Czarownice zeznawały, że podczas sabatu Credo miało być odmawiane od końca, imię Boga i/lub Chrystusa zastępowane imieniem diabła, hostia przygotowywana z podrobów lub czarnej rzepy. Prawdopodobnie szydzono też z aktu przeistoczenia i zamiast słów Hoc est Corpus pojawiało się podobnie brzmiące, „magiczne” hocus-pocus. Niektóre źródła przekazują, że podczas tych „mszy” miały miejsce ofiary z ludzi, przeważnie z dzieci, albo w ofierze składano ludzką spermę zmieszaną ze świętym krzyżmem (A. di Nola). Śpiewano pieśni na cześć diabła, klękano przed tronem, na którym zasiadał szatan albo któryś z wyższych rangą demonów, składano rytualny pocałunek. Całowano stopy, ręce, czasem policzek diabła, najczęściej jednak opisy sabatów mówią o składaniu pocałunku na „tylnej twarzy”. Zazwyczaj „tylna twarz” interpretowana jest jako diabli zad, jednak można to wyrażenie potraktować dosłownie, jako reminiscencje zachodnioeuropejskiego kultu italskiego Janusa z czterema obliczami bądź słowiańskiego kultu Światowida przedstawianego także jako bóstwo o dwóch lub czterech twarzach.

Bardzo szczegółowo opisuje te rytuały B. Chmielowski: Czarownice wyrzekają się wiary, Chrystusa Pana, Najświętszej Matki, anioła stróża, świętych pańskich, czarta sobie za stróża obierając. Spowiedź czynią dla oka tylko świętokradzką. Najświętszy Sakrament depczą. (…) Oprócz wyrzeczenia się wiary, Chrystusa etc. zrzucają z siebie chrzest święty (co niepodobna dla charakteru niezmazanego i wiecznego na duszy) chrisma z czoła ścierają, łoju koziego zażywszy, nowy jakiś chrzest od czarta biorąc i nowych kmotrów (…) Na swych schadzkach, bankietach Najśw. Pannę ciężko bliźnią. Imię, rzeczy święte, jako to soli i słów poświęcających Ciało Chrystusowe, na złe zażywają się. Mszą św. czartu akomdują, jemuż się submittują nigdy nie adorować Najświętszego Sakramentu, obrazy i kości świętych szarpać, deptać, pluć krzyż, sól, zioła święcone nieuczciwie traktować. (…) W każdy piątek nad krucyfiksem zbytkują się, krew Pańską niby to poświęciwszy swym obrządkiem w kloakę wrzucają, co i z hostią czynią w czasy solenniejsze. Infułę ukradłszy biskupią, ją czartu na głowę kładą, stroją go w inny aparat biskupi, w których celebruje czart, niby księży święci, ślub daje czarownicy z czarownikiem. (…) Podczas mszy swojej, którą czartowskiem rytuałem odprawują, wszystkiego zażywają wszeteczeństwa, śmiechów, bluźnierstwa, podczas swojej elewacji tyłem się odwracają; świece mają do tej mszy jakiegoś szpetnego odoru, psalmy śpiewają też same co w kościele są w zażywaniu, ale ku czci Lucypera (…), litanie odprawują wspominając miasto świętych Pańskich, różne imiona czartów, miasto trzech osób Trójcy Przenajświętszej kładą te imiona: Lucypera, Lewiatana, Belzebuba.(…) Rezydent kongresu, czart siedzi w majestacie, w psiej albo koźlej postaci, gdzie mu strygi kłaniają się to klękaniem, to nóg do góry zadzieraniem, świece smolane mu ofiarując albo pępek niemowlęcia, całując go w twarz tylną. Inne mszą ku czci jego celebrują. Inne (…) hostie święte z ust swych wyjmują, czartu ofiarują, depcą (…). Stoły tam są, potrawy, tańce etc. Siadają do stołu w cudzych barwach, po tańcach sprośnej zażywają rozkoszy. Chlubią się z najwszeteczniejszych akcji, które tam najbardziej chwalą (…).

