Pomyśl – ale szybko, bez zastanawiania się – o jakimś owocu. Już? To teraz o jakimś kształcie. Już? Teraz wybierz jakiś kolor. Już? No to na koniec warzywo.

Czy to były: jabłko, koło, czerwony i marchewka?
Jeśli tak, to odpowiedziałaś jak 95 procent populacji. Jeśli nie, to należysz do 5 proc. kreatywnych, myślących samodzielnie i nieszablonowo ludzi, będących motorem cywilizacji.

Zapewne dostałaś ten test w e-mailu, i to nie raz. Prawdopodobnie twoja odpowiedź pokrywała się z tymi wyżej wymienionymi. Czy to faktycznie oznacza, że nie potrafisz samodzielnie myśleć? Nie.
Twórcze i samodzielne myślenie to czynność, którą wykonujesz świadomie. Świadomie kojarzysz pewne fakty, pojęcia, informacje, jak i tworzysz inne. A dlaczego większość wyskakuje z tą marchewką? Bo ma podać pierwsze skojarzenie, a nie zastanawiać się nad czymś oryginalnym. Coś, co im przyjdzie do głowy, ZANIM zaczną myśleć.

1. GAJA

Umysł noworodka to planeta, zalana oceanem zjawisk, dźwięków, świateł, kształtów, zapachów, ruchów; nie mających początku, końca, granic, znaczenia; nadpływających falami i atakujących mózg. Rozeznać się w nich jest równie łatwo, jak dokonać na oko analizy chemicznej wody, do której się wskoczyło.
Nowo narodzona istota musi sama sobie stworzyć świat z tego chaosu. Musi z niego wyłonić początek wszystkiego, czyli słowo – mające znaczenie i jakąś formę (niekoniecznie zapisywalną w naszym alfabecie), która będzie je potem odróżniać od innych słów: pierwszy zrębek lądu w bezbrzeżnym oceanie obcych zjawisk.
Ten zrębek jeszcze trzeba jakoś zapisać, gdzieś umieścić na mapie, żeby dało się do niego poźniej trafić podczas dalszej żeglugi.

Nie sposób narysować mapy powierzchni oceanu bez żadnego punktu odniesienia (gwiazd, kształtu lądów, powierzchni dna). Stąd problem z zapamiętywaniem najwcześniejszych wrażeń: owszem, możesz poznać zjawisko, zapisać je w mózgu i powiedzieć: ach, to jest tam, gdzieś w tym oceanie. Fajnie, ale teraz to znajdź bez ścieżki dostępu, bez mapy i bez znajomości nazwy tej rzeczy (możesz mieć najdokładniejszą mapę świata – jeśli nie znasz nazwy miasta, którego szukasz, jest bezużyteczna). Ale jeśli już są lądy i woda, można się spróbować w tym orientować. Ocean powoli wysycha, żłobią się koryta rzek, morza i oceany znajdują na stałe swoje miejsce. Świat staje się oswojony.

To formowanie się powierzchni, wraz z opadaniem wody i znajdowaniem sobie miejsc przez rzeki, morza i lądy, przypomina kształtowanie się sieci neuronowej: im mocniej wykształcona, tym łatwiej trafić do określonego celu, ale trudniej, lub wręcz niemożliwe, tworzyć nowe sensy, skojarzenia. Podobnie jak rzeka może wyżłobić koryto i połączyć dwa zbiorniki tylko do pewnego momentu – kiedy woda opadnie, będzie to niemożliwe.
Zatem, kiedy wciąż żeglujemy po oceanie, jest niby łatwo – bo mamy bezmiar możliwości – ale i trudno, bo nie wiadomo, które z tych możliwości są sensowne. Łatwo zabłądzić.
Trudność polega na tym, że te wszystkie operacje musi wykonać istota, będąca jednocześnie sterem, żeglarzem, okrętem i oceanem. To trochę tak, jak oczekiwać, że komputer sam, bez żadnego określonego przez użytkownika schematu, sformatuje sobie dysk, zapisze i uporządkuje wszystkie dane, jakie na niego spłyną, określając kryteria tego porządkowania, a potem sam zacznie się programować, określając, co ten program ma robić z danymi i po co.

Ogarnięcie tego natłoku wrażeń, to niewyobrażalnie trudne zadanie, zwłaszcza jeśli zważyć, że temu małemu człowieczkowi nie bardzo jest jak wytłumaczyć, co z otaczających go zjawisk jest ważne i dlaczego.

