Cuda mogą zdarzyć się nawet podczas jedzenia chipsów albo opiekania tostów. Oto 55-letnia Rosalie Lawson z Florydy w swojej paczce chipsów znalazła taki, na którym rozpoznała podobiznę Chrystusa. Wcześniej Diana Duyser, również z Florydy, wystawiła na aukcji internetowej e-bay tost z serem, który układał się w wizerunek Marii. Ciężar gatunkowy tego cudu rośnie, kiedy się doda, że kanapka powstała… dziesięć lat temu. Włożona do plastikowego pojemnika nie pokryła się przez ten czas pleśnią.

Czytelnik na pewno wyczuje pewną dawkę ironii w powyższym tekście. Ale sam temat cudów jest poważny, tym bardziej, że zainteresowanie problematyką taumatologiczną wciąż rośnie. W niektórych środowiskach cuda traktowane są z przymrużeniem oka, politowaniem, w innych wciąż żywe i oczekiwane. Z jednej strony skrajny sceptycyzm, z drugiej – ogromny „głód cudowności” w obrębie religii i poza nią, ponadnaturalne zjawiska przyciągające tłumy, a między nimi troska Grahama Greena, że współcześnie zatraciliśmy bezpośrednie pojęcie cudowności i wiarę w realność cudów. Teologowie próbują więc wypracować koncepcję cudu, którą współczesny człowiek mógłby zaakceptować.

Problemy z definicją

Problemy pojawiają się już przy próbach definicji zjawiska. Czy cud musi łamać bądź przekraczać prawa przyrody? Ma coś udowodnić, czy na coś wskazać? Dlaczego spektakularnych cudów doświadczają przede wszystkim katolicy i przedstawiciele wolnych Kościołów, a nie „historyczni” protestanci?
Popularny w Polsce jeszcze do lat dziewięćdziesiątych XX wieku Mały Słownik Teologiczny M. Kowalewskiego definiuje cud dość archaicznie jako nadzwyczajne i zewnętrzne tzn. mogące być zmysłowo poznane, wydarzenie, które wykracza poza możliwości sił przyrody i dlatego można je wytłumaczyć tylko przez bezpośrednią działalność Boga. Cuda uważa się za zewnętrzny sprawdzian i cechę wiarygodności Objawienia. I choć, jak wspomniałam, jest to archaiczna definicja, wielu chrześcijan, zwłaszcza katolików, tak właśnie rozumie cud. Nie należy mieć do nich o to pretensji, wszak taka definicja była kształtowana przez setki lat!

Trzeba jednak zacząć od początku. Od cudów biblijnych. Biblia co prawda nie podaje definicji cudu, ale wiele można wywnioskować przyglądając się terminologii. Najczęściej pojawiającym się określeniem jest hebr. ot, gr. semeion, łac. signum czyli znak – element wskazujący na rzeczywistość poza sobą; w znaczeniu religijnym element ten wskazuje na rzeczywistość ostateczną, implikowaną w akcie religijnym. Co wydaje się tu istotne – znak, w przeciwieństwie np. do symbolu, pozbawiony jest swojej „wrodzonej siły, mocy” (P. Tillich).

Kolejne terminy to hebr. geburah i gr. dynamis – oznaczające moc, siłę, wzniosłe i zbawcze czyny Boga; hebr. maaseh, gr. ergon – czyn, dzieło Boga wyrażone w historii, a więc niejako weryfikowalne. Bardzo rzadko pojawiają się natomiast „cudowne” terminy hebr. mophet, gr. teras, łac. miraculum – rzecz nadzwyczajna, zadziwiająca, czy też gr. thaumasia – mające podobne znaczenie. Niestety, te ostatnie mocno zakorzeniły się zwłaszcza w taumatologii średniowiecznej (co sugeruje już sam termin taumatologia!) i mają wpływ na dzisiejsze rozumienie cudu jako zjawiska wykraczającego poza prawa przyrody i na brzemienną w skutkach redukcję sacrum do miraculum (J. Kracik).
Pierwotnie i biblijnie, jak się wydaje, cud ma charakter „znaku”. Celem nadzwyczajnych interwencji Boga jest zawsze chęć powiedzenia czegoś, udzielenia przestrogi albo zawiadomienia, słowem, objawienia boskiego zamiaru. Cud jest jak palec skierowany na Boga, ukazuje Jego moc i Jego wolę, jest Słowem Bożym (W. Eichrodt). Cud jest znakiem również w rozumieniu samego Jezusa, wskazuje bowiem na istotę Jego misji i funkcji.

