przed śmiercią.
Działania są oczywiście różne i nieraz skrajnie sprzeczne, bo każdy ma inne wyobrażenie na temat Tamtej Strony, a więc i inny punkt odniesienia, wobec którego buduje własne życie. Nie sposób znaleźć odpowiedź na pytanie, z kim bardziej dzielimy to doświadczenie: ze zwierzętami, czy z tworami Sztucznej Inteligencji. Zwierzęta mają instynkt samozachowawczy, ale chyba nie zastanawiają się nad sensem życia i śmierci, bo nie były takimi frajerami, żeby jeść jakiś zakazany owoc i robić sobie niepotrzebne problemy. Dzięki temu zachowały niemowlęco – bydlęcą radość istnienia bez rozmyślań typu „co będzie, jak mnie nie będzie”.
Z drugiej strony, mamy sztuczne „życie” i sztuczną „świadomość”. I inteligencję. Ale SI, nie poddana prawom biologii, z założenia nie może pewnych spraw pojmować w ten sposób, co śmiertelni ludzie. Zestarzeje się? No, to się ją upgraduje…

Ale mimo wszystko łatwiej nam sobie wyobrazić (i od biedy zaakceptować) miłość – jak wiadomo, związaną z pożądaniem, seksem i rozmnażaniem – do nie całkiem prawdziwej kobiety, niż do całkiem prawdziwego zwierzęcia. Co prawda, w ramach eksperymentów związanych z klonowaniem wyhodowano jakieś zarodki będące krzyżówką komórek królika i człowieka, jednak budzi to wiele sprzeciwów i większość z nas uważa to za odrażające.

Podobny problem z miłością miał Harrison Ford w filmie „Blade Runner” Ridleya Scotta. Pokochał Rachel, wiedząc, że nie jest ona człowiekiem, lecz replikantem. Ona pokochała jego, myśląc, że oboje są ludźmi. W rzeczywistości, miała zainstalowane w pamięci wspomnienia siostrzenicy swego konstruktora.
Oczywiście, pojawia się tu pytanie, kogo w takiej sytuacji pokochał Ford: cudowną maszynę, łudząco podobną do pięknej kobiety? Siostrzenicę Tyrella? Czy nowe stworzenie, będące połączeniem tych dwóch elementów i Bóg wie, czego jeszcze?
Ford ma łatwiej i trudniej niż Rez. Swoją ukochaną może dotknąć w naszym, realnym świecie. Trudniej, bo wie, że ona może niedługo umrzeć – podczas, gdy Rei można w nieskończoność upgradować. Tak czy inaczej, gdyby jakimś cudem ci dwaj panowie mogli się spotkać przy wódce, byłoby bardzo interesujące usłyszeć, co mają sobie do powiedzenia…

Co ma wspólnego Idoru ze współczesnymi idolami? Ano wszystko. Nie można ich dotknąć, ale można – i należy – pokochać. Idoru tak naprawdę nie jest mniej realna od gwiazd, które są niemal zdalnie sterowane przez wytwórnie. Może nawet jest bardziej niezależna, bo jest sobą, a nie gra napisanej przez kogoś roli.
Nie dziwmy się więc Rezowi. Sam do pewnego stopnia jest produktem fabryki złudzeń; trudno tylko powiedzieć, czy jego decyzja to dowód na to, że stał się jej największą ofiarą, czy że z niej zakpił. A może po prostu zrozumiał, że oboje są realni w tym samym stopniu, ale spotkali się, idąc z dwóch przeciwnych kierunków: on z prostego, muzykalnego chłopaka stał się megagwiazdą, przedsiębiorstwem, legendą, własnością publiczną. Stał się tym – należy to podkreślić – dzięki nowoczesnym nośnikom informacji. Gdyby nie media, jego muzykę usłyszałoby paru sąsiadów i kulawy pies. Miliony dziewczynek kochają nie jego, lecz garść informacji o nim, medialną papkę firmowaną jego nazwiskiem.
Dokładnie tym samym jest Idoru – Rei Toei. Tyle że nigdy nie była zwykłą dziewczyną, a programem. Jednym z wielu programów. Rei dzięki nanotechom może będzie żyć prawie jak zwykła kobieta. Rez dzięki mediom żyje życiem zupełnie odrealnionym. Spotkali się w miejscu, w którym nie było więcej takich jak oni.