Tu zapewne ktoś powie: no jak to, przecież dziecko nie wpada w takie zupełnie obce środowisko, zna już przecież matkę, rytm jej serca? Tak, tylko że do tej pory matka była całym jego światem. Nagle świat się powiększył, zaś matka jest tylko jego częścią. Trzeba teraz odnaleźć granicę między matką, a resztą zjawisk, określić, co właściwie jest matką?

Pojawia się pytanie, czy wszyscy ludzie, we wszystkich kulturach, granicę między matką a światem określają w tym samym miejscu? Kobiecość, płodność, macierzyństwo często są kojarzone z Ziemią. I można dostrzec, że nie chodzi tylko o analogię, że niby matka rodzi i Ziemia rodzi. Jej sylwetka (nowe zjawisko, wcale nie jest powiedziane, że malec od razu kojarzy, że to wewnątrz „tego” do niedawna żył) zamyka się w jakichś tam granicach, które dotyk i wzrok interpretują tak samo, ale już jej ciepło, zapach i głos roztaczają się dookoła, nie mają kształtu, ich zasięg jest różny, a kto wie, gdybyśmy mieli więcej zmysłów, dokąd by się ta granica przesunęła, może do samej granicy świata – trudne zadanie, jak to pojąć?
A kiedy się już ogarnie matkę (to znaczy ogarnąć jej nie sposób, ale można przypisać określony zakres zjawisk słowu „matka”), to trzeba się zabrać za ogarnięcie tego, co nią nie jest, czyli reszty świata. To stwarza następny dylemat – no dobrze, a ojciec? Jest częścią świata, na który przyszliśmy; jeżeli granica między matką a światem jest płynna, to czy ojciec jest częścią matki?
Wbrew pozorom, to nie jest jakieś zdumiewające podejrzenie. Czyż nie to właśnie symbolizuje chiński znak jin-jang, ta mała kropeczka męskiego pierwiastka w samym środku swojego żeńskiego przeciwieństwa?

Dla wygody poruszania się w świecie, za granicę większości zjawisk przyjmujemy to, co określa wzrok i dotyk. Przyjęliśmy, że taka jest prawda. Ale może powinniśmy przyjąć, że to tylko drogowskazy, a sama prawda jest na tyle oszałamiająca, że mózg ją filtruje, bo inaczej człowiek by zwariował? A słowa, to nazwy miejscowości na tych drogowskazach?
To chyba oczywiste, przy takim założeniu, że każdy przez te słowa będzie rozumiał coś innego, podstawiał sobie inny obrazek: wystarczy powiedzieć „Paryż” albo „Nowy Jork”. Niby każdy wie, gdzie to jest i co tam jest, ale nie ma dwóch ludzi na świecie, u których skojarzenia (dźwięki, zapachy, konkretne miejsca, światło, pora roku) z tymi słowami będą identyczne. Każdy musi sobie swój Paryż czy Nowy Jork stworzyć dla siebie.

I tak powoli człowiek rozdziela poszczególne zjawiska (na przykład jeden kolor od drugiego), łączy z innymi (na przykład jakiś kolor z zapachem), rozkłada świat na części i składa z powrotem.
A kiedy już ma te części, musi je nazwać, zapamiętać, zapisać. Aby cokolwiek zapisać, trzeba mieć czym zapisać – potrzebny jest język.

2. EWA

Informacje musi pokatalogować… ale musi mieć do tego katalogi. I to wyraźnie poznaczone, według zrozumiałego klucza. O ile w wypadku komputera to nie on sam, ale użytkownik z zewnątrz, mający jakieś pojęcie na temat tego, co i w jaki sposób chce w nim przechować, tworzy na dysku mniej lub bardziej uporządkowane foldery, o tyle noworodek sam musi odwalić tę robotę, nie mając na początku pojęcia o tym, co robi i dlaczego.
Kiedy ma się już zasób informacji i słów, to można je zacząć porządkować, ale co, kiedy się ich nie ma i nie wie się, jakie i ile ich będzie?

Zatem człowieczek, który pierwszy raz w życiu słyszy słowo „marchewka”, nie wkłada go sobie sprytnie do folderu „formy życia/rośliny/jadalne/uprawne/warzywa”, bo nie ma bladego pojęcia, że takie grupy w ogóle istnieją. Jest raczej na odwrót. Maluch odbiera pierwsze bodźce już na etapie życia płodowego, potem dochodzą następne i zostają uporządkowane w odniesieniu do poprzednio zebranych informacji.