W pierwszych wiekach chrześcijaństwa pojawiają się już poważne kłopoty z interpretacją cudu i zalążki dychotomicznego myślenia: co było pierwsze? Cud, który prowadził do wiary? Czy może wiara, która przyjmuje cud? Nowy Testament nie daje wcale jednoznacznej odpowiedzi. Z jednej strony są słowa Jezusa Wiara twoja cię uzdrowiła, z drugiej dowody wiarygodności misji apostołów w postaci wypędzania demonów i uzdrawiania. Cud w teologii stanowił zasadniczy dowód chrystologiczny, który w sposób decydujący miał rozstrzygnąć boskie posłannictwo Jezusa z Nazaretu, a nawet dowodzić Jego bóstwa, uwiarygodnić nadprzyrodzoną genezę chrześcijaństwa i misję Kościoła (M. Rusecki).  A zatem, obok znaczenia cudu jako znaku rozpoznawanego dzięki wierze, pojawia się też znaczenie dowodowe, wiarotwórcze i apologetyczne, i te koncepcje będą się w ciągu wieków ścierać. Wiele zależało od tego, w jakiej sytuacji znajdowało się chrześcijaństwo.

Boskie i diabelskie

Pisarze wczesnochrześcijańscy niejednokrotnie spotykali się z zarzutami pogan dotyczącymi nadprzyrodzonego pochodzenia cudów. Przecież taumaturgowie pogańscy potrafili uzdrawiać równie skutecznie jak Jezus, czego dowodem są historie „boskich mężów”. Choćby dzieje wędrownego charyzmatyka Apolloniosa/Apoloniusza z Tiany opisane przez Filostratosa (178-248): Teraz o cudzie, jakiego dokonał Apollonios. Wydawało się, że pewna dziewczyna zmarła w dniu, w którym miało odbyć się jej wesele. Narzeczony nie odstępował od mar (…), a śmierć tę opłakiwał cały Rzym (…) Apollonios widząc ten smutek, rzekł: „Postawcie mary przede mną, a sprawię, że przestaniecie opłakiwać śmierć tej panny”, po czym spytał o jej imię. Wszyscy myśleli, że zamierza wygłosić mowę (…). On jednak nic takiego nie uczynił, tylko dotknąwszy dziewczynę i wypowiedziawszy jakieś tajemnicze słowa obudził ją z tego, co wydawało się być śmiercią. Dziecko przemówiło i udało się do rodzicielskiego domu, niczym Alkestis przywrócona do życia przez Heraklesa”.
Pomijam tu wszelkie paralele do ewangelicznych opowieści o uzdrowieniu córki Jaira czy młodzieńca z Nair oraz zależności generyczne; one nie miały decydującego wpływu na starożytną percepcję tego typu podań. Co więcej – chrześcijanie wierzyli w prawdziwość cudów pogańskich, poganie zaś nie kwestionowali prawdziwości cudów chrześcijańskich.

