Kwitując „gdybania” pogardliwym wzruszeniem ramion łatwo za bezdyskusyjne mieć tezy w rodzaju – „ani jedno z naszych powstań wieku XIX szans nie miało żadnych”. To jeno były romantyczne zrywy pięknoduchów, tak na zasadzie „dobędę pałasza, wiwat Polska nasza”. Nic, tylko tromtadracja, mrzonki gorących głów i nasz wspaniale nieokiełznany temperament zmieszany z brakiem poczucia rzeczywistości oraz skłonnością do romantycznych uniesień. Jak u Mrożka, gdzie to uśmiechnięty Polak w krakusce obcina sobie nóżkę szabelką, co autor komentuje następująco: w chwilach emocji może u niego dojść do beztroskiego fanatyzmu. Bez rozważenia szans powodzenia, bez zerknięcia na fakty, łatwo też przyjąć za pewnik bajania o prowadzeniu przez nas powstań wszelkimi dostępnymi środkami, z pełnym poświęceniem i aż do ostatniego naboju. Ani jedno, ani drugie ani trzecie! Najtragiczniejszym tego przykładem jest Powstanie Listopadowe, które – jak powszechnie wiadomo – przerżnęliśmy koncertowo, mimo niezłej uwertury i obfitości muzykantów.
Żeby ocenić szanse powstania 1830-1831 trzeba porachować siły (demograficzne i ekonomiczne) ówczesnych Rosji i Kongresówki, porównać obie wrogie armie, przyjrzeć się stosunkowi pozostałych zaborców do powstania oraz zwrócić uwagę na kontekst europejski. Z pozoru (i w szkolnych podręcznikach) wygląda to wszystko niezwykle smętnie, ale jeśli zrezygnować z ahistorycznego widzenia wojen pierwszej połowy XIX wieku – nie jest już tak źle. Wprawdzie Rosjanie byli wówczas dziesięć razy liczniejsi od Polaków zamieszkujących Królestwo, ale ekonomicznie nie było aż takich dysproporcji – Kongresówka należała wówczas do najlepiej rozwiniętych regionów Europy, a Rosję dławił głęboki kryzys.

Kiedy się pamięta, iż nikt w dobie Powstania Listopadowego ani myślał o militarnym wykorzystaniu kolei żelaznej, to jasne się staje, iż realne możliwości szybkiej mobilizacji u obu przeciwników, wbrew dzisiejszym mniemaniom, były dość podobne – nasi byli na miejscu, a przyczłapanie armii carskiej z Bałkanów nad Bug trwało wówczas bezmała rok (sic!). Nie wolno też zapominać, że lata trzydzieste XIX wieku, to nie era wojen totalnych, zatem o stosunku sił nie decydowały ogólne proporcje potencjałów demograficznych i ekonomicznych. Wojnę ówczesną żywił teatr działań wojennych oraz najbliższe jego okolice. A przecież kampania rozegrałaby się na terenach odległych od centrum Rosji, bo na Mazowszu, Lubelszczyźnie oraz Litwie (zaopatrzenie morzem przez Kłajpedę!), Białorusi i Ukrainie. Pomijając już odległości – przeniesienie przez Polaków działań na wspomniane tereny musiałoby (bardzo obawiano się tego na carskim dworze) zdecydowanie zmienić stosunek sił. Tylko nie wolno nam było dreptać w miejscu, a zdecydowanie uderzyć! Stosowne plany stworzono (Chrzanowski, Prądzyński) i historycy wojskowości, nie tylko polscy, oceniają je niezwykle wysoko, mówiąc o realności zwycięskiej ich realizacji.

Powie ktoś – a Napoleon też próbował i Hitler, ale nawet im się nie udało wygrać z Rosją! Racja! Sęk w tym, że oni chcieli imperium pokonać, a nie tylko obronić się przed nim. Nasze powstanie zwyciężyłoby czyniąc wojnę dla zaborcy nieopłacalną. To musiało i mogło wystarczyć. Nie było potrzeby człapać aż pod Kreml, wystarczyło zmusić cara do rokowań i ustępstw, a co za tym idzie do uznania niepodległości Polski – ściślej biorąc jej kawałka kongresowego z suplementem w postaci Litwy i Kurlandii oraz części Białorusi i Ukrainy.
Podobne marzenia zwyczajowo tłucze się po łbie pałką „niewzruszonej solidarności Świętego Przymierza”. Otóż nic takiego wówczas nie miało miejsca, ponieważ istniało spore napięcie na linii Wiedeń-Moskwa (w 1827 r. Mikołaj I brał poważnie pod uwagę wojnę z Austrią), a nawet w Prusach tzw. warstwy decydujące zdradzały wyraźne oznaki niechęci wobec ewentualnych rosyjskich sukcesów w Polsce. Tak pruscy jak austriaccy politycy nie wypadli swoim orłom spod ogonów i doskonale rozumieli, że klęska powstania jest równoznaczna z nieskrępowaną niczym władzą Rosji nad Kongresówką, co wcale nie leżało w interesie pozostałych zaborców. Nie po to ustalono na Kongresie Wiedeńskim, że władza Rosji nad Królestwem Polskim ograniczona będzie unią personalną i konstytucją, by teraz radować się z ewentualnej władzy absolutnej carów nad Wisłą.