Pierwszą rzeczą, jaką dziecko widzi, jeszcze „po tamtej stronie brzucha”, jest światło, przepuszczane przez ciało mamy. Światło jest czerwone, ale ono o tym nie wie: nie widziało jeszcze żadnych innych kolorów i nie ma pojęcia, że mogą być różne. Jedyne, co jest w stanie zauważyć, to to, że czasem jest jasno, a czasem ciemno.
Potem przychodzi na świat i rozróżnia to, co już zna: światło i ciemność. Wkrótce dochodzi do tego informacja, że światło nie zawsze jest czerwone, że są obiekty tak samo jasne, ale jednak inne. Kilkutygodniowy niemowlak odróżnia kolor czerwony od innych. I wtedy zaczyna katalogować informacje. Nie na zasadzie „to jest czerwone, a czerwień to kolor, więc siup do folderu kolory”, tylko „to już znam, nazywają to czerwony, no, a ta reszta nieczerwonych rzeczy? Drzewo nie jest czerwone, ale jednocześnie nie jest ani jaśniejsze, ani ciemniejsze, więc to chodzi o coś innego. Słonecznik nie jest czerwony, ale wygląda inaczej niż drzewo. Trawa też nie jest czerwona, a jednocześnie jest bardziej podobna do drzewa, niż do słonecznika. Drzewo jest zielone, trawa też, ale co to znaczy? Aha, to jest kolor. Ale co to jest ‚kolor’? To jest coś takiego, jak na przykład czerwony”.
Innymi słowy: wszystkie następne kolory trafiają do teczki z napisem „czerwony i inne (kolory)”.

Nic zatem dziwnego, że przy pytaniu o kolor przytłaczająca liczba ludzi w pierwszej kolejności poda właśnie czerwony i z ilorazem inteligencji nie ma to raczej nic wspólnego. Nie bez powodu również w sygnalizacji świetlnej, czy we wszelkich urządzeniach, najważniejsza informacja, guzik czy światło stopu jest w kolorze czerwonym. I nie chodzi o to, żeby nawet idiota go nie przegapił. Chodzi o to, że każdy właśnie na ten kolor zwróci uwagę w pierwszej kolejności.

Podobnie jest z kołem. Nie tylko dlatego, że jeden z pierwszych kształtów, z jakim oswaja się dzieciak, to okrągła źrenica wpatrującego się w niego oka. Koło to kształt, przez który on widzi świat. Przecież jego własna źrenica też jest okrągła. I jest to jeden z nielicznych, regularnych kształtów, które można odnaleźć w naturze – w Słońcu, Księżycu, oczkach kwiatów, kręgach na wodzie, wielu owocach, czy nawet marcheweczce pokrojonej w plasterki – a przy tym najmniej skomplikowany.

Nietrudno zauważyć, że podobnie ma się rzecz z jabłkiem i marchewką –  to są zazwyczaj pierwsze „normalne” potrawy (a przynajmniej w naszym kręgu kulturowym), z jakimi mały człowiek ma styczność. Zanim się dowie, jak różnorodne jest w ogóle jedzenie, słyszy „wcinaj jabłuszko”, „pyszna marcheweczka”. Marchewka to zupełnie nowe doznanie, które do folderu „czerwony i inne” zupełnie nie pasuje, więc pojawia się przegródka „pyszna marcheweczka”. I jeśli potem dociekliwy smarkacz zapyta „co to jest?” wskazując na rzodkiewkę, odpowiedź „warzywo” nic mu nie powie. Ale już wytłumaczenie „wiesz, co to jest marchewka? Marchewka to właśnie warzywo, cebula też, pietruszka też i rzodkiewka też” sprawi, że rzodkiewka, cebula i pietruszka trafią na właśnie zmajstrowaną półkę „marcheweczka i inne (warzywa)”.

Skoro zaś przy jabłku jesteśmy, to właściwie można powiedzieć, że nie tyle pojawia się w naszym życiu parę miesięcy  po narodzeniu, ile pojawiło się w raju, u zarania dziejów ludzkości, mniej więcej wraz z narodzinami rozumu i zdolnością rozróżniania złego i dobrego przez człowieka, czego ponure konsekwencje ponosimy do dziś. I założę się, że tamto jabłko było idealnie okrągłe i czerwone, bo takie właśnie są najbardziej kuszące.
Dylemat, czy w Księdze Genesis występuje jabłko, bo ci, którzy ją spisywali, mieli do czynienia z pysznym jabłuszkiem, czy też pyszne jabłuszko specjalnie się nadaje na pokarm dla małych dzieci, bo towarzyszy ludzkości od czasów rajskich, jest dylematem z gatunku „co było pierwsze, jajko czy kura?” Niezależnie od odpowiedzi widać jasno, że pytania z początku tego tekstu mają niewiele wspólnego z umiejętnością kreatywnego myślenia. Myślenie zaczyna się dopiero od tego momentu.