Gdzie zatem dopatrywano się różnicy? W pochodzeniu cudów. Swoje cuda/znaki chrześcijaństwo wciąż odczytywało symbolicznie, cuda pogańskie, równie spektakularne, uważano za diaboliczne. W szczególny sposób oddaje to gra słów w języku greckim: czasownikowi sym-ballo (łączę) przeciwstawiony zostaje czasownik dia-ballo (rozdzielam, rozłączam). W ten sposób ostrzegano przed cudami, które są działaniem demonów, czyli dawnych pogańskich bóstw. To ostrzeżenie do dziś pozostało aktualne. Jak zauważa J. Bolewski Ambiwalencja cudów – oszałamiających, uderzających wydarzeń o nie dającym się wyjaśnić pochodzeniu – polega na tym, że mogą nie tylko zwracać uwagę ku Bogu, lecz i odwracać od niego. Cuda diaboliczne są źródłem niezdrowej sensacji, skupiają uwagę wyłącznie na sobie i pobudzają oczekiwanie nowych, podobnych cudów, jakby wiara mogła się opierać tylko na nich. Do tego można odnieść też naukę Augustyna, wedle którego orędzie cudu winno być zgodne z nauką objawioną; gdyby było jej przeciwne, wówczas choćby cuda były nie wiadomo jak niezwykłe, należy je odrzucić jako fałszywe i czynione przez demona lub Antychrysta (De Trinitate).

Drugą zauważalną reakcją na zarzuty pogańskie była swoista ilościowa i jakościowa licytacja. Popularność zyskały apokryfy opisujące pozaewangeliczne cuda Jezusa, hagiografie, Apoftegmata opowiadające o dokonanych niekiedy mimowolnie cudach Ojców Pustyni. Takim nieświadomym cudem było np. zapisane w Księdze Starców uzdrowienie sparaliżowanego chłopca: Makaremu Wielkiemu pewien człowiek przyniósł sparaliżowanego synka, którego położył pod drzwiami celi bez żadnych wyjaśnień. Makary usłyszał płacz chłopca, wychylił się i zapytał: „A któż cię tu przyprowadził?” Odpowiedział: „Mój ojciec rzucił mnie tutaj i poszedł”. Starzec na to: „Biegnij, jeszcze go dogonisz!” I chłopiec rzeczywiście zerwał się i uzdrowiony pobiegł za ojcem.

Niekiedy autorzy tego typu opowieści nieco przesadzali i opisywane przez nich cuda mają dwuznaczną wymowę moralną, jak np. uśmiercenie przez małego Jezusa dokuczających mu chłopców, zamienienie dzieci w świnie, znane z Ewangelii Dzieciństwa Tomasza, czy też uśmiercenie nauczyciela, przekazane przez Ewangelię Pseudo-Mateusza.

Ten nurt apologetyki dał początek bardzo żywej taumatologii ludowej; w tym nurcie pozostaje też wiara w nadnaturalną moc relikwii, obrazów, we wstawiennictwo świętych. Do dziś wierzenia te mają swoich licznych zwolenników. Nie trzeba od razu dyskredytować tej ludowej taumatologii, posiada ona bowiem pewne walory pedagogiczne, podkreślane m.in. przez Klemensa Aleksandryjskiego, Orygenesa, Augustyna, a zwłaszcza przez Grzegorza Wielkiego.

Definicja po raz drugi

Za pierwsze systematyczne definicje cudu uchodzą wyjaśnienia Augustyna, choć trzeba wspomnieć, że w jego poglądach na temat cudu widać pewną ewolucję: od niemal całkowitej negacji ich znaczenia dla wiary chrześcijanina do akceptacji. Cud jest to fakt wzniosły, nadzwyczajny,(…) i niespodziewany dla osoby, która go podziwia (De utilitate credendi) oraz Nazywamy wielkim bądź cudownym coś, co Bóg czyni wbrew znanemu nam i zwyczajnemu biegowi natury (Contra Faustum). Wydawać by się mogło, że definicje te akcentują fizykalny aspekt cudu, jego niezwykłość pod względem empirycznym. Owszem, cud powinien zwracać uwagę swoją niezwykłością, powinien budzić ciekawość, nawet fascynować, ale jego zadaniem jest naprowadzić człowieka na rzeczywistość transcendentną. Dlatego jedynym sensownym kontekstem cudu jest kontekst religijny, teologiczny i tak należy rozpatrywać nadprzyrodzone zjawiska. Relacja do praw przyrody jest tu co najmniej drugorzędna.