Szczególne znaczenie miał hołd składany diabłu. Sam diabeł mógł występować pod różnymi postaciami, najczęściej jednak pod wspomnianymi już postaciami psa, kota lub capa. Opisy z 1574 r. z Poitiers przedstawiają go jako wielkiego, czarnego kozła, który mówi ludzkim głosem i do którego uczestnicy sabatu zbliżają się albo tyłem, albo z opuszczoną głową, niosąc zapalone świece; potwierdza to H. Boguet, jeden z najbardziej okrutnych inkwizytorów francuskich. P. de l’Ancre (XVII w.) twierdzi jednak, że diabeł posiada trzy świetliste rogi, którymi zwykł rozjaśniać zgromadzenie sabatowe, zapewniając ogień i światło czarownicom niosącym palące się świece. Być może trzy wspomniane przez de l’Ancre rogi układały się w znak tau, z płomieniem na środku, co nawiązywałoby do wiary w to, że bóstwo jest źródłem światła dla swoich wyznawców lub – zwłaszcza w Europie Zachodniej – do kultu dobrego boga światła, pana rzeczy duchowych i niewidzialnych wyznawanego przez dualistycznych katarów.

sabat, ilustracja z traktatu P. de LAncre, 1613

   Zupełnie inne wyobrażenie diabła przekazuje szkocki dyplomata żyjący na przełomie XVI i XVII w. – J. Melville: Diabeł odziany był w czarną szatę z czarnym kapturem na głowie. Jego oblicze było straszne, nos niczym dziób orła, wielkie płonące oczy. Ręce i nogi pokryte włosem, szpony u rąk i stopy niczym gryf. Nie zawsze jednak obraz diabła był kreślony takimi ciemnymi barwami. Pewna szesnastoletnia dziewczyna, jak donosi P. Grillando (XVI w.), zeznała, że w czasie sabatu widziała diabła „wystrojonego w szaty złote i purpurowe”.

Sztuki plastyczne XVI i XVII wieku nawiązują do tych ponurych i zwierzęcych wizerunków diabła, często dodając mu jeszcze nietoperze skrzydła. Nieprzypadkowo demon niemal zawsze podobny jest do kozła, kozioł bowiem uchodził za symbol lubieżności i rozpusty.

Na sabatowej uczcie spożywano potrawy pochodzące z „kradzieży dokonywanych przy pomocy czarów”. We wspomnianych już aktach z procesu we wsi Gorzuchów z 1761 r. odnotowano, że czarownice Najświętsze Sakramenta po kościołach kradły, na proszki paliły, po różnych chlewach i różnych miejscach nieuczciwych siekły, krew przenajświętszą z komunikantów raz na okup ludzkiego narodu przez Zbawiciela świata wylaną, drugi raz toczyły, różne inkantacje i czary z proszków kobylich łbów, żmijów, wężów i wilczej łapy, którą w Zakrzewie z zabitego wilka urżnęły, palonych na wyniszczenie ludzi i bydła czyniły.
 Menu mogło być jednak bardzo różne: od potraw prostych typu diabeł sadłem kaszę krasi, sowa w dzieży żur pitrasi, poprzez niezwykle wykwintne, z najznakomitszymi winami i różnymi rodzajami mięs, aż do takich, których opis budzi obrzydzenie. Niekiedy podawano tylko padlinę i to w końskich kopytach, skorupach jaj lub w czaszkach, które służyły za naczynia (J. Stankiewicz). Czarownicom zarzucano również praktyki kanibalistyczne: Nie podawano innego mięsa jak tylko padlinę lub mięso wisielców i serca nieochrzczonych dzieci oraz inne nieczyste zwierzęta – pisał P. de l’Ancre. Uczcie również przewodniczył diabeł, który naśladując chrześcijański zwyczaj błogosławieństwa pokarmów, wzywał Belzebuba i zwracał się do niego jako do stwórcy i ofiarodawcy każdej rzeczy.

