Słyszałeś o nosorożcu, który przeleciał w różowym balonie w górę Mississipi? Widzisz w tym coś śmiesznego? Mój wuj zrobił to także, i to w obie strony, z tym, że wtedy był w białe paski. Dziwią cię może te pytania? A możesz mi szybko podzielić 7563985659 przez 8567484759.8676?
Te kretyńskie pytania to przykład na test Turinga. Mają pomóc rozstrzygnąć, czym – lub kim – jest rozmówca. A więc jesteś człowiekiem, nie Sztuczną Inteligencją. Z naszego punktu widzenia, rzecz jasna. Jesteś prawdziwy.

Sztuczna Inteligencja… Sztuczna – to znaczy nieprawdziwa, fałszywa. Albo nie będąca częścią natury, lecz tworem człowieka. Cała rzecz w tym, że gdyby coś takiego rzeczywiście powstało – i zyskało świadomość własnego istnienia – nie uważałoby się za sztuczne. Uważałoby zapewne swoją formę życia za zupełnie naturalną. Jeśli udałoby mu się coś stworzyć – to byłoby dla niego sztuczne. Ale nie ono samo dla siebie. Pomyśleć „jestem sztuczny” to zanegować własne istnienie (nie jako fizycznego obiektu, ale jako świadomej, niezależnej jednostki).

Przypuśćmy, że SI powstała. Że może samodzielnie podejmować decyzje, że może myśleć i czuć. Że może się replikować. Może się nawet udoskonalać. Może robić różne inne fajne rzeczy. Ale to nie pozwala jej dowiedzieć się, w jaki sposób powstała. Bo wtedy musiałaby sobie powiedzieć: „jestem sztuczna”.
Brzmi znajomo? Ano właśnie…

Według zwolenników kreacjonizmu życiem obdarzyła nas istota znacznie od nas potężniejsza. Na swój obraz i podobieństwo. Jakie stąd można wyciągnąć wnioski?
O Bogu wiemy tylko to jedno: że nas stworzył. Nas i nasz świat. Jeżeli jesteśmy do niego podobni, to też powinno nas kusić, żeby sobie coś stworzyć. Świat, który MY mielibyśmy pod kontrolą. Jakieś żywe stworzenia w tym świecie, które by NAM służyły. Na nasz obraz i podobieństwo. Obdarzone rozumem i wolną wolą…

William Gibson, uważany za ojca nurtu cyberpunk, stworzył cyberprzestrzeń. Nie, nie napisał programu imitującego rzeczywistość w trzech wymiarach. Jego kreacja powstała bez komputera. Może dlatego jest tak oszałamiająca – bo nieskrępowana wiedzą o technologii i jej ograniczeniach. I tak przekonująca – bo tak naprawdę nie opisuje informatycznych osiągnięć, lecz rzeczywistość, której istnienie wielu z nas i tak w głębi duszy podejrzewa.
Nie przeszkadzało mu to wcale stać się guru dla rzesz programistów i komputerowców. Jego wizję, w której software może pokochać żywego człowieka, komputer stać się twórcą, obdarzonym niemal boską mocą, a cyberprzestrzeń zamieszkują duchy i anioły, hipnotyzuje i wciąga. I stanowi wyzwanie dla tych, którzy wierzą w możliwość powstania alternatywnej rzeczywistości i Sztucznej Inteligencji.
On sam mówi, że nie stworzył tego świata. On go tylko nazwał. Ta przestrzeń istnieje. Tam, gdzie ludzie spotykają się, gdy rozmawiają przez telefon. Tam, gdzie banki operują naszymi pieniędzmi (będącymi w gruncie rzeczy jedynie cyferkami na ich kontach, a nie prawdziwą gotówką). Tam, gdzie światowe giełdy dokonują gigantycznych transakcji. To właśnie nazwał cyberprzestrzenią.
A potem napisał swoją pierwszą książkę – „Neuromancer” – i odniósł niesamowity sukces. Po raz pierwszy w historii jeden autor zdobył trzy najważniejsze nagrody z dziedziny fantastyki.

W tej chwili istnienie Sieci i fakt, że nieubłaganie zmienia ona oblicze cywilizacji, jest oczywiste dla każdego. Ale rok 1984 – rok wydania „Neuromancera” – to był dopiero początek ery komputerów osobistych i Internetu. W domach mieliśmy ZX Spectrum i Commodore. Na ekrany kin wchodził film „Gry wojenne” o nastolatku, który włamał się za pomocą swojego PC do systemu obronnego Stanów Zjednoczonych i omal nie doprowadził do wojny; pierwszy kowboj konsoli, choć nawet o tym nie wiedział (ani u Gibsona, ani w filmie nie występowało słowo „hacker”, bo go jeszcze nie było).