Cudowna pedagogia

Na uwagę zasługuje też interpretacja cudu według Grzegorza Wielkiego, ponieważ jest to właściwie pomost pomiędzy poglądami Augustyna a nauką Tomasza z Akwinu. Cud powinien budzić zdziwienie, zainteresowanie, a nawet przerażenie, a jego celem jest ostrzeganie, upomnienie, kara, prowokacja, zachęta, zbudowanie, czyli szeroko rozumiana pedagogia. Grzegorz nie podkreśla funkcji wiarotwórczych, raczej odwrotnie. Aby cudowne zjawisko, które wcale nie musi sprzeciwiać się prawom przyrody, mogło być właściwie zinterpretowane, powinno trafić na już przygotowany grunt i wywołać odpowiednią reakcję – nakłonić do spełniania Bożej woli. W jednej z homilii Grzegorza pojawia się nawet stwierdzenie, bardzo chętnie dziś przypominane, że cudów nie potrzebują ci, którzy już wierzą.

Trzeba też zauważyć pewien ukłon Grzegorza w stronę taumatologii ludowej. Mocno podkreślany jest związek cudów ze świętością: cudotwórca powinien być świadomy daru, jaki otrzymał i dobrze było by, aby używał go wyłącznie dla własnego wzrostu duchowego, pogłębiania pobożności i pokory, a nie dla jakichś innych korzyści, zaszczytów, osiągnięcia prestiżu. Ponieważ jest to trudne, a na człowieka, nawet najświętszego, czyhają pokusy, nad charyzmatykiem powinien czuwać biskup.

Relikwiarz św. Stanisława w katedrze na Wawelu   Święci i ich cuda wspominane są bardzo często w kazaniach Grzegorza. Papież nakazał spisywać cudowne fakty i odczytywać je podczas nabożeństw, aby zbudować wiernych i/lub aby ich ostrzec przed doczesną karą Boga; uprawomocniony był zarówno pozytywny jak i negatywny (karzący) aspekt cudu. I znów z czasem doszło do nadużyć – opowieści o cudach dokonanych przez świętych mężów i święte niewiasty zaczęły żyć własnym życiem. Im więcej w nich było niezwykłości, tym większym cieszyły się powodzeniem. Cuda, zwłaszcza pośmiertne, dokonywane przy grobie zmarłego lub dzięki relikwiom (mniej troszczono się o wstawiennictwo świętego u Boga) traktowano jako dowód świętości. O ile można w tym wszystkim dostrzec jeszcze jakiś aspekt pedagogiczny – zwłaszcza opowieści o cudach karzących odstraszały skutecznie od profanacji świętych szczątków i od niewiary w moc świętego (bardzo chętnie opowiadano np., jaka to straszna choroba spotkała biskupa, który nie chciał uznać świętości cudotwórcy), o tyle kontekst teologiczny odszedł w zapomnienie.

Ambona stała się miejscem, gdzie głoszono to, w co lud „od dawna wierzył” i co od dawna praktykował, często więc przedmiotem kazań były żywoty świętych. Akcentowanie cudownych, niezwykłych wydarzeń miało pełnić rolę pedagogiczną, ale niekiedy okazywało się wręcz szantażem przymuszającym do wiary: Jeśli nie uwierzysz, spotka cię kara; Bóg/święty ześle na ciebie chorobę, albo grom z jasnego nieba spali twoje domostwo.

Z czasem doszło do kompromisów pomiędzy taumatologią elitarną, teologiczną a taumatologią ludową. Jednym z takich kompromisów jest stosowana do dziś w Kościele katolickim procedura beatyfikacyjna i kanonizacyjna. Przy okazji postulatów o przyspieszenie procesu beatyfikacji Jana Pawła II przypomniano stary, stosowany do X w. zwyczaj ludowego orzekania o świętości. Cud miał być niezaprzeczalnym dowodem, że zmarły rzeczywiście zasługuje na wyniesienie na ołtarze. Z powodu nadużyć Innocenty III (XIII w.) wprowadził skomplikowane procesy kanonizacyjne, ale dowód świętości w postaci cudów został zachowany.

