„Kiedy biegam, to jestem biegaczem,
kiedy fruwam, to jestem fruwaczem,
kiedy się boję, to jestem baczem,
a tak w ogóle, to jestem Gżdaczem!”
– powiedział w „Trzynastym piórku Eufemii” Macieja Wojtyszki mały Gżdacz po przeciśnięciu się przez Dziurę Kosmiczną do naszego Wszechświata.

Kim jestem „tak w ogóle”? No… sobą. Dobrze, ale którym? Co integruje „mnie”, moją osobowość?

Niewątpliwie z punktu widzenia wysokich urzędów jest to imię i nazwisko, najlepiej wzmocnione imionami rodziców i datą urodzenia, a optymalnie jakiś jednoznaczny identyfikator – numer PESEL. Ale przecież zmieniam się. Materialnie nie mam żadnego wspólnego atomu z maturzystą sprzed lat; dzięki wymianie materii z otoczeniem hardware został wielokrotnie zaktualizowany. A software? W zasadzie mimo innej materii został zachowany plan budowy. Ale nie do końca. W życiu oprócz następujących nieustannie zmian powolnych, jest parę faz dość dokładnego „przepoczwarzania się”. Od lat wiadomo o roli pierwszych trzech lat życia. Ostatnio dość znane stały się badania rozwoju mózgu w okresie dojrzewania. Popularną wersję przedstawił magazyn Time z 7.7.2004. Jednym z bardziej znanych badaczy tego tematu jest Jay Giedd z National Institutes of Health. Okazuje się, że w tym okresie następują bardzo istotne zmiany w strukturze mózgu. Tuż przed nim powstają w dużej ilości nowe komórki nerwowe, które są potem selekcjonowane według zasady use it or lose it – używaj lub wyrzuć. Mówiąc skrótowo, jeżeli nastolatek zajmuje się muzyką lub nauką, związane z tymi czynnościami komórki przeżyją i wzmocnią się, jeżeli leży na kanapie i ogląda MTV, jego mózg wyspecjalizuje się w tym kierunku.

„Widzisz siebie – marynarza w Azji,
a zarazem 3-letniego 5-letniego chłopca
na warszawskim podwórku
i siebie przed maturą w gimnazjum.
Namnożyło się tych postaci, stoją ogromnym tłumem
a wszystko to ty, a wszystko to ty,
a wszystko to ty, a wszystko to ty…”
Józef Czechowicz „Przemiany (Motorek)”

A wszystko to ja? Byłem nimi, a nie jestem. Przeglądając stare listy rozpoznaję osoby podające się za mnie. Czasem śmieszy mnie ich egzaltacja, czasem zazdroszczę im młodzieńczego optymizmu. I widzę, że pisałem to – by użyć słów poety – Quand’era in parte altr’uom da quel, ch’io sono, gdy byłem po części innym człowiekiem, niż jestem. I będę jeszcze kim innym, kim?
Nie można dwa razy wejść do tej samej rzeki, lecz nie tylko dlatego, że nowe do niej napłynęły wody – również ja nie jestem ten sam.
Tyle o przemianach osobowości z wiekiem.

Lecz jest mnóstwo innych sytuacji, gdy „nie jestem sobą” – gdy jestem odurzony alkoholem, gdy jestem niewyspany, gdy jestem w stresie… Wszystko to może być użyte w sądzie jako okoliczność łagodząca, bo nie mogę do końca odpowiadać za czyny popełnione przez moje ciało bez mojej kontroli. Nieco innego zdania na ten temat jest drogówka – w ich interpretacji jestem jak najbardziej odpowiedzialny za doprowadzenie się do takiego stanu.

Dalej: przez jedną trzecią życia śpię i mój mózg pracuje na własny rachunek. Nawet nie wiem, co tam robi w moim imieniu. Z rzadka mam dostęp do moich snów, czasem się załapię na końcówkę i muszę przyznać, że mnie zaskakują. Czy to też ja?

