Sformułowane tu opinie i przypuszczenia mają status MPT – Mojej Prywatnej Teorii, dokładniej MPTzKsNnMZ(aM) – Mojej Prywatnej Teorii z Którą się Nikt nie Musi Zgadzać (ale Może). Odwołuję się w nich do Księgi, ale jedynie jako inspiracji, dalej próbuję się posługiwać rozumem.

 

Moja Prywatna Teologia

Po dość męczącym przygotowaniu w postaci trzyodcinkowego cyklu o fizyce kwantowej i tekstu o chaosie, sekwencja ta miała być zwieńczona rozważaniami o determinizmie, przypadku i wolnej woli. Dalej chciałem zastanowić się nad mechanizmem tego wszystkiego i o co w tym wszystkim mogłoby chodzić. Ponieważ tego typu rozważania – jeżeli nie mają być zbyt suche i chłodne – nieuchronnie prowadzą do naciągniętych spekulacji i zahaczają o teologię, postanowiłem je przenieść na okres wielkanocny, gdzie – mam nadzieję – są w stanie je strawić również zapamiętali agnostycy.

Pisząc powyższe słowa, zdradzam już moje wnioski co do zagadnienia wolnej woli – gdyby była ona złudzeniem, stwiedzenie, że postanowiłem zmienić kolejność felietonów, nie miałoby sensu. W stwierdzeniu tym również ukryte jest założenie, że istnieje jekieś „ja”, integrujące poczynania siedzącego teraz przed komputerem i stukającego w klawisze skupiska materii, mogące zdecydować tak lub inaczej, i z tego powodu odpowiedzialnego za swoje czyny. Odważna hipoteza, bez dwóch zdań! Sporo treści w jednym krótkim zdaniu. Wrócę do tego tematu w przyszłym felietonie.

Sformułowane tu opinie i przypuszczenia mają status MPT – Mojej Prywatnej Teorii, dokładniej MPTzKsNnMZ(aM) – Mojej Prywatnej Teorii z Którą się Nikt nie Musi Zgadzać (ale Może). Odwołuję się w nich do Księgi, ale jedynie jako inspiracji, dalej próbuję się posługiwać rozumem.

Podejrzewam, że z powodu pewnych hipotez mógłbym przed wiekami zostać wysłany na stos. Dziś jednak inkwizycja to papierowy tygrys, raczej obawiam się anatemy z drugiej strony, bo przy dominującej wierze w materializm / redukcjonizm/ konekcjonizm wszelkie rozważania, wychodzące poza wytłumaczenia fizyko-chemiczne i wręcz dopatrujące się rozumnej praprzyczyny, są ryzykowne. Wielu uzna, że poglądy takie są właściwe jedynie słuchaczom pewnego toruńskiego radia i jako takie nie zasługują na uwagę.

Spróbujmy jednak pospekulować.

Świat

W tekście o zasadzie antropicznej pisałem o zastanawiającej konstrukcji świata, pozwalającej na istnienie rozumnych obserwatorów, czyli np. ludzi. Niektórzy widzą w tym dowód na istnienie Rozumnego Konstruktora. Według mnie to nie dowodzi niczego. Człowiek, który się spóźnił na zaatakowany przez terrorystów madrycki pociąg, może opowiadać o Bożej Opatrzności. Człowiek, który zdążył, nie opowiada niczego. Więc może nam się tylko udało? Tego nie będziemy wiedzieli nigdy (?), musielibyśmy wiedzieć, czy nasz Wszechświat jest tylko jedną z miliona prób i akurat nam się trafiło żyć w nim, czy jest jedyny, więc może skonstruowany w pewnym celu.

Powtarzam – zmyślna konstrukcja świata nie dowodzi istnienia Rozumnego Konstruktora. Lecz sugeruje. Co z tym mogę zrobić? Ja osobiście jestem wierzącym agnostykiem.