Niezgodne z naturą, ale naturalne dla człowieka

I znów powraca pytanie, czy zjawisko musi przekraczać prawa przyrody, żeby zostać uznane za cud? Tak byłoby najprościej. Tak jest też w taumatologii ludowej. Wiadomo, że „ludowość” (bez żadnego podtekstu wartościującego!) jest bardzo zachowawcza. Widać to choćby w języku – w gwarach najdłużej zachowują się fonetyczne, leksykalne czy składniowe elementy archaiczne. Podobnie z wprowadzaniem zmian w rozumieniu niektórych pojęć występujących w języku religijnym. Tutaj na tradycjonalizm ludowy nakłada się dodatkowo zachowawczość religijna. A jak wspomniałam, na zewnętrzne, przekraczające fizyczność rozumienie cudu pracowano wieki. Oczywiście byli i tacy, którzy nie przywiązywali do tego większej wagi, jak Augustyn, czy Grzegorz z Tours (zm. 594), który za cud uznawał zwykłą, szara codzienność, naturalny bieg rzeczy. Cuda kosmiczne – te były raczej ostrzeżeniami. Nie przeszkadzało mu to jednak spisywać i domagać się dokumentowania wszelkich niezwykłych zjawisk w celach kaznodziejskich.

Giotto, Wskrzeszenie Łazarza
   Już w starożytności zarysował się też klasyczny podział cudów obowiązujący później w teologii scholastycznej wieków średnich. Rozróżniano cuda supra naturam, czyli takie, które mają charakter nadnaturalny, praeter naturam, czyli takie, które dokonują się z pominięciem naturalnych przyczyn, oraz contra naturam, czyli takie, które burzą naturalny porządek rzeczy. Czasem granica między nimi jest dość płynna, ale można spróbować podać exempla. Do pierwszej grupy cudów zaliczano np. zmartwychwstanie w czasach ostatecznych, które w porządku naturalnym nie może wystąpić; do drugiej grupy – wydarzenia, które wprawdzie mogłyby się dokonać również w porządku naturalnym, np. po zastosowaniu terapii, ale w danym wypadku nie można stwierdzić żadnej naturalnej ich przyczyny; do trzeciej grupy należą takie, które zdają się sprzeciwiać naturalnemu porządkowi rzeczy, jak na przykład dziewicze poczęcie i narodzenie Chrystusa.

Skoro tak, uznano więc, że cud zawsze – trwale, bądź tylko w danym momencie – musi wykraczać poza prawa przyrody. Szczególnie mocno relacje faktu niezwykłego do porządku natury, ten zewnętrzny aspekt cudu, podkreślał Tomasz z Akwinu: Mówi się, że coś jest cudem, kiedy dzieje się poza porządkiem wszelkiego stworzenia . Akwinata miał zapewne dobre intencje, wspomniane na początku znakowe rozumienie cudu jest dla niego niejako wbudowane w przytoczoną definicję, implikuje bowiem „wskazanie palcem” na Boga jako przyczynę i sprawcę cudu. Z czasem jednak z jego koncepcji pozostała tylko pierwsza cześć. Akcentowano bardziej tę nadzwyczajność niż jej religijne podłoże, rozwijano charakterystyczne dla taumatologii ludowej twierdzenie, że cud wymusza wiarę (R. Holcot), pełni rolę dowodu prawdziwości Objawienia, a dowód ten jest tak mocny, jak dowód naukowy (rozumowy) i nie sposób go obalić.

Ta scholastyczna koncepcja cudu przez kilka wieków królowała niepodzielnie wytwarzając pewien szczególny typ mentalności, która nakazywała niemal automatycznie kojarzyć cud z przekroczeniem praw natury (J. Kudasiewicz).