Są sytuacje, gdy świadomie zmieniam role, zakładam inny kapelusz. Ten „ja”, który pisze te słowa, jest innym „mną”, niż ten, który programuje zastosowania agronomiczne do piątej po południu. Przynajmniej wykazałaby to obserwacja z zewnątrz. „Rzeczywiście tak jak księżyc, ludzie znają mnie tylko z jednej, jesiennej strony”. Tyle, że każdy z innej.
Przypomina mi się tu portugalski poeta Fernando Pessoa – prawie równolatek Joyce’a, nawet podobny do niego zewnętrznie. Było w nim czterech poetów: on sam i trzy heteronimy (Álvaro de Campos, Ricardo Reis i Alberto Caeiro). Nie były to tylko pseudonimy, każdy pisał w innym, rozróżnialnym stylu, każdy miał swoją biografię, rzeczywistą lub fikcyjną. Już samo jego nazwisko „Pessoa”, „osoba”, zachęca do spekulacji na temat zwielokrotnionych jaźni.
Nie sięgając tak wysoko – ilu z internautów, wielonickowych forumowiczów i podszywaczy zakłada różne maski, by popróbować bycia kimś innym? Co prawda zdanie, że w Internecie nikt nie wie, że jesteś psem, jest coraz mniej prawdziwe, jednak wciąż w czatowych sesjach niejedna zmysłowa dziewczyna okazuje się wyliniałym starcem. Lub nie okazuje się, gdy gra prowadzona jest konsekwentnie, a wszelkie dodatkowe ślady są zacierane. Może to tylko zabawa, lecz być może wielu z nas ma czasem ochotę zmienić skórę.

A gdzie zlokalizowana jest moja osobowość? Gdy obcinam paznokcie, dzielę się na 21 części, z których jedna beztrosko wyrzuca 20 pozostałych. Nie miałbym też wątpliwości w przypadku amputacji nogi – kończyna nadawałaby się najwyżej (w przypadku zainteresowania) na relikwię. Niektórzy sądzą, że o osobowości decyduje nos – gdy dzięki operacji plastycznej upodobnią swój nos do uwielbianej gwiazdy, będą po części nią, a więc równie szczęśliwi lub przynajmniej bogaci. Myślę, że możemy tu jednak założyć, że o osobowości decyduje mózg.

Popatrzmy więc, jak ten problem wygląda z punktu widzenia neurologii. Posiadam pod czaszką dwa koprocesory: mózg lewy i mózg prawy, połączone szerokopasmową magistralą danych, biologom znaną jako spoidło wielkie (corpus callosum). Mają one budowę zbliżoną, lecz nieidentyczną, po części mają inne zadania i cechy. Mówiąc skrótowo, lewa półkula mózgu jest odpowiedzialna za mowę i logikę, prawa za skojarzenia i emocje. Obserwacja pacjentów o uszkodzonym spoidle wykazały, że brak koordynacji półkul prowadzi do nieskoordynowanych czynności, np. zapinania guzików przez jedną rękę i rozpinania przez drugą.
Można również podzielić mózg na pochodzące z różnych stadiów ewolucji i przeznaczone do innych zadań podzespoły: pień i śródmózgowie (gady), system limbiczny (ssaki), korę nową (ludzie i inne naczelne). Pień i śródmózgowie związane są z takimi pierwotnymi zadaniami, jak obrona terytorium i połączonymi z nią zachowaniami agresywnymi, system limbiczny z emocjami, kora z językiem i rozumowaniem abstrakcyjnym. U Freuda odpowiada to strukturom id, ego i superego. Również Platon zauważył te ścierające się tendencje i przyrównał je do dwóch koni – czarnego i białego, prowadzonych przez rozumnego woźnicę. Lecz czy porównanie to jest odpowiednie? Może raczej mamy do czynienia z trzema dżentelmenami w łódce, z których każdy niezależnie decyduje, kiedy dokonać zwrotu i wyrywa sznurki z rąk kolegów?

Co więc jest tym „mną”, tym czymś, co integruje te wszystkie konkurujące ze sobą, zmienne w czasie elementy? Przypomina mi się tu konferencja w Wersalu, na której Georges Clemenceau zapytany, jak będzie wyglądała Austria po wykrojeniu z niej państw narodowych, odpowiedział: „Austria to to, co zostanie”. Lecz po odrzuceniu wszelkich stanów mojego umysłu, gdy nie jestem całkiem mną – co zostanie? Czy w ogóle coś zostanie? Czy okaże się, że tak zwany „ja”, to tylko płynna masa, niesiona przez prąd zdarzeń? Czy okaże się ono, łącznie z moimi poglądami na sens życia, zaledwie nieskładającym się na nic spójnego zbiorem chwilowych złudzeń? Czy jedynym spoiwem moich wcieleń jest numer konta bankowego?

Dla pogłębienia tematu polecam wykłady prof. Włodzisława Ducha z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, pt. „Wstęp do nauk kognitywnych”. Ostrzegam – wciąga!
Na wstęp: mapa funkcji mózgowych.

O mózgu nastolatków:
Magazyn Time z 7.7.2004
Wywiad z dr Gieddem

Dalsze artykuły:
„Teenage Brain: A work in progress”

Tekst ten ukazuje się równocześnie na portalach: Gazeta IT i Pinezka, na których odsłaniam dwie z wielu stron mojej osobowości.