Jak wyglądała praktyka Świętego Przymierza w latach 1830-1831? Prusy nie przepuszczały transportów broni do Polski, ale ochotnicy płynęli licznym strumieniem. Ba! Im bardziej zanosiło się na klęskę Rosji, tym postawa Berlina stawała się bardziej antyrosyjska. Kiedy Paskiewicz przeszedł Wisłę i w ocenie Prusaków znalazł się w sytuacji katastrofalnej, Fryderyk Wilhelm III zamknął granice dostawom dla armii carskiej. Nawet osobista interwencja cara nic nie zmieniła. Podobnie z Austrią, aczkolwiek z tą różnica, że broń dla powstania via Lwów można było sprowadzać prawie bez ograniczeń, a internowani powstańcy bez przeszkód wracali do walki przez „strzeżoną” granicę. Oficerowie austriaccy instruowali zdumionych Polaków, którędy najlepiej. Wprawdzie Metternich zamierzał interweniować zbrojnie na rzecz Rosji, ale błyskawicznie spacyfikowali jego plany arcyks. Karol i gen. Kollowrath. Im więcej [naszych – J.K.] zwycięstw, tym mniej trzeba się obawiać Metternicha – pisał polski ambasador w Wiedniu Konstanty Czartoryski, dodając trzeźwo: Nasze zwycięstwa musiałyby być olbrzymie, aby tu zdecydowali się wystąpić wrogo przeciw Rosji. Nam wystarczała jednak przychylna neutralność Austrii, która długo miała miejsce. I gdzie ta osławiona solidarność Świętego Przymierza? Wolne żarty. Jej brak należało tylko utrwalić zwycięstwami, których brak do dziś wprawia w zdumienie polskich i rosyjskich historyków wojskowości.

A co na nasz zryw Europa? Lord Palmerston protestując przeciw austriackiemu internowaniu wojaków Dwernickiego zażądał „nieinterwencji w wewnętrzne sprawy Rosji”, przez co rozumiał powstrzymanie się przed bezpośrednią ingerencją w wojnę, ale zażądał jednocześnie takiego postępowania jakby Polska w obecnej swojej sytuacji była uprawniona do uważania jej za państwo niepodległe. Słowa te padły, gdy już zbieraliśmy baty. Jakie by brytyjski premier wypowiedział, jakie dyplomatyczne kroki przedsięwziął, gdybyśmy odrzucili Rosjan setki kilometrów od Warszawy? Pytanie retoryczne. Rząd francuski łopocąc postrewolucyjnymi pantalonami ze strachu przed swą absolutnie propolską ulicą – jako reżim słaby i nowonarodzony nie kwapił się do wystąpienia w naszej obronie. Zresztą na niczyją akcję zbrojną w ogóle nie można było liczyć, ale na dyplomatyczną owszem. By dyplomatyczny poród okazał się udany, Zachód musiał wcześniej politycznie zaciążyć w wyniku zapłodnienia go naszymi sukcesami militarnymi, przy odrzuceniu precz prezerwatywy udawania walki. Nie uczyniliśmy tego i do dziś utyskujemy, że nam pomóc nie chciano.