Mając przed sobą dwie możliwości, z których za każdą przemawiają podobnie silne argumenty, mogę tylko wierzyć. Wierzyć w jedno, lub w drugie. Widząc świat, w którym można widzieć rozumny zamiar, lub jedynie długotrwałą ewolucję materii, wybieram pierwsze rozwiązanie. Wierzę w nie. Podejrzewam, że gdyby za stroną materialną nie kryła się jakaś dodatkowa tajemnica, dało by się świat opisać w prosty sposób, bez zawiłości i paradoksów. W Feynmana wykładach z fizyki jest tablica „Fizyka klasyczna” – na jednej stronie zasady dynamiki Newtona, prawo grawitacji, równania Maxwella. Wszystko!
Wszystko? No, nie całkiem. Trzeba by przynajmniej dodać równanie Schrödingera. może jeszcze brakuje paru, których jeszcze nie znamy. Ale czy to opisze cały świat, włącznie z Piątą Symfonią i moją radością na widok pierwszych wiosennych pąków? Może tak, może nie.

W wielu sytuacjach okazuje się, że wiemy wiele, ale nie wiemy wszystkiego. Pewną próbą dojścia do prawd absolutnych jest matematyka. Choć wydaje się nieubłagana, lecz i ona została ograniczona w swoich totalitarnych zapędach twierdzeniem Gödla. Dalej nie wiemy wciąż, czy los nasz jest nam dany, czy podlega ślepemu przypadkowi, czy możemy go sami kształtować. Jesteśmy otoczeni przez systemy chaotyczne, których ewolucja podlega skokowym zmianom, które mogą być spowodowane minimalnymi, nieznanymi nam przyczynami, prawdziwym przypadkiem, a kto chce, może w nich widzieć ukryty palec Boży. Świat zawiera więcej zjawisk, niż spadanie jabłek ruchem jednostajnie przyspieszonym. Czy to nie mogło być prostsze?

Może więc stoi za tym Ktoś, kto daje nam rozum, pozwalający na niezłe poznanie świata, lecz sugeruje, że nasze poznanie ma granice. A w tym momencie otwarte zostaje pole dla wiary. Dla wiary w jedną, lub w drugą stronę. Dlatego napisałem, że jestem a-gnostykiem, nie-wiedzącym, bo nie wiem – i wiem, że nie wiem. Niewiedza jest warunkiem wiary.

Możliwe jest również stwierdzenie: „odrzucam wszystko, co nieudowodnione”. Podkreślam, że stwierdzenie takie nie uważam za zbyt rozsądne, nie jest też ono żadnym dowodem. Gdy żyjący w głębokiej dżungli pigmejski racjonalista po raz pierwszy usłyszy radio, będzie musiał sobie wytłumaczyć, że ulega złudzeniu. W podobny sposób Voltaire nie wierzył, że znajdowane w górach skamieniałe muszelki dowodzą, że było tam kiedyś morze, Fred Hoyle odrzucał teorię Big Bangu, bo kojarzyła mu się z kreacjonizmem, a Miczurin i Łysenko genetykę, bo nie znali jeszcze jej materialnego podłoża, a w ogóle ex definitione nie mogła być poprawna, bo wymyślił ją klecha Mendel. Można powiedzieć „nie mówię o niczym, o czym nic nie wiem”, ale nie dowodzi to, że to coś nie istnieje. Stanowisko takie jest normalne w nauce, choć drogę badaniom szczegółowym torują wariackie nieraz hipotezy. Ja jednak zapowiedziałem formułowanie wariackich hipotez.

Człowiek

Dalej chciałbym się zastanowić, jakie jest miejsce człowieka w tym wszystkim.

W tym całym, niewątpliwie materialnym świecie, jest czynnik, nie poddający się podejściu naukowemu – miłość. Podobnie piękno i dobro. Nauka potrafi badać, co było w której kulturze uważane za dobre, opisać ewolucję tego pojęcia, ale nie zabiera się nawet za ocenę tego, co dobre jest. Przy aktualnym redukcjonistycznym nastawieniu nauki, wartości nie mają skąd się wziąć. Więc można je odrzucić jako coś pozornego, lecz mnie to nie przekonuje. Tu również można – cytując Wittgensteina – zdecydować, że jeżeli o czymś nic nie mogę powiedzieć, to milczę. Problem polega na tym, że muszę pominąć milczeniem wszysto, co mnie naprawdę interesuje.