Oddzieliwszy mniej lub bardziej radykalnie matkę od ojca i reszty świata, trzeba ich jakoś ponazywać i poustawiać.
Jedne z pierwszych, najważniejszych folderów, które dziecko sobie tworzy, mają naklejki „mama i „tata”. Pierwsza kobieta i pierwszy mężczyzna w jego życiu. Wzorzec kobiecości i męskości, niczym z Sevres. Pozostali mieszkańcy planety będą identyfikowani na podstawie tego wzorca jako kobiety lub mężczyźni i ludzie w ogóle – a że będą trochę od niego odbiegać, to mama (jako najbliższa wzorca) będzie najlepsza i najpiękniejsza, a tata najmądrzejszy i najsilniejszy.

Ale tu nie jest tak prosto, jak z marcheweczką. Bo o ile marchew, którą zjadłam dziś, niczym się dla mnie nie różni od tej, którą zjadłam w 1975 roku i gdybym komuś pokazała zdjęcie którejś z nich, to i tak nikt by się nie zorientował, czy to ta dzisiejsza, czy ta sprzed trzydziestu lat (zatem folder stworzony w początkach życia dla marchewki będzie nadal aktualny), o tyle z mamą i resztą kobiet jest inaczej. Bo w którymś momencie, jako młodzi ludzie, zauważamy, że nasza mama to nasza mama, ale już mama Wacusia to zupełnie inna pani. I może ona jest nawet bardziej podobna do jeszcze innej pani, w ogóle nie będącej niczyją mamą, niż do naszej mamy.
Rodzi się więc pytanie „dlaczego akurat ty jesteś moją mamą?” – i okazuje się, że mama jest kimś wyjątkowym i mimo że niewątpliwie jest kobietą, to zasługuje na zupełnie osobny folder. Teraz trzeba zrobić ważną rzecz – nie tylko założyć osobną teczkę dla pozostałych kobiet, ale wyraźnie ją oznaczyć, czyli odróżnić Moją Mamę od reszty Kobiet, Które Też Mogą (Ale Nie Muszą) Być Mamami (Ale Nie Moimi), A Jednocześnie Nie Są Mężczyznami Ani Niczyimi Ojcami.

Czyli trzeba odpowiedzieć na pytanie: czym się różni kobieta… ale od kogo? od mężczyzn? matki? innych kobiet?

3. WENUS

Jeśli kogoś zapytać, co właściwie odróżnia kobietę od mężczyzny, najważniejszą, lub jedną z najważniejszych cech będzie zdolność rodzenia dzieci. Oczywiście, padną też inne kryteria, typu łagodność, uroda, ciepło, cierpliwość, wdzięk, duży biust i takie tam, ale nie czarujmy się: bywają faceci, mający większą urodę i wdzięk od niejednej kobiety, co kobietami ich jednak nie czyni. Co najwyżej zniewieściałymi mężczyznami. Podobnie jak brak biustu i urody nie czyni kobiety mężczyzną. Chociaż z pewnością nikt osoby płaskiej jak deska i z manierami żołnierza nie nazwie „uosobieniem kobiecości”

Natomiast istota, która wydaje na świat dziecko, nie jest jedynie „kobieca”, tylko jest kobietą, a istota, która zapładnia, jest mężczyzną, koniec, kropka.

No dobrze, a te inne, mniej związane z rozmnażaniem i fizjologią cechy? Dlaczego akurat takie, a nie inne?
Tu większość zapewne powie to, co sama wielokrotnie słyszała: one są niezbędne do skutecznego wypełnienia tej podstawowej misji, macierzyństwa. Uroda, ciepło, łagodność, czułość, cierpliwość, otwarcie na potrzeby innych, jakaś tajna kombinacja hormonów, pozwalająca czerpać radość z poświęcania się dla innych, to atuty, które mają zwabić potencjalnego tatę, a potem przeżyć macierzyństwo.