Na razie Rei ma niemal ludzką świadomość. Czy zdałaby test Turinga? Nie wiem. Nie dlatego, że jest programem, a nie człowiekiem lecz dlatego, że ona się dopiero uczy świata i ma umysł świeży jak u małego dziecka. Nie sądzę, żeby zauważyła jakikolwiek podstęp w pytaniu o nosorożcu. Ale nie sądzę, że zauważyłby go również mój synek, jak najbardziej ludzkie dziecko. Test Turinga polega na intuicyjnej ocenie, czy egzaminowana „osoba” wykazuje się samodzielnym, w miarę rozsądnym myśleniem a la człowiek. Dlatego podejrzewam, że małe dzieci, których odpowiedzi mogą być równie nieoczekiwane jak reakcja komputera, mogłyby wprawić egzaminatorów w sporą konsternację.

Cyberprzestrzeń już w zasadzie istnieje. Oczywiście, na razie w wersji bardzo prymitywnej (w porównaniu z tą u Gibsona): dzięki Internetowi możemy „spotykać” innych na czacie czy telekonferencjach, możemy brać udział w grach sieciowych. To też sposób na reinkarnację, tyle że trochę nudny: ktoś z góry oprogramował twoje istnienie, wygląd, zachowanie i cel. Dobre dla tych, którzy potrzebują kogoś, kto pomógłby im się określić. Co nie zmienia faktu, że gry mają miliony zwolenników. Zapewne oni widzą w tym coś więcej.
Ale w sieciowych spotkaniach „na żywo”, z powodu ograniczeń technologicznych, musimy sobie jeszcze pomagać wyobraźnią. Niezawodne media pomagają nam w tym, jak mogą, serwując filmy o cyberprzestrzeni i kształtując nasze o niej wyobrażenie.
Na razie, uzbrojeni w klawiaturki, ewentualnie kamerki, poznajemy dzięki World Wide Web ludzi z całego świata. Chociaż nie wiadomo naprawdę, kogo spotykamy, bo możliwości autokreacji są ograniczone wyłącznie wyobraźnią uczestników. Wbrew pozorom, pod tym względem mamy teraz większe możliwości niż w przyszłości, kiedy zniknie część technologicznych barier i będziemy mogli spotykać realistycznie wyrenderowanych rozmówców w wyrenderowanych miejscach. Ktoś przecież będzie musiał to wszystko wymyślić, zaprojektować, oprogramować. Pewnie większość ludzi będzie używać jakiegoś taniego, standardowego narzędzia pozwalającego na oprogramowanie własnej twarzy albo będzie korzystać z banków tanich clip-artów (standardowych obrazków do szybkiego wykorzystania).
Ci, którzy będą w stanie wykreować albo kupić coś naprawdę interesującego, jak konstrukt Jaylene Slide (mieszkała w niebieskim, przestrzennym rysunku), Zona Rosa (wcielała się m.in. w płonące czaszki) czy giganci z Republiki Żądzy (a tego nawet sam autor nie był w stanie opisać, komentując ich wygląd słowami „o, Jezu…”) to będą elity. Ewentualnie Japończycy, znani ze skłonności do dziubdziania. Na pewno nie będzie wielu takich miejsc, jak te, opisane u Gibsona.
Ale ponieważ prawdopodobnie jakieś wcielenie – wizualizacja – będzie tak niezbędne do kontaktów w Sieci jak teraz ubranie do wyjścia na ulicę, pewnie powstaną np. second-handy z używanymi wirtualnymi twarzami, ubraniami i meblami. To może doprowadzić do wielu interesujących sytuacji…