Sam Gibson komputerami jako takimi się nie interesuje. „Neuromancer” powstał przy pomocy przedwojennej maszyny do pisania. Jego nie interesują płody Doliny Krzemowej, tylko rzeczywistość, która dzięki nim powstaje na naszych oczach.
Jego bohaterowie to ludzie żyjący w Sieci. Żyją na granicy dwóch światów. Nie chodzi tylko o granicę między światem rzeczywistym (cokolwiek to oznacza) a cyfrowym. Również granicę między społeczeństwem, z jego prawnikami, kartami kredytowymi itp., a wyjętymi spod prawa outsiderami. Granicę między Stworzycielem (kimkolwiek On jest) i Jego dziełem (cokolwiek to jest). Granicę między duszą i ciałem. Granicę dwóch osobowości: tej prywatnej, znanej tylko ochroniarzom i najbliższym, i tej stworzonej przez media na użytek szerokiej, głupiej publiczności. Granicę między tymi, którzy żyją na samym szczycie i tymi, którzy są na samym dnie.
Tych linii granicznych jest zapewne nieskończenie wiele. Zależy od tego, z jaką rozdzielczością się na nie patrzy. Krzyżują się w nieoczekiwanych miejscach, tworząc Sieć… Czyż nie jest ona fascynująca?

Człowiek jest więc gdzieś pośrodku: pomiędzy światem natury, który go stworzył, a sztucznym światem, który stworzył on sam. Czy któryś z nich jest dla niego lepszy, ważniejszy?
Można zauważyć taką paradoksalną prawidłowość: jeśli chodzi o dzieła natury, ludzie najbardziej cenią te najdoskonalsze, bliskie ideałowi, wręcz… nierealne. Zupełnie inaczej jest, jeśli chodzi o ich własne dzieła – tutaj starają się naśladować naturę ze wszystkimi jej szczegółami, łącznie z brzydotą. Wystarczy spojrzeć na hodowle rasowych psów, topmodelki (o Christy Turlington mówiono, że jest być może jedyną dziewczyną o idealnie symetrycznej twarzy, wartej dzięki temu tysiące dolarów), czy plantacje kwiatów. Wszystko idealnie równe, nie ma miejsca na jakieś mutacje, skazy, odrobinę dzikości.
Z drugiej strony, kiedy człowiek imituje naturę, na przykład produkuje sztuczne kwiaty – stara się naśladować te cechy, których w naturze nie ceni. Te, które świadczą o pewnych nieuniknionych, naturalnych procesach związanych z przemijaniem. Jakiś czas temu pojawiła się moda na sztuczne kwiaty… lekko przywiędłe. Dekorowano nimi ekskluzywne wnętrza. Do złudzenia przypominały prawdziwe. Ale gdyby dekorator zdecydował się użyć identycznie wyglądających, lecz prawdziwych, prawdopodobnie straciłby pracę.
Ta dziwaczna tendencja daje się po części wytłumaczyć tym, że aby móc coś ocenić, potrzebne są jasne kryteria. Można sobie wyobrazić dążenie do stworzenia idealnej imitacji prawdziwego kwiatu. Trudno sobie wyobrazić efekt dążenia do stworzenia rośliny maksymalnie sztucznej. Jak coś takiego w ogóle miałoby wyglądać?

Prawdopodobnie rozwój naszej cywilizacji i cyberprzestrzeni będzie przebiegał według podobnego schematu: coraz większa rozdzielczość obrazu, coraz realniejsze wrażenie trójwymiarowości, coraz więcej zaangażowanych zmysłów… coraz mniej zauważalny interfejs… aż do perfekcyjnie wykonanej kopii rzeczywistego świata.
Z drugiej strony, w rzeczywistym świecie codziennie powstaje coś nowego. Nowe rozwiązania wypierają starsze wynalazki. Ciekawe, w jaki sposób zacznie się zmieniać świat w momencie, w którym wirtualna rzeczywistość będzie w stanie dokładnie odtworzyć naszą. Czy jeszcze ktokolwiek się będzie zajmował materialnym światem, jeśli każdą nową myśl będzie można szybciej i taniej zrealizować cyfrowo? Jeśli interfejsy programów będą miały – jak w „Idoru” – postać całych miast i spacerujących w nich ludzi, jeśli będzie można bez kłopotów zwiedzać dna oceanów i odległe galaktyki? Czy te dwa światy będą współistnieć i wzbogacać się wzajemnie? A jeśli tak, to który będzie imitował który? Czy w ogóle dla naszych dzieci będzie oczywiste, która rzeczywistość jest prawdziwa, jeśli od początku będą się poruszać w obu z równą swobodą?
Trzeba by wtedy zdefiniować pojęcie „prawdziwy”: można przyjąć, że ważne będzie świadectwo naszych zmysłów. Poparte świadectwem naszych bliźnich. Ale mówimy o sytuacji, w której cyber-złudzenie jest tak perfekcyjne, że wszystkie nasze zmysły potraktują je jak prawdę.