Nie należy tego potępiać. Takie pragnienie cudowności, cudownej ingerencji Boga w życie ludzkie i w dzieje świata jest wpisane w naturę człowieka i jest istotą niemal każdego doświadczenia religijnego. W prawie każdej wielkiej i małej religii świata tak rozumiane cuda się zdarzają. Buddowie, boddhisatwowie, mędrcy, jogini, guru – potrafią sprawiać, że dzieją się rzeczy, których nikt nie rozumie. Budda poszedł ku rzece. Ganges był wówczas wysoki, wezbrany, niektórzy więc, pragnąc przeprawić się na drugi brzeg, zaczęli szukać łodzi (…). Wówczas Wzniosły [Budda] momentalnie (…) zniknął z tego brzegu rzeki, aby znaleźć się na drugim wraz z towarzyszącymi mu mnichami. (za I. Kanią).

Miejsce spotkania

Wiarę w cuda, czy może raczej same cuda, często określa się jako „miejsce spotkania chrześcijaństwa ze wszystkimi innymi religiami i systemami religijno-filozoficznymi”. Nic w tym złego i dziwnego, że chrześcijańska potrzeba cudów ma korzenie w pogaństwie, co uwidacznia się np. w powstawaniu sanktuariów w miejscach dawnego kultu pogańskiego, w podobnych do pogańskich praktykach picia cudownej wody, namaszczania się cudownymi balsamami, dotykania, czy choćby tylko spoglądania na relikwie, co zapewnić miało powodzenie, zdrowie, a nawet jakieś korzyści po śmierci. Czasem forma wywoływania cudu pozostawała taka sama. J. Kracik opisuje np. analogie pomiędzy oczekiwaniem na uzdrowienie przez Asklepiosa w Epidauros i przez świętych Jana i Kyrosa w Menuthis niedaleko Aleksandrii: [Poganie] udawali się do Epidauros na Peloponezie, by nocując (inkubacja) w świątyni boga Asklepiosa, uzyskać uzdrowienie – bezpośrednio czy wskutek udzielonej we śnie rady. Niewdzięczni beneficjenci, którzy usiłowali ofiarować bóstwu skromniejsze wotum, niż obiecali, popadali ponownie w chorobę. Chrześcijańskie sanktuarium świętych lekarzy Jana i Kyrosa w Menuthis pod Aleksandrią, działało w VII wieku podobnie: chorzy spali w kościele, a święci uzdrawiali, dawali we śnie rady, wymierzali kary niedowierzającym ich mocy i zapominającym o złożeniu obiecanego wotum. Asklepios

Podobnie rzecz wygląda ze świętymi wizerunkami, obrazami. Choć chrześcijaństwo wyszło z anikonicznej religii żydowskiej, to jednak w zetknięciu z jak najbardziej obrazową kulturą grecko-rzymską od niej właśnie zaczerpnęło zwyczaj „portretowania” bóstwa. Trzeba jednak dodać, że po pierwsze zwyczaj ten pojawił się dość późno, bo w IV/V w., po drugie nastąpiła reinterpretacja pojmowania „świętego” wizerunku, który miał wyłącznie odsyłać do postaci portretowanej. Przynajmniej oficjalnie. Nieoficjalnemu kultowi można było, niestety, zarzucić wiele cech pogańskich, a przede wszystkim utożsamienie wizerunku i postaci, przypisywanie cudownej, terapeutycznej zazwyczaj, mocy samemu wizerunkowi bez względu na to, kogo przedstawiał.

Dlatego, jeśli przyjmuje się, że chrześcijaństwo jest religią wyjątkową, istoty cudu nie można opierać na samej tylko niezwykłości zjawiska. Więc na czym?