Po najedzeniu się do syta, następowały tańce. Po raz pierwszy o tańcach odbywających się w czasie sabatu wzmiankują akta procesu, jaki odbył się w Tuluzie w 1353 r. O tańcach wspomina również oskarżona o czary Antoine Rose (XV w.), która zeznała, że widziała wielu mężczyzn i wiele kobiet tańczących tak, że byli do siebie zwróceni plecami, a G. L. Anania w De natura daemonorum podaje, że kobiety tańczą uczepione męskich pleców i ze swoimi diabelskimi kochankami łączą się w sposób przeciwny naturze.
Tańce stanowiły bardzo istotny element sabatu. Reginald Scot, autor Odkrywania czarownictwa (The Discoverie of Witchcraft) z 1584 r. pisze, że w czasie zgromadzeń czarownicy nigdy ich nie zaniedbują i tańcząc wypowiadają słowa: „Har, har, divell, divell, tańcz tu, tańcz tu, baw się tu, baw się tu, sabat, sabat”. A kiedy tak śpiewają i tańczą, każdy trzyma w ręce miotłę i podnosi ją w górę. Najprawdopodobniej rytuał ten pochodzi z czasów pogańskich, a słowo „har” oznacza tu najwyższe bóstwo/najwyższego boga (high god). Tanecznymi rekwizytami mogły być też czarne, smoliste świece.

W Polsce podczas sabatu przygrywała męska orkiestra, grano na skrzypcach, basach, dudach, trąbkach i piszczałkach, niekiedy nawet na radle i bronie. Diabły zwykle ubrane były głównie z niemiecka, rzadziej z francuska. Czasem diabeł zmieniał się w czarnego kota i wtedy czarownica puszczała się w tany ze zwierzęciem. Motyw tańca ze zwierzętami – nie tylko kotami, ale także kozłami – często pojawia się w zeznaniach czarownic. Można próbować to racjonalnie wyjaśniać jako wspomnienie tańca nietrzeźwej lub będącej pod wpływem narkotyku kobiety z mężczyzną, bądź inną kobietą w masce zwierzęcej (A. Runeberg). Niejednokrotnie maska była, albo w trakcie zabawy stawała się, jedynym odzieniem uczestników sabatu.

Uczta i tańce przekształcały się w orgie, podczas których dozwolone były wszystkie rodzaje stosunków i wszystkie konfiguracje. Jak zanotował Alain z Lille (XII w.), jednocześnie cieleśnie łączy się jeden z drugim i czasem ojciec z córką, syn z matką, brat z siostrą, a równie dla porządku natury najmniejszego nie mając poważania. 

W sztandarowym dziele M. del Rio (XVI w.) Disquisitionum Magicarum libri sex bardzo mocno podkreślany jest seksualny aspekt związku czarownicy z diabłem. Jest to wynikiem przekonania, że głównym motywem zawarcia paktu z diabłem jest pragnienie niepohamowanej rozpusty, a u kobiet pożądliwość cielesna jest nienasycona… stąd wdają się w konszachty z demonami, aby zaspokoić swoją chuć – jak przekonuje J. Sprenger w Malleus Maleficarum (Młocie na czarownice) z 1487 r.
A zatem czarownice spółkowały z demonami, które przybierały dowolną postać. „Ponieważ przedstawiciele piekieł brzydzili się wolnymi związkami, dlatego zawierali z ziemskimi oblubienicami małżeńskie kontrakty” (M. Rożek) Znane są formy takich ślubowań. Najpierw należało wyrzec się Boga i przyrzec wierność diabłu. Przyjmując diabła za męża czarownica dostawała od niego jakiś znak, znamię. Stygmat przybijany oblubienicy na łopatce, na lewej ręce, pod lewą pachą, na lewym boku, na głowie – często określany był jako drapnięcie „psim pazurem”. Poświadcza to swoim zeznaniem wspomniana już Antoine Rose. Na sabacie zmuszona została do złożenia hołdu diabłu, ucałowania jego stóp i do wyrzeczenia się Boga i wiary chrześcijańskiej. Diabeł odcisnął swój znak na małym palcu jej lewej ręki. M. del Rio opisuje „znak diabła” jako ślad jakby po uszczypnięciu na różnych częściach ciała; jest on niebieski, a mistyczka A. Bourignon (XVII w.) twierdzi, że po przysiędze podobnej do przysięgi małżeńskiej diabeł zamiast obrączki daruje dziecku, ofiarowanemu mu przez rodziców, swój znak – żelaznym szydłem nakłuwa jakąś część jego ciała.