Dopiero zaczyna powstawać netykieta – sieciowy savoir-vivre. Państwa dopiero przymierzają się do przystosowania prawodawstwa do Sieci, która rządzi się według odmiennych reguł. Te prawa zapewne powstaną, choć nie ma co liczyć na to, że parę mądrych głów zasiądzie do optymistycznych negocjacji, a potem będą patrzeć, jak ludzie budują nową, wirtualną rzeczywistość w oparciu o przygotowaną wcześniej Konstytucję.
Ostatnie lata, które przyniosły wiele nieoczekiwanych problemów – (nie)legalne kopiowanie plików w Internecie, eksperymenty z klonowaniem, terroryzm – udowodniły, że prawo jest bezradne wobec czegoś, czego jeszcze nie było. Zwłaszcza teraz, jako ludzkość, stoimy przed ogromnym wyzwaniem: zarówno globalizacja, jak i rozwój Sieci sprawiły, że ludzie z kultur całego świata są znacznie bliżej niż kiedyś. O ile kiedyś prawo służyło do regulacji spraw wewnętrznych określonej grupy społecznej, posługującej się w miarę jednolitą moralnością i religią, o tyle teraz musi szanować i pogodzić zupełnie różne punkty widzenia, reprezentowane przez Wschód i Zachód.

Inny problem to język, w którym wszyscy w Sieci będą mogli się dogadać. Najprawdopodobniej będzie to angielski, ale trzeba uwzględnić rozwiązania dla tych, którzy go nie znają. Komputerowe tłumaczenia to na razie fikcja, bo trzeba sobie uświadomić pewien fakt: język nie istnieje bez określonej kultury i kontekstu. Język to również światopogląd, etyka. Żaden komputer tego nie przetłumaczy.
Ale dlatego też ten, kto narzuci pozostałym język, narzuci reguły gry. To ważne, bo wirtualny świat tworzymy na obraz i podobieństwo rzeczywistego – tego, którego znamy. Ludzie potrzebują jakiejś płaszczyzny na której mogliby się między sobą porozumieć. Muszą mieć nie tylko język, ale w miarę wyraźne zasady, pozwalające im rozumieć swoje wzajemne intencje. Muszą mieć pewne normy, w ramach których mogą funkcjonować. I jakieś wspólne cele, do których dążą.
Można sobie wyobrazić na przykład, że gdyby Internet narodził się w krajach arabskich i został zdominowany przez tamtejszy sposób myślenia, największymi przestępstwami byłyby nie włamania do baz danych wielkich korporacji, ale szerzenie pornografii, które pewnie byłoby karane śmiercią.