Wiara

O tym, że cud ujawnia swą naturę dopiero w świetle wiary, przekonują cuda (uzdrowienia) opisane w Nowym Testamencie podsumowane przez Jezusa stwierdzeniem : Wiara twoja cię uzdrowiła (Mk 5,34; 10,52; Łk 8,48; 17,19;18,42) lub dokonane ze względu na wiarę krewnych (wskrzeszenia). W Nazarecie, gdzie „swoi Go nie przyjęli”, Jezus nie mógł dokonać cudu, bo nie znalazł tam wiary (Mk 6,5). Wyraźnie widać więc współobecność i współzależność wiary i cudu. Do tego nawiązuje też Augustyn, kiedy podkreśla teologiczne znaczenie cudu i jego wewnętrzne aspekty – nawrócenie, ewangeliczną reorientację życia. Wzajemnymi relacjami wiary i rozumu, a tym samym wiary i cudu pasjonował się św. Anzelm (zm. 1109), zwany z racji pokrewieństwa myśli z biskupem Hippony drugim Augustynem (Alter Augustinus). Wedle Anzelma cud podlega wyłącznie osądowi wiary, nie zaś osądowi rozumu, ale cud też wskazuje na Boga, dowodzi nawet Jego istnienia i Jego dobroci oraz miłości.

W średniowieczu pojawia się taumatologia mistyczna zainicjowana m.in. przez Bernarda z Clairvaux (zm. 1153), nawiązująca również do myśli augustyńskiej. Cud przez swoją nadzwyczajność budzi uśpione codziennym biegiem zdarzeń serce i stanowi apel do rozważania spraw Bożych oraz do wiary, którą także ożywia i podtrzymuje. (…) Cud jako dzieło Boże jest przejawem Bożego działania i przedmiotem kontemplacji (…), czyli doświadczenia Boga, z tym musiałaby być związana łaska Boża (De consideratione za M. Ruseckim). Wedle Bernarda rozpoznanie cudu nie jest sprawą nauki, czy filozofii, ale osobistego doświadczenia religijnego.

Od taumatologii mistycznej już tylko krok do protestanckiego pojmowania cudu. Zresztą protestantyzację niekiedy zarzuca się współczesnemu egzystencjonalnemu, czy personalisytycznemu rozumieniu cudów. M. Luter, wychodząc od wspomnianych właśnie poglądów tzw. Drugiej Szkoły Augustiańskiej oraz W. Ockhama, bardzo mocno zsubiektywizował pojęcie cudu. Jedynym cudem jest cud wiary i cud odpuszczenia grzechów; tylko w perspektywie wiary można rozumieć cuda Jezusa i cuda, które miały miejsce u progu ery chrześcijańskiej. Wysuwanie na pierwszy plan zewnętrznej warstwy cudu może zwodzić wybranych, utrwalać fałszywy obraz Boga, prowadzić do wypaczeń wiary. Należy też przypomnieć charakterystyczne dla wittenberskiego reformatora powiązanie cudu ze Słowem Bożym: gdyby cuda sprzeciwiały się Słowu Bożemu, należy je natychmiast i bezwzględnie odrzucić. Podobieństwo z pogladami Augustyna jest oczywiście nieprzypadkowe.

W dzisiejszej teologii katolickiej również podkreśla się, że cuda (przynajmniej te, które wydarzyły się po Zmartwychwstaniu) są indywidualną łaską od Boga dla danej osoby, a nie dla całego Kościoła. Nikt nie ma obowiązku wierzyć w to, co stało się w Lourdes czy w Fatimie, czy w jakimkolwiek innym miejscu, gdzie dokonały się cudowne uzdrowienia albo zapłakały cudowne figury (por. Z. Liana). Mocno akcentowany jest prymat wiary. Cud współczesny, podobnie jak cud nowotestamentowy, potrzebuje wiary. Aby jakieś zjawisko mogło być zinterpretowane taumatologicznie, konieczna jest wiara. Człowiek niewierzący może być zaskoczony jakimś zjawiskiem, ale nie zobaczy w nim działania Boga – nie ma takiego obowiązku, a nawet prawa. Można kogoś zawieźć do Lourdes i pokazać dokumentację cudownych uzdrowień, ale jeśli nie będzie miał wiary, nie dostrzeże żadnego cudu. (G. Ryś).