W ten sposób między diabłem a jego oblubienicą (lub przyniesionym przez rodziców dzieckiem) zostaje zawarty pakt: w zamian za duszę diabeł obdarza wybrankę pieniędzmi, urodą, siłą lub rozkoszami. Rozkoszy tych może udzielić osobiście, zabierając oblubienicę w jakieś ustronne miejsce, do lasu (jak przekazują akta procesu przeciw waldensom z Arras z 1460 r.), lub też „per procura”, przydzielając czarownicy demona-opiekuna, który nigdy jej nie opuści, będzie jej wiecznie służył i spełniał wszystko, czego by sobie zażyczyła, szczególnie ma ją traktować more uxorio [tak jak żonę] w zastępstwie prawowitego męża (jak pisze P. Grillando).

Nie zawsze obietnica rozkoszy była spełniona. We wspomnianych aktach procesu przeciw waldensom w Arras zanotowano zeznanie czarownicy, która dotykała członka przewodniczącego [sabatu czyli diabła] jakoby zimnego i miękkiego, tak jak zresztą całe jego ciało; najpierw włożył go jej do pochwy wypuszczając nasienie zepsute i żółtawe, zebrane z nocnej polucji jakiegoś mężczyzny albo gdzie indziej. Później odbyli stosunek analny (za: A. do Nola).

Relacje te odwołują się do wiary w inkuby (demony przybierające postać/funkcje mężczyzny) i sukkuby (demony przybierające postać kobiety). Charakterystyczna jest „impotencja” demona, który nie może przekazać kobiecie własnego nasienia, gdyż nie potrafi jak istoty ożywione wytwarzać go własną mocą i z własnej substancji (M. del Rio). Musi uciekać się do bardzo skomplikowanych zabiegów. Najpierw – twierdzi m.in. Tomasz z Akwinu – diabeł obcuje z mężczyzną przyjmując postać kobiety/demona kobiecego (sukkuba), dopiero potem nasienie, które przyjął, przekazuje kobiecie współżyjąc z nią jako inkub. Oczywiście demon może też wykraść mężczyźnie spermę podczas snu.
M. del Rio precyzuje, że sukkub wiąże się seksualnie z czarownikiem, a inkub z wiedźmą. Co się tyczy ciała materialnego przybieranego przez demony, to może być to ciało zmarłego, albo ciało sporządzone przez demona z powietrza i innych żywiołów, ale mające cechy ciała dotykalnego (…) wyposażonego w pierś kobiecą lub męską, której z natury nie mają i noszą w sobie nasienie zebrane gdzie indziej, którego wytrysk naturalny potrafią naśladować. Wyobraźnię pobudza obrazowy i szczegółowy opis związków ludzko-diabelskich B. Chmielowskiego: Czart nie może żadnej substancyjalnej ani akcidentalnej formy inmediate ani z niczego co stworzyć (…) Bierze czart na siebie ciało z powietrza, z grubych waporów ziemskich. (…) czart nieraz się czyni incubum albo succubum alias (jak to zowią na Rusi) latawcem albo latawicą, do takiej ludzi przywodząc lubieżności, niepowściągliwych amatorów niecnoty, że albo białogłowę uformuje z powietrza dla nich urodziwą miłosną, a czasem ścierw skąd porwawszy, przy nim kładą, pokrywszy pięknej amazji postacią, albo też dla białogłowy naturalnej, uwikłanej amorami lub cielesności apetycznej, reprezentują mężczyznę, wtedy się czyniąc incubum (…) Ale takowa niebożna akcja jest grzechem ciężkim, apostazją od wiary.