Poczucie własnej płci może spłatać psikusa – przypominam sobie jedną z internetowych dyskusji, w której pewna młoda kobieta spotkała przyjaciółkę, świeżo upieczoną matkę – z rozstępami, nadwagą, obwisłym brzuchem – i mówiącą promiennie, że oto wreszcie doświadcza pełni swej kobiecości. Bezdzietna koleżanka była tym zszokowana – jak ktoś, wyglądający tak… nieładnie, może mówić, że czuje się kobietą? Według niej wygląd przyjaciółki był tej kobiecości zaprzeczeniem. No, ale jeśli ona jest zaprzeczeniem kobiecości, to kim w takim razie jest? Uosobieniem męskości? Młoda matka? No, nie. Chyba jednak to przeciwieństwo męskości. A więc jednak kobiecość, pożartowaliśmy, ale chyba to dla każdego jest oczywiste.
Na przykład weźmy dwie damy, powiedzmy Madeleine Albright i Marilyn Monroe. Nie ulega wątpliwości, że 99,99 procent ludzkości (przynajmniej z naszego kręgu cywilizacji) za ikonę kobiecości spośród tych dwóch pań uzna Marilyn, ciepłą, słodką, uległą blondynkę. Która z tych dwóch pań jest matką? Madeleine.
O-ouuuu….

A teraz serio – dziewczyna zszokowana odczuciami przyjaciółki padła ofiarą pewnej pułapki.
W uproszczeniu, słowa są przypisane do symboli, wspólnych dla większej grupy ludzi – inaczej nie można by się było porozumieć w żadnym języku – ale niezależnie od tego, każdy nosi w sobie swoje własne obrazy, związane ze znaczeniem różnych pojęć. Powiedzmy „krzesło” – jeśli bierzemy pod uwagę symbol zrozumiały dla wszystkich, to mamy na myśli dwie prostopadłe płaszczyzny na czterech nogach. Natomiast już dla jednej osoby „krzesło” to mebel tapicerowany, dla innej z giętego drewna i tak dalej. Niemniej podstawowe kryterium – siedzisko, oparcie i nogi – nadal jest wspólne. I to dzięki temu ogólnemu symbolowi, a nie indywidualnym skojarzeniom, różne obiekty identyfikujemy jako krzesła lub niekrzesła. Jeśli całe życie ktoś siadywał na thonetach i to jest pierwsze co mu przychodzi do głowy na hasło „krzesło”, to kiedy nagle zobaczy taki mebel z giętej stali i z tapicerką, nie będzie mieć wątpliwości, że to mimo wszystko też krzesło, choć nie ma w sobie ani kawałka drewna. Bo ono będzie pasować do wspólnego symbolu.
Podobnie, widząc pierwszy raz w życiu jakiś gatunek drzewa, nie mamy wątpliwości, że to drzewo, nie dlatego, że jego kształt liści o tym świadczy, tylko dlatego, że odpowiada ono ogólnemu symbolowi: pionowy element z koroną z gałęzi i liści.

Naturalne jest, że chce się znać nie tylko to, co nas otacza – a im bardziej otoczenie pasuje do wzorca, wspólnego dla większej grupy ludzi (drzewa wyglądają jak drzewa, domy jak domy, wszystkie obiekty umieszczone są w takim kontekście, w jakim oczekujemy), tym czujemy się w nim bezpieczniejsi. Tym bardziej ta reguła dotyczy nas samych – chcemy wiedzieć, kim jesteśmy, dzięki temu możemy z grubsza planować własne życie, podejmować jakiekolwiek decyzje, porozumiewać się z innymi członkami społeczeństwa. Łatwo jest zweryfikować, czy obiekt przed nami to krzesło czy jabłko, przyrównując go do zakodowanych w umyśle symboli, a potem dzięki temu użyć obiektu zgodnie z zakodowanym przeznaczeniem: siąść na nim lub go zjeść. Zagwozdka, która spotkała wspomnianą dziewczynę, ilustruje, że jednak bywają problemy z identyfikacją i to, o ironio, zjawiska, które powinno się znać najlepiej ze wszystkich – samej siebie.

Gdyby powtórzyć test z początku tego artykułu, tylko zamiast pytania o owoce i warzywa należałoby wskazać obrazek, który pierwszy przychodzi na myśl przy hasłach „kobieta”, „kobiecość”, „matka” – nagle najprawdopodobniej okaże się, że te słowa, niby bardzo sobie bliskie, tak naprawdę mają zupełnie różne znaczenie. Paradoksem jest, że właśnie to, co najtrafniej definiuje kobietę – zdolność macierzyństwa – „przełożone” na obraz, może być bardzo odległe od tego, co rozumiemy przez samą kobiecość.