Oczywiście, istnieje jeszcze fizjologiczna strona naszego życia, której się nie da tak łatwo zanegować. Trzeba przecież coś jeść. Ale na przykład dla ciężko chorych, sparaliżowanych, popodpinanych do kroplówek czy respiratorów, wirtualna rzeczywistość może być najwygodniejszą formą kontaktu ze światem. Muszą mieć tylko odpowiednio wysokie ubezpieczenie, które pozwoli im podpiąć się do Sieci i nie dbać o życiodajne procesy.

Takie było najlepsze wyjście dla Virka („Graf Zero”) i Zony Rosy („Idoru”).To dwie skrajności. Są bardzo podobni, a jednocześnie zupełnie inni. Oboje cierpią na potworne choroby. Ich ciała zwariowały, komórki – jak na cyberpunkową rzeczywistość przystało – ogłosiły anarchię. Oboje wybrali wirtualną egzystencję. Oboje ukrywają swoje prawdziwe, biologiczne oblicze przed światem. Dla obojga to jedyna szansa, by żyć. Na tym podobieństwa się kończą.

Virek to przypuszczalnie najbogatszy człowiek na Ziemi i w okolicach. Nieprawdopodobna fortuna pozwala mu utrzymać przy życiu sprawny mózg, niezależnie od zdegenerowanego ciała. Pozwala mu również skutecznie ukryć chorobę przed światem. Tylko najbliżsi współpracownicy wiedzą, że ten starszy, ale dobrze wyglądający pan to hologram. Jego prawdziwe ciało to breja przetrzymywana w kilkusetlitrowych pojemnikach.
Zona Rosa to nastolatka, przywódczyni ulicznego gangu dziewcząt w Mexico City, członkini fan-clubu grupy Lo/Rez. Spotkać ją można najczęściej na jej stronie webowej, którą zbudowała na gruzach witryny pewnej korporacji. Oczywiście, ta „strona” to nie jakieś 800×600, tylko kawałek wirtualnego świata z malowniczymi budynkami firmy. A sama Zona ukazuje się pod niekoniecznie ludzkimi postaciami…
Dopiero, kiedy ratując przyjaciółkę (która znalazła się w prawdziwych, nie wirtualnych opałach) narobiła w Sieci bigosu i musiała zniknąć (kiedy używając nielegalnej broni, włamała się na tokijską stronę webową, zaszantażowała oddział fan-clubu i rozesłała wiadomość, że Rez nie żyje, skutkiem czego setki tysięcy fanek pojawiło się w miejscu jego „śmierci”… przy czym Rez miał się świetnie, a pod wskazanym adresem Chia, jej przyjaciółka, walczyła z rosyjską mafią) – kiedy więc po tej aferze musiała zniknąć z Sieci (bo coś takiego w cyberprzestrzeni to ciężkie przestępstwo) – wtedy okazało się, że… ona nie istniała.
Chia, która zawdzięczała jej życie, ze zdumieniem dowiedziała się, że Zona to postać stworzona przez 26-letnią Meksykankę, ofiarę zanieczyszczeń. Zona „umarła”, ale jej stworzycielka żyje, więc Chia będzie czekać: ma nadzieję, że nowe wcielenie jej przyjaciółki – kimkolwiek ona jest – prędzej czy później pojawi się w Sieci i ją odnajdzie. Że któregoś dnia pozna zupełnie nową osobę, ale będzie miała wrażenie, że znają się od dawna. I będzie wiedziała, że to Zona. Praktykująca cybernetyczną wędrówkę dusz.