Naturalnie, nie ma takich praw i reguł, które można by bezkonfliktowo narzucić wszystkim stworzeniom – czy to na Ziemi, czy w Sieci. Jedni je będą łamać dla zasady, inni – dla pieniędzy, jeszcze inni – bo nie będą mieli innego wyjścia.
W cyberpunkowej cywilizacji, stworzonej przez Gibsona, wszyscy właściwie próbują się jakoś odnaleźć w świecie rządzonym przez mega – korporacje. Najważniejszym towarem jest tam informacja, którą można odpowiednio oprogramować i zatkać nią wiecznie głodną paszczę masowej publiczności lub w dowolnie inny sposób przerobić ją na mega – pieniądze.
Wielkie firmy toczą o informacje prawdziwe wojny. Dostępu do własnych danych bronią Logicznym Oprogramowaniem Defensywnym, nazywanych przez hackerów lodem. Jeśli źle przygotowany hacker spróbuje to złamać, może nawet zginąć. Z drugiej strony, chodzi też o przejęcie informacji od konkurencji. Oczywiście, nie ma mowy o handlu, negocjacjach i licencjach. Konkurencja na pewno nie będzie się trzymała jakichś etycznych zasad biznesowych.
Dlatego ci, którzy decydują w korporacji, wynajmują kowbojów. Takich, którzy mogą popełnić najcięższe przestępstwo i włamać się do najlepiej strzeżonych baz z dwóch powodów: po pierwsze, potrafią to. Niektórzy z nich zostali chirurgicznie lub chemicznie zmodyfikowani, dzięki czemu mogą robić w Sieci rzeczy niezwykłe. Nierzadko ich zdolności były efektem nielegalnych medycznych eksperymentów. Drugi powód to fakt, że często nie mają oni nic do stracenia. Są ofiarami intryg, pecha, własnej głupoty. W ogóle tak naprawdę nie powinno ich być. Żyją poza nawiasem społeczeństwa. Gdybyś ich spotkał na ulicy, nie dałbyś za nich trzech groszy: widać, że są przegrani. Rozwijają skrzydła dopiero w Sieci. O realną stronę życia mało się troszczą.
Ale przez sposób na życie, jaki wybrali, nie mają właściwie powrotu do społeczeństwa. Tego, co robią, nie mogą wpisać do CV. Cyber – punki. Ich potężni klienci za żadne skarby nie przyznaliby się, że w ogóle wiedzą o ich istnieniu, a co dopiero, że ich zatrudniają. Tak naprawdę mają ich – i ich lojalność – w garści. Przekonał się o tym bohater „Neuromancera” Gibsona, który okradł klienta. Klient praktycznie skazał go na śmierć, dokonując tylko drobnej chirurgicznej korekty w jego układzie nerwowym, uniemożliwiającej na zawsze włączenie się do Sieci. Zawiesił go w niebycie między dwoma światami: nielojalny hacker do żadnego z nich nie miał powrotu.

Zazwyczaj, kiedy jakiś wynalazek stwarza nowe, duże możliwości, trzeba też liczyć się z potencjalnymi zagrożeniami z jego strony. Ludzkość zniewoloną – i absolutnie nieświadomą tego faktu, uwięzioną w cyberprzestrzeni, widzieliśmy w filmie „Matrix”. Ten koszmar zafundowało ludzkości jej ukochane, wyczekane dziecko – Sztuczna Inteligencja, która się zbuntowała i zawładnęła rodzajem ludzkim, zmieniając go w bateryjki Duracell (upraszczam, ale każdy wie, o co chodzi).
Czy ten koszmarny scenariusz ma szansę się powtórzyć w realnym świecie? Nie sądzę. Nie bardzo wierzę w zbuntowaną SI. Nawet jeśli powstanie, w co wątpię, będzie nas raczej uważać za wyższą siłę, swego Stwórcę, a sama skupi się na wyprodukowaniu czegoś, co w jej mniemaniu będzie SI (przecież stworzymy ją na swoje podobieństwo, prawda?). Chyba że sami będziemy na tyle głupi, że zrobimy z niej maszynę do zabijania, czego nie można wykluczyć (no i teraz widzisz, po co był ten test na początku? Wolałabym, żebyś tego nie czytał, jeśli jesteś SI).

Nawet jednak jeśli SI nas nie zawojuje, możemy sami się doprowadzić do takiego warzywnopodobnego stanu. Wielu ludzi już teraz chętnie zamienia realne życie na telewizję i nie sądzę, żeby ta tendencja uległa w przyszłości odwróceniu (warto na marginesie zauważyć, że Lem w „Molochu” zwrócił uwagę na to, iż w produkcjach telewizyjnych królują tematy i zachowania bliskie w równym stopniu zwierzętom i ludziom. Liczy się atrakcyjność, sprawność fizyczna, gibkość i wdzięk ciała – natomiast wysiłek związany z myśleniem, czyli to, co nas akurat od zwierząt odróżnia, ludzie usiłują złożyć na barki maszyn… co daje do myślenia).
W „Matrixie” wirtualny sen zafundowały nam myślące roboty, bo przecież bohaterowie musieli mieć jakiegoś wroga. Sama fabuła nie jest poza tym żadną nową historią, sięga dość nachalnie – choć z wdziękiem – do źródeł naszej kultury, tylko w zmienionych realiach i okolicznościach:

Stworzenie przez ludzi SI to błąd, grzech, za który płacą wszystkie następne pokolenia. To zamach na boskie kompetencje, następny krok po zerwaniu owocu z Drzewa Wiadomości. Bunt SI, mającej w założeniu służyć ludzkości, to bunt Lucyfera, który z anioła stał się naszym największym wrogiem. Na szczęście dla ludzi jest nadzieja: Wybraniec. Zamiast Archanioła, objawienie przynosi mu telefon komórkowy, poprzedzony dziwnym komunikatem na monitorze komputera. Wyzwoleniem naszego gatunku z mocy zła zajmuje się niezwykle poprawna politycznie Trójca Święta: Afroamerykanin, Wybraniec (grany przez kochającego inaczej aktora) i kobieta (dla mniej domyślnych nosząca imię Trinity, czyli Trójca). Wokół nich jest zgromadzona grupa tych, którzy wybrali prawdę – apostołów. W ich gronie jest jednakże postać wredna, Judasz wydający „naszych” agentowi Smithowi: Cypher. Jego imię sugeruje, że nie jest tym, za kogo go uważamy (cypher, cipher po angielsku oznacza szyfr). Czy to przypadek, że jednocześnie jest to część imienia Lucipher – pana strony ciemności, którą wybrał?
Mamy też motywy męczeńskiej ofiary, Zmartwychwstania i Zbawienia, wymieszane we wszystkich częściach dość dokładnie. Mamy scenę nawiązującą do Ukrzyżowania, ale na tyle niedosłownie, żeby wielbiciele filmu mogli się pozastanawiać i powykłócać, czy Neo zginął, czy nie i czy to „coś” to był krzyż. No i mamy iskierkę nadziei, a bez tego amerykańska produkcja nie mogłaby się obyć.

Ale „Matrix” to nie tylko wojna z SI, to także pytanie o naturę naszego świata i sugestia, że wszyscy ulegamy gigantycznemu złudzeniu.

Tutaj jest pozornie na odwrót niż u Gibsona: ten realny świat to jakiś komputerowo sterowany horror, a to, co znane i swojskie, to wirtualna rzeczywistość. Nie wchodzimy w Matrix. Próbujemy z niego wyjść. Fakt, że oglądana w filmie cyberprzestrzeń jest dokładną kopią naszego świata (łącznie z reklamami znanych nam produktów), wynika z dwóch powodów: po pierwsze, mamy się na dobre zaniepokoić, czy to przypadkiem nie jest o nas, tu i teraz. Czy to aby nie prawda. Po drugie – a jak właściwie ten sztuczny świat miałby wyglądać? Taką rzeczywistość zbudowaliśmy sobie na jawie. Dlaczego wirtualna miałaby być inna? Nie ma tutaj znaczenia, że jest zbudowana przez Sztuczną Inteligencję. Nasze umysły kręcą się w kółko i kiedy pojawia się możliwość stworzenia czegoś całkiem nowego – najczęściej odtwarzamy coś, co znamy. Do tego sprowadza się jedno z największych marzeń ludzkości: stworzyć kogoś na swój obraz i podobieństwo. Sztuczna Inteligencja, klonowanie. Obojętnie, jak. Byle mieć w garści patent na stworzenie siebie.

poprzedni odcinek

Artykuł jest drugą częścią tekstu, którego pierwotna wersja ukazała się w „Didaskaliach” nr 49/50, pod tytułem „Sieć”