Tekst ten jest uzupełnieniem poprzedniego artykułu Determinizm, przypadek, wolna wola i stawia w pewnym punkcie kropkę nad „i”.

(Nie)konsekwencja filozofów

Nieraz już pisałem, że widzę siłę filozofii w zadawaniu pytań, sianiu zamętu w spokojnych głowach. Od czasu do czasu zdarza się jednak filozofom dokonać genialnej syntezy, potęgą rozumu dowieść zaskakujących prawd o naszym świecie. Rozwiązania te są często równie ubogie i jednostronne, jak wystawy sklepowe podczas stanu wojennego, prezentujące z produktów spożywczych głównie ocet. Tak jak trudno odżywiać się jedynie octem i jak mimo pustych półek jakimś dziwnym cudem (creatio ex nihilo? – co na to filozofia?) na stołach zjawiały się normalne potrawy, tak i filozofowie, udowodniwszy coś przeczącego codziennej obserwacji, ulegali dyktatowi trywialnego zdrowego rozsądku.

Weźmy takiego Zenona z Elei. Rozważając ruch strzały z punktu A do B zauważył, że najpierw musi ona dotrzeć do połowy tej drogi, a najpierw do połowy tej połowy i tak dalej w nieskończoność. Znaczy to, że każdy odcinek składa się z nieskończonej liczby dających się pomyśleć odcinków, czyli że aby je wszystkie przelecieć, potrzebuje ona nieskończenie długiego czasu, ergo – ruch z A do B jest niemożliwy.

Nie studiowałem żywotu Zenona, lecz czy po tym wiekopomnym odkryciu czując pragnienie nie podszedł do źródła? Zapewne jednak tak, choć musiał czuć, że jest to niegodne filozofa. Po latach Newton i Leibniz pokazali, że suma nieskończonej liczby wyrazów ciągu może być skończona, jeżeli wyrazy te maleją odpowiednio szybko. Trzeba jednak było na to dwóch tysiącleci, a tak długo Zenon nie mógł czekać.

Innym ciekawym poglądem jest solipsyzm, wywodzący się od sofisty Gorgiasza i w nowszych czasach związany z biskupem Berkeleyem, a głoszący, że „istnieję tylko ja sam, a wszystko inne jest moim złudzeniem”.
Nie jest to pozbawione sensu. Nie mamy bezpośredniego kontaktu ze światem zewnętrznym. Jedyne, co dociera do naszego umysłu/mózgu, to sygnały z zewnątrz, przekształcone przez nasze układy percepcji. Dziś wiemy wiele o tych sygnałach i potrafimy zarówno wpływać na sygnały wejściowe, jak również sygnałami wyjściowymi sterować sztucznymi kończynami. Może więc nic zewnętrznego nie ma, może sygnały te są jedynie symulacją? Lecz jak ma solipsysta przekonać dyskutantów o swojej racji? Jeżeli tylko tego spróbuje, nie jest uczciwym solipsystą, bo jak dyskutować z nieistniejącymi? Może to robić jedynie solipsysta-paranoik.
Ciekawą zabawą na ten temat jest książka Erica-Emmanuela Schmitta La secte des Egoïstes, gdzie niektórzy rozmówcy testują niezłomność poglądów solipsysty Gasparda Languenhaerta za pomocą kopniaków, pragnąc go przekonać o realnym, niezależnym od niego istnieniu świata zewnętrznego.

Paradoks redukcjonisty

Od starożytności znany jest paradoks kłamcy. W wersji klasycznej dotyczy on Kreteńczyka Epimenidesa, który miał powiedzieć: „Wszyscy Kreteńczycy zawsze kłamią”. Czy zdanie to jest prawdziwe? Jeżeli tak, to Epimenides, jako Kreteńczyk kłamie, więc nieprawdą jest jakoby wszyscy Kreteńczycy zawsze kłamali, wobec tego zdanie jest fałszywe. Inną wersją może być stwierdzenie „nie ma reguł bez wyjątków”. Ale jak jest z tą regułą? Ma ona wyjątki, czy nie? Problem jest identyczny.

Mamy tu przykład zdania, o którym nie możemy powiedzieć, czy jest prawdziwe, czy fałszywe, zdania nie posiadającego określonej wartości logicznej. Można to odłożyć jako żart (i tak zrobi filozof po pracy, gdy przestawi się na zdrowy rozsądek), lecz problem zostaje. A problem pojawia się w przypadku zdań odnoszących się do samych siebie (self-referencing). Nie da się tego uniknąć, zwłaszcza, że my sami jesteśmy układami próbującymi się wypowiadać o sobie samych. Do tego wypowiadamy się o świecie, więc próbujemy odwzorować układ większy (Wszechświat) w układzie będącym jego częścią (w naszym mózgu). Nie dziwmy się, że prowadzi to do pułapek.

Teraz przechodzę do naszego redukcjonisty.
Redukcjonizm głosi, że życie i świadomość są procesami czysto materialnymi, podlegającymi takim samym prawom, jak promieniowanie gwiazd, ruchy planet, erozja skał. Dopóki mówimy o układach autonomicznych, wyposażonych w podzespoły sensoryczno-motoryczne, zdolne do poszukiwania pokarmu i reprodukcji – nie mam z tym problemów. Realizacja czegoś takiego jest niezwykle trudna, ale wydaje się teoretycznie możliwa.
Jak jednak ma się sprawa z moją myślą, z refleksją nad sobą i światem? To właśnie to, co mnie, człowieka, odróżnia (jak sądzę) od zwierząt. Według redukcjonisty miałaby być ona analogiczna do procesów w maszynie. Jak komputer przechowuje informacje w bazie danych, tak ja mam je odwzorowane na struktury neuronalne, może według innych algorytmów, np. pozwalających na szybkie wyszukiwanie skojarzeniowe.

Wydaje mi się, że jest jednak różnica. Informacja w komputerze coś znaczy i informacja w moim mózgu coś znaczy, tyle że ja wiem, co ona znaczy.
Jeżeli włożę do programu dane i program wykona na nich analizę statystyczną, a wyniki mnie zaskoczą, sprawdzę dane, sprawdzę algorytm, a gdy nie znajdę błędu, wyniki te zaakceptuję i wyciągnę z nich nowe wnioski. Ale nie będę z programem dyskutował! Nie będę go przekonywał!

Choć może nie mam racji, może jest inaczej. Może wszystko, co mówię, to tylko odgłosy stukających przekaźników, nie zawierające więcej istotnej informacji, niż szum morza. Może to tylko paplanina, która brzmi jak język. Tzn. nie brzmi jak język, bo nie ma czegoś takiego, jak język posiadający znaczenie w tradycyjnym sensie, ani wśród ludzi, ani nigdzie indziej. Wobec powyższego będąc redukcjonistą musiałbym stwierdzić: „Paplam, że wszystko jest paplaniną bez znaczenia”. Ale co jest wtedy warte wypaplane właśnie zdanie?