Tymczasem Virek, gdy ciało odmówiło mu posłuszeństwa, zadbał o przedłużenie swego życia – a liczył na to, że może i nieśmiertelność – w Sieci. Żył dalej, w tej niematerialnej postaci, i poszukiwał Absolutu podążając śladami genialnego twórcy dzieł sztuki (czy też zlecając to podążanie, bo sam – jako syntetyczny duch – nie mógł przekroczyć pewnych fizycznych barier). Liczył na to, że uda mu się – z pomocą geniusza – otrzymać ciało. A może i wiele ciał. Gdyby wygrał, świat zapełniłoby wielu Virków.
U kresu jego poszukiwań jest… zwariowany komputer. Gigantyczna maszyna, która nie wiedzieć skąd, dostała duszę. Ona w jakiś dziwny sposób żyje (Virek miał nadzieję, że podzieli się z nim tajemnicą specjalnych biochipów, które pozwoliłyby mu normalnie żyć) – a tworzone przez nią kompozycje – dziwne pudełka w stylu Cornella – to jej osobista pieśń o czasie i istnieniu.

 fragment plakatu filmowego

Marzenie o alternatywnym życiu w Sieci narzuca skojarzenie z duchowo – religijnymi poszukiwaniami ludzi pod wszystkimi szerokościami geograficznymi, związanymi z pytaniem: co się właściwie dzieje z duszą, tożsamością, świadomością, kiedy uwalniają się od ciała?
Nie sposób nie zauważyć, że koncepcja, polegająca na pojawianiu się w różnych wcieleniach w stworzonym przez ludzi wirtualnym Świecie, kojarzy się z czymś znanym od dawna: reinkarnacją. Tyle, że jakby poziom niżej. Tym razem to my odgrywamy rolę strumienia świadomości. To my wybieramy sobie osoby, w które się wcielimy, kiedy zanurkujemy w matrix. Póki co, nie obowiązuje tu prawo karmiczne.
Łatwo sobie jednak wyobrazić, że można, mając do dyspozycji kilka wcieleń, próbować naprawić stare błędy. Można, stając przed trudnym wyborem – rozdwoić się i wypróbować obie możliwości. Można o wiele lepiej poznać życie, bliźnich i siebie samego, wchodząc w różne układy, zależnie od wybranych przez nas wcieleń.
Właśnie taki model życia wybrała Mercedes Purrissima, występująca we wcieleniu Zony Rosy. Znacznie ciekawszy, jak sądzę, od sposobu na życie Virka. Virek był ewidentnie niewolnikiem swojej fortuny i pozycji społecznej (zresztą, nie ukrywał tego faktu). Ale przecież mógłby uwolnić się od brzemienia własnej szacownej osoby, a nawet nie próbował. Sieć pozwoliła mu w jakimś stopniu przedłużyć życie, które strawił na poszukiwaniu nieśmiertelności, nieudanym zresztą… i tyle.

W matrixie ostatecznie na własne życzenie ląduje Angie. W realnym świecie była gwiazdą show – biznesu. Oprócz tego była córką wynalazcy biochipów. Biochipy to ogniwo, łączące oba światy: wirtualny i realny. Angie, królik doświadczalny swojego taty, dzięki specjalnemu wszczepowi mogła robić w Sieci rzeczy nieosiągalne dla innych.
W owym czasie w cyberprzestrzeni zaczęły się pojawiać duchy – cyfrowi bogowie. Nikt nie wiedział, skąd się wzięły i czym oni są – czy to zmutowane szczepy wirusów, czy może coś innego. To oni podpowiedzieli Mitchellowi, ojcu Angie, jak robić biochipy. Angie od początku się z nimi przyjaźniła, dzięki wszczepowi miała z nimi bezpośredni kontakt. Oni nie każdemu się pokazywali, dlatego większość ludzi nie wierzyła w ich istnienie. A jeśli komuś się już udało ich zobaczyć, twierdził, że nie chciałby im podpaść.
Angie – dziewczyna, która dostąpiła łaski poznania bogów, w końcu porzuciła swoją ziemską karierę. Popełniła samobójstwo i pozostała na zawsze w Sieci, gdzie czekał już na nią jej chłopak, hacker Billy czyli Graf Zero. On też zszedł z tego świata. Trochę za długo siedział w cyberprzestrzeni. Jego ciało ostatecznie zgasło, zapomniane i porzucone gdzieś w realnym świecie.
Angie przez szamanów Sieci nazwana była Dziewicą, co nawiązuje do tradycji chrześcijańskiej. Bogowie – czy cokolwiek to było – traktowali ją na specjalnych prawach. Wchodząc w Sieć, nie potrzebowała żadnego specjalnego wcielenia. Wchodziła tam tak swobodnie, jakby się tam urodziła. Kiedy w końcu porzuciła ziemskie życie, dostąpiła Wsieciowzięcia.
Czy Angie, „poprawiona” biochipem, była jeszcze tak naprawdę człowiekiem?

ciąg dalszy

Artykuł jest pierwszą częścią tekstu, którego pierwotna wersja ukazała się w „Didaskaliach” nr 49/50, pod tytułem „Sieć”