Po zażyciu rozkoszy cielesnych i zakończeniu sabatu diabły „spiesznie transportowały swoje wyznawczynie z powrotem aż do domów, zanim noc ubiegnie całkowicie i zabrzmi dzwon na jutrznię, gdyż jeśli rozlegnie się on podczas ich napowietrznej podróży, diabły muszą położyć kobiety w miejscu, gdzie usłyszeli dźwięk, i nie mogą już ich tknąć.” (A. di Nola).

M. Heer, Sabat na Łysej Górze w noc Walpurgi, grawiura z 1626

   Nie da się ukryć, że zgromadzenia sabatowe dawały doskonałą okazję do pochwycenia niemal nieprzytomnych, będących pod wpływem narkotyków i alkoholu kobiet. Często więc czarownice nie docierały do domów, lecz przed trybunał, by tam odpowiadać na zarzuty osobistego obcowania i osobistych więzi z szatanem. Podsądna musiała odpowiadać na bardzo szczegółowe pytania, które pozwalały sędziom ustalić, na czym w istocie polega jej wina. Przy czym kwestie teologiczne wcale nie były pierwszoplanowe, nawet wtedy, gdy zeznania oskarżonej przypominały poglądy heretyków. Ponieważ na temat procesów czarownic powstało już tysiące tomów, warto tu tylko zwrócić uwagę na pewną charakterystyczną linię obrony.

W postępowaniu sądowym podkreślano przede wszystkim dobrowolne oddanie się czarownicy diabłu, co odróżnia czarownictwo od „zwykłego” opętania. Wiedźma nie jest ofiarą demona – jak opętany – lecz stroną w układzie, pakcie, który ma jej zapewnić potęgę i panowanie nad bliźnimi. Dlatego w stosunku do wiedźmy nie można stosować typowych egzorcyzmów, należy usunąć zło z korzeniami, czyli skazać czarownicę na śmierć. Najskuteczniejszą obroną oskarżonej byłoby więc udowodnienie, że jej związek z diabłem nie ma charakteru dobrowolnego, lecz podobnie jak opętanie jest wynikiem nieświadomości bądź świadomości bardzo ograniczonej i kobieta jest tu tak samo pokrzywdzona jak opętany.
Już Canon Episcopi zwraca uwagę, że przekonanie o odbywaniu nocnych lotów może być wynikiem urojeń. Sugestię te podejmuje U. Molitor (XV/XVI w.) w De lamiis et phitonicis mulieribus i przekonuje arcyksięcia Zygmunta Austriackiego, że we śnie, a też na jawie człowiekowi mogą przedstawiać się obrazy tak żywe, iż sądzi on, że ogląda je naprawdę (…). Diabeł niekiedy urzeka oczy i zaczarowuje inne zmysły (…) Zjawy są dziełem sztuczek diabelskich (za: A. di Nola).

W XV/XVI w. dwaj lekarze: C. H. Agryppa von Nettesheim i jego uczeń J. Wier również twierdzili, że wszystko, o czym opowiadają czarownice, jest wynikiem halucynacji, choć oczywiście nie wykluczają ingerencji szatana: [Wiedźmy] są to kobiety stare, melancholijnego usposobienia, ograniczone na umyśle; nie ma wątpliwości, że diabeł przenika chętniej takie właśnie organizmy, jako odpowiednie i dogodne, by zmącić im umysł przeróżnymi widziadłami czy złudami, którymi oczarowane kobiety żywią przekonanie, a wręcz wyznają, iż czyniły rzeczy niezmiernie im dalekie (De praestigis daemonum et incantationibus ac veneficiis ). Stąd postulat Wiera, aby czarownice poddawane były raczej badaniom medyków, niż inkwizytorów. U wymienionych autorów głównym oskarżonym jest szatan, z czarownicy zdejmuje się odpowiedzialność, czyniąc ją – jak wspomniano – ofiarą diabła, a nie jego wspólniczką.