Wielu naukowców, ze szczególnym uwzględnieniem Richarda Dawkinsa i jego następców, tłumaczy ludzkie zachowanie adaptacją do presji otoczenia, co kulminuje w pojęciu „samolubnych genów”, które robią wszystko, by zwiększyć szanse na skopiowanie. Oczywiście, według tego rozumowania geny niczego nie chcą, lecz tak jest, że kopiowane są te, które to kopiowanie wspomagają.

Jest to niezłe wytłumaczenie. Twierdzę jednak, że nie każde ludzkie zachowanie – zarówno dobre, jak i złe – da się wytłumaczyć działaniem selekcji naturalnej. Tu odwołuję się do nauki Jezusa. I nie jest ważne dla mnie, skąd się ona wzięła, czy jest Boska, czy ludzka. Święty Paweł twierdził, że jeżeli Chrystus nie zmartwychwstał, wiara nasza jest próżna. Twierdzę, że nie. Nawet jeżeli Jezus był człowiekiem, albo go w ogóle nie było, jeżeli ewangelie są fałszywką, zostały wymyślone, napisane przez nic nie rozumiejących roztropków lub przysłane z Mgławicy Andromedy – stoją przed nami. I są. Co mi mówią? Mówią mi, że jestem w pełni człowiekiem, podejmującym decyzje i odpowiedzialnym za swe czyny. Również to, że jeżeli zawsze wszyscy coś robią, nie muszę tego robić ja. Tak jak normalne jest odpowiedzenie przemocą na przemoc, nie jest to niezbędne.

Można argumentować, że św. Marcin dawał płaszcz żebrakowi, bo jego wdzięczność dawała mu kick, w postaci zastrzyka endorfin, więc jednak był egoistą jak wszyscy. Podejrzewam, że altruizm również może powodować reakcje chemiczne w organiźmie, rodzaj ekstazy. Prawdopodobnie dla bohaterskich rycerzy nagrodą za mężną walkę była perspektywa bycia opiewanym przez poetów po śmierci i fascynacja tą perspektywą już za życia. Wzrost poziomu serotoniny może być wywołany przez coś, co przez innych jest widziane jako ofiara, wyrzeczenie. Byłbym jednak bardzo rozczarowany, gdyby altruizm i inne pozytywne, prawdziwie ludzkie odczucia tłumaczyły się wyłącznie i całkowicie taką chemią. Nie mam na to dowodów naukowych, lecz samowolnie zakładam istnienie piękna, dobra, altruizmu i miłości jako czegoś niewytłumaczalnego, lecz istniejącego realnie. A pozwalam sobie na to, bo nie wiedząc, jak jest, wybieram taki świat, w jakim chciałbym żyć. Może go przez to zmieniam.

Wolność

Te idee są nam przedstawione – wybór należy do nas. Niektórzy je wybiorą powodowani strachem przed piekłem, ateiści strach ten wyśmieją. I słusznie, bo nie o strach tu chodzi. Nie, nie widzę dowodów na istnienie Boga, na konieczność przestrzegania Dekalogu. Widzę, że mam wybór. Ale wolność nie polega na odrzuceniu, lub zanegowaniu zasad i ograniczeń. W pewnym wieku tak się myśli. Ale jesteśmy ludźmi dorosłymi.

Jeszcze parę słów o wiedzy i wierze. W urząd podatkowy nie wierzę. O jego istnieniu wiem. Przysyła mi rachunki i nie dyskutuje. Bóg nie staje przede mną codziennie z batem. Sugeruje mi pewne rozwiązanie i daje wybór. Ten wybór, to wiara lub niewiara. Mogę Go przetestować, czy porazi mnie piorunem, gdy wepchnę staruszkę pod samochód. Doświadczenie mówi, że nie porazi – mnóstwo odpychających typów dobrze żyje. Poprawka: wygodnie, nie dobrze. Nie ma natychmiastowego rozliczenia, co mogłoby sugerować, że wszystko jedno, co się robi. A jeżeli drażni mnie zło, to odpowiedzialny jest za nie On, który do niego dopuszcza. Nie – On daje nam wybór, decyzja jest nasza. Jaka byłaby nasza zasługa, co pozwalałoby nam na pełne człowieczeństwo, gdyby stawał przed nami jak urząd podatkowy i co miesiąc wystawiał rachunek? A tak, możemy na obraz i podobieństwo stwarzać dobro i zło. Taka jest nasza wolność.