No to jak to jest: kobiecość jest miarą kobiety, czy kobieta miarą kobiecości?

Przychodzi moment, w którym dziecko uświadamia sobie, że w przyszłości będzie (lub nie) kobietą. I to jest główna różnica między kobietą a marchewką: nikt nie rozważa pojęcia „marchew” w kontekście własnego przeznaczenia. Dlatego, o ile marchewkę jest dość łatwo zdefiniować, o tyle kobietę – zjawisko, którego znaczenie się dla człowieka zmienia, w zależności od etapu życia i od jego własnej płci – znacznie trudniej.
Jak widać z powyższych rozważań, powiedzieć sobie „będę kobietą” to nie znaczy odpowiedzieć sobie na pytanie „kim będę”. To znaczy zacząć sobie zadawać nieskończoną ilość pytań w tym temacie.

Czy może istnieć we wspólnym języku pojęcie, nie mające określonego znaczenia dla posługującej się nim grupy ludzi?

4. BARBIE

Z czasem okazuje się, że definicja, którą tworzymy sobie w początkach życia i która jest dla nas punktem odniesienia do określania (i wartościowania) innych zjawisk, niekoniecznie pokrywa się z definicją przyjętą przez społeczeństwo. Pół biedy, kiedy rozjeżdża się definicja marchewki. Gorzej, kiedy rozjeżdża się definicja nas samych.

Pamiętacie wojnę o plakat z biustem?
Jakiś czas temu pojawiły się na ulicach plakaty, reklamujące stację radiową (skierowane głównie do mężczyzn), przedstawiające biust z pokrętłami w miejscach strategicznych, opisany „to nas kręci”. Reklama została oprotestowana przez środowiska feministyczne, a w mediach rozgorzała dyskusja na temat tego, czy rzeczony plakat uprzedmiatawia kobietę, czy raczej opiewa radość, płynącą ze zmysłowych przyjemności, a kto twierdzi inaczej, jest niechybnie brzydką frustratą w denkach od jabcoków.
Feministki przedstawiły projekt alternatywny – prącie na sznurku, z podpisem „to nas pociąga” – został on uznany za pornografię i wstrzymano jego publikację. Niejedna osoba zadawała sobie pytanie, dlaczego jeden wizerunek jest pornografią, a drugi nie. Niejedna osoba usiłowała na to odpowiedzieć – tłumacząc to na przykład tak, że penis symbolizuje męskość, dominację i agresję, więc przez wielu ludzi jest odczuwany jako nieprzyjemne wrażenie estetyczne. Biust zaś wprost przeciwnie.

Argument może i słuszny, gdyby nie jeden szczegół – na rzeczonych plakatach nie było neutralnie pokazanego biustu i neutralnie pokazanego penisa.
Był penis na sznurku i piersi z pokrętłami. W obu sytuacjach te narządy pokazane zostały w pewnym kontekście. Penis na sznurku przestał być uosobieniem agresji i dominacji. Stał sie erotycznym żartem, na pewno nie będzie on wszystkim odpowiadał, ale na pewno są odbiorcy, których on nie razi, a śmieszy – zwłaszcza, że dodano mu zgrabne hasełko, z którego jasno wynika, że penis – również na sznurku – jest pociągający. Ale nie dominujący! Zmienił mu się przyjęty przez wszystkich wizerunek i kontekst! Oto stał się narzędziem do zabawy, pasywnym, całkiem jak te piersi!
A biust? Piersi są przerobione na robota do sprawiania rozkoszy. Takie bezwolne radyjko, gadżet. Czyli pozostają w takim kontekście, w jakim duża część społeczeństwa je (i kobietę) widzi. Wiele kobiet zresztą, przy okazji dyskusji nad plakatem, przyznawało, że bez problemu i z przyjemnością się z takim wizerunkiem utożsamia. (Och, ja nie próbuję kobiecie odbierać prawa do przyjemności z bycia „radyjkiem”. Ja tylko ubolewam, że mężczyznom się, jak widać, nie należy ten sam przywilej.)