Czy polska armia mogła pobić rosyjską? Mogła. Przez całe powstanie przewinęło się przez jej szeregi (mimo torpedowania mobilizacji przez przywódców) ponad 140 tysięcy żołnierzy. Na serio werbując rekruta można było bez problemu, nie licząc Litwy i Kresów, zmobilizować armię 200-tysięczną, może i ćwierćmilionową. Maksymalne ówczesne możliwości mobilizacyjne pogrążonej w kryzysie Rosji nawet jej historycy oceniają na niewiele ponad 190 tysięcy żołnierza rozrzuconego po całym imperium. Ogólnie rzecz biorąc car Mikołaj nie mógł wykrzesać na front polski ani bagnetu, ani szabli więcej, niż ich przywiedli najpierw Dybicz, a potem Paskiewicz. Czy było to wiele? I tak, i nie. W każdym razie coraz mniej. Na początku lutego 1831 przeciw 57 tysiącom Polakom maszerowało 118 tysięcy Rosjan. Po bitwie pod Grochowem carskiego wojska było już 139 000 (i do końca powstania nie przybyło ani sołdata!) a naszego 63 000. W chwili szturmu Warszawy Paskiewicz miał pod bronią 78 594 żołnierzy przeciw… 78 536 Polaków, którzy wprawdzie osłabili wyprawieniem ze stolicy korpusu hochsztaplera Ramoriny (20 tys.), ale w odróżnieniu od najeźdźcy amunicji mieli pod dostatkiem. Czy ktoś tu dostrzega jakąś ogromną przewagę liczebną po stronie carskiej? Gdzie się podziało „zarzucenie nas czapkami”? Gdzieś zapodziałem okulary…
Sama liczba to nie wszystko. Istotne jest wyposażenie, uzbrojenie, poziom wyszkolenia i fachowość dowódców. Zostawiając na razie na boku to ostatnie (patrz cz. 3 „Lot nad generalskim gniazdem”), trzeba stwierdzić, że w każdej z wymienionych sfer armia rosyjska ustępowała polskiej i to znacznie. Jest to opinia również i rosyjskich historyków, dziwiących się, dlaczego ich rodacy nie ponieśli klęski (już w roku 1831 zdumiewało to szefa sztabu armii Prus i wielu innych ekspertów). Jest faktem, że wojsko dowodzone przez Chłopickiego i Skrzyneckiego stanowiło groźniejszą siłę bojową od przeciwnika. Armia ta, nawet jako tako dowodzona, mogła „z marszu” zadać tak poważną klęskę siłom carskim, iż odrzucone nad Dźwinę i Berezynę (ale nie tę „napoleońską”) długo nie byłyby zdolne do ofensywy. W sytuacji takiej car z pewnością stałby się skłonny do rokowań z Polakami mogącymi już sprowadzać uzbrojenie morzem przez Kłajpedę, korzystającymi z uruchomionej produkcji własnej oraz zasobów ludzkich ziem dopiero co odbitych.

W obliczu naszych sukcesów Austria (mając swój egoistyczny interes na względzie – rywalizowała z Rosją na Bałkanach) z pewnością stanowiłaby wsparcie dla Polski, okupione naszym desinteressement w kwestii Galicji. Prusy natomiast nie ryzykowałyby powstania polskiego u siebie i nie wsparłyby przegrywającego cara. Tradycyjnie zaś dbająca o równowagę Wielka Brytania doprowadziłaby do konferencji pokojowej (vide Belgia), na której zagwarantowanoby niepodległość kawałka (sporego) Polski. Rosja (jak w historii wiele razy) choć z obrzydzeniem, ale w końcu pogodziłaby się z utratą ziem polskich. I cóż? Mielibyśmy od 1833r. (?) niepodległy kawał ojczyzny… Pewnie Swinarski nie „Dziady” by inscenizował, Prus cieszyłby się większą estymą niż Słowacki, Norwid być może nie umarłby w przytułku (a przynajmniej nie w Paryżu).
Mielibyśmy dziś za sobą prawie dwa wieki porządnej kapitalistycznej gospodarki, nieromantyczną literaturę, nie mielibyśmy „Nie-Boskiej komedii”, ale zapewne jakąś „Komedię ludzką” (Prusa?), Orzeszkowa nie napisałaby „Nad Niemnem”… W naszym państwowo-narodowym życiorysie nie ziałaby dziura 123-letnia, a ledwie jej jedna-trzecia z lat 1795-1830 (z przerwą 1806-1815). Chrapałoby się z nudów przy lekturze podręcznika rodzimej historii XIX wieku, ale byłoby normalniej. Polskim sportem narodowym byłyby może kręgle albo, weźmy na to, jazda na wrotkach, a nie namolne wmawianie sobie i innym, że ponosząc klęski realne, moralnie triumfowaliśmy za każdym razem. Przyznam – dla mnie perspektywa wielce pociągająca. Więcej powiem – wręcz fantastyczna! Ech, marzy mi się po nocach, że listopadowa ciotka dzięki swym realnym przecież wąsom stała się jednak wujkiem. No, ale nic z tego, psia krew. Kto ją ogolił, do diaska?!!

Cdn.

Odcinki następne:
Ryba od ości zepsuta
Lot nad generalskim gniazdem