Diabła zresztą nie zawsze mieszano z zachowaniami czarownic; niekiedy ich gorszące i lubieżne czyny, dziwne reakcje, fantastyczne opowieści starano się jak najbardziej racjonalnie tłumaczyć chorobą i/lub działaniem narkotyku. G. Cardano (XVI w.) akcentował stany chorobowe, które wywoływały zachowania interpretowane jako typowe dla czarownic, i zwracał uwagę na substancje halucynogenne i podniecające zawarte w maściach, którymi smarowały się wiedźmy. Do tego przestrzegał przed dawaniem wiary bzdurnym opowieściom, plotkom, podaniom, które bardzo często na równi z nienormalnymi zachowaniami (chorych) kobiet stawały się podstawą oskarżeń i wszczynania procesu. Bardzo daleki od ortodoksji P. Pomponazzi (XV/XVI w.) w ogóle odrzucił możliwość ingerencji sil nadprzyrodzonych w poczynania czarownic, a wszystkie ich opowieści i zachowania przypisywał halucynogennym maściom i eliksirom. G. B. della Porta (XVI/XVII w.), sam mający kłopoty ze Świętą Inkwizycją, w Magia naturalis sive de miraculis rerum naturalium, przekonywał, że stany, jakim ulegają czarownice, spowodowane są narkotycznymi substancjami zawartymi w maściach sporządzanych przez wiedźmy. Czarownice nacierają nimi ciało i halucynogenny lub nasenny środek szybko dostaje się do organizmu.

W wieku XVII i XVIII coraz mniej wiary dawano opowieściom o sabatach, a zwłaszcza o orgiach na Łysych Górach. Zapewne przyczynił się do tego upadek wiary w diabła będącego bytem materialnym. O ile przekonanie o możliwości opętania wciąż pozostawało żywe, o tyle wiara w fizyczne obcowanie z szatanem odchodziła w zapomnienie. W 1765 r. D. Diderot w Encyklopedii wyraża wątpliwość w możliwość kontaktów diabłów z ludźmi, a rok później cesarzowa Maria Teresa stwierdza, że procesy o czary oparte były na złośliwym kłamstwie albo głupocie, albo szaleństwie oskarżonych.

Rzeczywiście, wszystkie te elementy odnaleźć można w relacji „naocznego świadka” ostatniego w Polsce procesu czarownic, jaki odbył się w 1775 r. we wsi Doruchowice koło Kępna. Jego ofiarą padło kilkanaście niewinnych kobiet, oskarżonych przez zazdrosne sąsiadki (Inne zaś kobiety zazdrosne wygadywały na nią, iż dlatego ma tak dobrze, ponieważ oblubieniec diabeł wszystkiego im dostarcza) i zabobonną wiejską społeczność (Lud zabobonny posądził matkę o czarodziejstwo). Jedna z kobiet zapłaciła życiem za własną głupotę i/lub szaleństwo (nie wiedzieć z jakiego powodu udawała czarownicę. (…) Tak więc i ta dziewczyna (…) za czarownicę posądzona, stała się sama przyczyną swej śmierci). Dodatkowo, w tym ostatnim polskim procesie znalazły się też standardowe informacje o sabatach na Łysej Górze: Doruchów miano wtedy za główne siedlisko czarownic. Gdzie na granicy pomiędzy tą wsią a Przytocznicą leżał wielki kamień, nazywany Łysą Górą, tam to czarownice co wtorek i czwartek miały swe nocne schadzki odbywać.(…). Zarzucano im nadto, iż schadzki z diabłami odprawują w każdy czwartek, wylatując na miotłach kominami na Łysą Górę, posmarowawszy się maścią umyślnie na to w osobnych słoikach chowaną, iż zatrzymywały w powietrzu deszcze, gdy ich było trzeba, a w czasie słoty coraz większe ściągały ulewy (…). 

Ostatni proces nie oznacza jednak, że wiara w czarownice i ich sabaty całkowicie zamarła. Wręcz przeciwnie, co jakiś czas odżywa w różnej postaci. Najsympatyczniejszą wydaje się „jarmarczne czarownictwo”, które można spotkać w rejonie Gór Świętokrzyskich, gdzie na straganach królują kolorowe, długonose, rozczochrane postaci na miotłach, czekające nadarzającej się okazji, aby spotkać się z siostrami na Łysej Górze.


Animacja i kolaż: Joanna Titeux/pinezka.pl