Plakat podzielił nie tylko społeczeństwo, również same kobiety. Większości panów się podobał, natomiast część pań przyjęła go z zachwytem, część z odrazą.
Reakcja na krytykę? Te, którym się to nie podoba, są głupie, brzydkie i zakompleksione. A plakat niech wisi, bo innych – tych właściwie, poprawnie myślących – on cieszy. Penis zapewne również jednych by razil, innych śmieszył. Ale tutaj rację mają ci, których razi. Nawet nie dali obrazkowi zaistnieć publicznie, bo mógłby naruszyć jakieś tabu.
Okazuje się, że piersi (i kobieta) jako zabawka – są w porządku, społeczeństwo jest do takiego przekazu przyzwyczajone. Penis (i mężczyzna) jako zabawka – to pornografia.

***

Rzeczy powinno się używać zgodnie z przeznaczeniem. (Prze)znaczeniem. To znaczy, można użyć niezgodnie, ale wtedy to jest albo świadome sprzeciwienie się (prze)znaczeniu, albo, z braku znajomości ogólnie przyjętego (prze)znaczenia, nadania mu własnego (na przykład przybysz z obcej cywilizacji mógłby potraktować klozet jako wodopój).
Bez przeznaczenia otaczających nas obiektów i znaczenia określających je słów nie sposób ani używać języka – bo byłby to bełkot, ani odnaleźć się w świecie – bo mielibyśmy do czynienia ze zbiorem niezidentyfikowanych zjawisk, bez jakiegokolwiek punktu odniesienia, jak nowonarodzone dziecię z początku tego tekstu. Wszystko trzeba nazwać i określić, żeby móc to zobaczyć i zrozumieć. Zarówno naturę zjawiska jak i jego miejsce w świecie (samo z siebie nie jest na przykład oczywiste, że matka jest ważniejsza od marchewki).

Żeby zrozumieć (prze)znaczenie, trzeba znać znaczenie. Ono zaś samo z siebie się nie pojawia. Pół biedy, jeśli wszyscy nadadzą jakiemuś zjawisku identyczny sens. Gorzej, kiedy w zależności od punktu widzenia (prze)znaczenie zjawiska się zmienia. Prawdziwe zaś jaja się zaczynają, kiedy rzeczone (prze)znaczenie umieści się na jakiejś skali wartości (którą też, nieprawdaż, trzeba najpierw przyjąć, a że dla różnych grup ona może być inna, trzeba przyjąć, skala której grupy będzie jedynie słuszna).

Opisany powyżej spór, to nie tyle spór między dwoma plakatami, raczej o to, czyja skala wartości i czyja definicja pojęć, wydawałoby się, powszechnie znanych, jest słuszna. To także spór o prawo do przyjmowania (lub nieprzyjmowania) do wiadomości określonych treści.
Oba plakaty miały zwolenników i przeciwników, ale tylko jeden był pokazany. I nieprzypadkowo pokazany był ten, który bawi mężczyzn – czyli grupę, mimo wszystko, dominującą. Kobiety znowu nie mają głosu. Są OK, dopóki mają piersi, ale niech się nie wypowiadają ani na temat własnej seksualności, ani tym bardziej penisów. „Zdrowa” część społeczeństwa radośnie wytłumaczy, że plakat jest piękny, a jeśli ktoś ma inne zdanie, to na pewno jest niedowartościowany i ma opory. A niewykluczone, że to racja, nie wyobrażam sobie na przykład, żeby ofiara gwałtu, przemocy czy molestowania seksualnego patrzyła na ten plakat z przyjemnością i czuła, że on ją dowartościowuje jako kobietę. I na pewno paskudne przeżycia mają wpływ zarówno na jej samoocenę, jak i na odbiór plakatu.

Ale co z tego ma niby wynikać? Czy w takim razie ona nie może mieć racji, a jej punkt widzenia jest kompletnie nieważny z założenia? Czy sam fakt, że została skrzywdzona, znaczy, że jest automatycznie głupia? W ten sposób tylko się pogłębia patologia, której jest ofiarą – nie dość, że była na przykład zgwałcona, to jeszcze jej się mówi „dobra, dobra, to twoje kompleksy i twój problem, naprawdę nie masz racji”. Jak powszechnie wiadomo, lepiej być pięknym, bogatym, mądrym i zdrowym, niż brzydkim, chorym, głupim i biednym – i jak się okazuje, nie tylko dlatego, że tak jest wygodniej, ale również dlatego, że wtedy ma się rację.

Hm. Może to się nie podobać, ale wygląda na to, że tak jest. Grupa dominująca w społeczeństwie jest w stanie narzucić reszcie, jak mają rozumieć różne słowa.

5. MARIOLA (a może Marilyn?)

Niedawno pewne wydawnictwo organizowało zawody, polegające na tym, że trzy dziewczyny dały się pierdolić (excuse le mot, żadne inne słowo tu nie pasuje, a jeśli jest jakieś dobre zastosowanie do tego użytego, to właśnie do tej sytuacji pasuje ono jak ulał) kilku setkom facetów na wyścigi.
W internecie znów rozgorzała dyskusja, tym razem na temat: a gdzie są feministki, które tak gorliwie atakowały plakat z biustem, będący przy tych zawodach miętą z bubrem?

Nie odpowiem na pytanie, dlaczego polskie organizacje feministyczne nie podniosły takiego rabanu, jak przy plakacie, bo najzwyczajniej nie wiem, zresztą to nie należy do tematu. Ale można się pozastanawiać, czy aby na pewno tego typu plakaty, jak wspomniany powyżej, nie mają żadnego wpływu na tego typu imprezy. Czy – skoro sens słowa „kobieta”, sens bycia kobietą w ogóle, jest tak niejednoznaczny, promowanie określonego wizerunku kobiety – zabawki (a przecież na plakat patrzyły również małe dziewczynki, które dopiero sobie uświadamiają, że będą kobietami, tyle że jeszcze do końca nie rozumieją, co to znaczy) jest faktycznie niewinnym żartem?

Mam wrażenie, że gdyby zamiast tych pań na scenie były owieczki, suczki, kury, dzieci (dowolnej płci), to raban by się podniósł ze strony obrońców wszelkich słabszych stworzeń. A tutaj nic, panie podpisały umowę, więc o co chodzi? No właśnie, o nic, zabawka służy do zabawy, jeśli ktoś ma jakieś wątpliwości, to niech chociażby spojrzy na plakat z kobietą – radyjkiem, oto kobieta na właściwym miejscu. I naprawdę fakt, że dziewczyny dostały jakieś tam pieniądze, nie ma znaczenia. Bo gdyby impreza była bez honorarium, na pewno jakieś trzy ofiary opisanego wyżej przekazu, które dadzą sobie wmówić, że tym bardziej są kobiece, im bardziej dadzą się facetom sprowadzić do roli gadżetu, by się znalazły.
Ja wiem, że przykład to radykalny, przejaskrawiony, zapewne teraz kilkadziesiąt milionów kobiet może szczerze i z przekonaniem powiedzieć „no moment, ja bym w tej imprezie udziału nie wzięła, a lubię się czuć kobietą, lubię budzić pożądanie, lubię mężczyzn i wcale się nie uważam za ich zabawkę”.

No pewnie, że tak. Pewnie, że lubimy czuć się piękne, bo wtedy pasujemy do wzorca, ikony kobiecości, którą nam narzuciła zachodnia cywilizacja. A my ją często przyjmujemy, bo tak jest najwygodniej i najbezpieczniej. Być niemożebnie brzydką kobietą, to być jak krzesło z trzema nogami, to skazać się na margines w społeczeństwie. Bezdzietna dama jeszcze się na bycie symbolem seksu i kobiecości może załapać (MM jest tego najlepszym przykładem), ale obrzydliwa, choćby była płodna jak królik – nie ma zmiłuj.

No i oczywiście, nie musimy czuć się w obowiązku przyjmowania narzuconego przez społeczeństwo wizerunku. Możemy sobie wykreować swój, całkiem odmienny, na własne ryzyko: że choćbyśmy nie wiem co robiły, wielu ludzi i tak będzie nas oceniać według jedynie słusznego wzorca, a jeśli do niego nie przypasujemy, to tym gorzej dla nas. Śmiem twierdzić, że w takiej niekomfortowej sytuacji kobieta, która sama z siebie przyjmuje rolę ślicznej maskotki-przytulanki bez większych ambicji, nie znajdzie się nigdy lub prawie nigdy.

Z tego wynikają następne dylematy, na przykład – czy w takim razie wysokie obcasy, zabiegi upiększające, uwodzicielski wygląd, to wolność i przywilej, którego mogą nam pozazdrościć kobiety w krajach islamskich? Czy przeciwnie, to coś, co nam zostało narzucone dla czyjejś przyjemności i wmówiono nam, że same tego chcemy, a my to łykamy, bo dzięki temu możemy się zbliżyć do panującego w społecznej świadomości ideału?

W tym miejscu zostawiam Czytelniczkę, bo nie zamierzam nikomu psuć przyjemności z drążenia tematu i poszukiwania tożsamości w kulturze na własną rękę.