Takie wewnętrzne rozumienie cudów, oparte na świadectwie Ducha Świętego w protestantyzmie popularne było już za sprawą F. Schleiermachera. Być może więc taumatologia jest tym polem, na którym najłatwiej i najowocniej nawiązać dialog ekumeniczny? Tym bardziej, że od myśli protestanckiej nie odbiegają daleko sformułowania Katechizmu Kościoła Katolickiego: Cuda Chrystusa i świętych, proroctwa, rozwój i świętość Kościoła, jego płodność i trwałość są pewnymi znakami Objawienia, dostosowanymi do umysłowości wszystkich, są racjami wiarygodności, które pokazują, że przyzwolenie wiary żadną miarą nie jest ślepym dążeniem ducha (156). Cuda zatem są znakami Objawienia, racjami wiarygodności, a nie dowodami, i przyjmuje się je wiarą.

Zaszkodzić cudowi

Cudowi łatwo było zaszkodzić. Przyczyniła się do tego zarówno – paradoksalnie – katolicka apologetyka kontrreformacyjna oraz oświeceniowy racjonalizm.
W czasach kontrreformacji cud, związany zazwyczaj z jakimś cudownym miejscem, wizerunkiem, stał się narzędziem propagandy religijnej. Największą czcią cieszyły się więc te wizerunki, które nie pozwoliły się zniszczyć heretykom lub po prostu bezbożnikom, a nosiły ślady tych zamachów. Nie potrzeba szukać daleko, dość wspomnieć Jasną Górę i obraz Czarnej Madonny, który w 1430 r. pocięty został przez rabusiów. Kroniki głoszą że niemal wszyscy, którzy się tym czynem świętokradzkim pokalali, w ciągu tegoż samego roku zginęli pod mieczem morderczym. Temu właśnie cudownemu wizerunkowi przypisywana była moc, która uchroniła sanktuarium przez najazdem innowierczych Szwedów w 1655 r.

Od XVII w. można też obserwować wzrost popularności prywatnych wizerunków – obrazów, figur – które płaczą lub krwawią, albo nakazują zbudować dla siebie kaplicę, kościół. Początkowo wszystko odbywało się pod kontrolą biskupa, w XVIII w. kontrola ta wyraźnie osłabła, a cuda już niewiele wspólnego miały z koncepcją Augustyna, czy nawet Tomasza z Akwinu. Obliczone były raczej na sensację i na swój sposób skomercjalizowane. Trudno się więc dziwić, że z czasem zaczęły budzić raczej powątpiewanie niż wiarę.

Wiara w cuda przybladła też w wieku Oświecenia, kiedy wiele „cudów” można było racjonalnie wytłumaczyć, a wciąż obowiązywało scholastyczne, Tomaszowe rozumienie cudu jako zjawiska zewnętrznego, nadprzyrodzonego. Kolejny wstrząs dotknął taumatologię w wieku XIX, kiedy rozpowszechniły się krytyczno-historyczne metody interpretacji Biblii i wiele nadzwyczajnych zjawisk opisanych zwłaszcza w Starym Testamencie przestało nosić znamiona cudowności. Można je było wytłumaczyć nie tylko racjonalnie i naturalnie, ale też religiologicznie wskazując na istnienie podobnych cudów w innych religiach.
Wydawało by się, że największy kryzys wiary w cuda przypadł na początek XX wieku, kiedy na horyzoncie pojawił się R. Bultmann ze swoimi postulatami demitologizacji Nowego Testamentu. Jednak nic bardziej mylnego.

Cudowna demitologizacja

Odmitologizowanie cudów opisanych w ewangeliach i Dziejach Apostolskich, zastosowanie przy ich analizie metod historyczno-krytycznych (Formgeschichte), metody historii redakcji (Redaktionsgeschichte) oraz współczesnych synchronicznych metod egzegetycznych sprawiło, że ponownie zaczęto cud postrzegać w kategoriach wewnętrznych, subiektywnych, egzystencjalnych, a nie dowodowych. Ponownie dostrzeżono w nim znak, który można odczytać wyłącznie w kontekście wiary. Oznacza to rezygnację ze średniowiecznego scholastycznego myślenia o cudzie jako elemencie wiarotwórczym. Gdyby cuda były dowodami, to byłoby czymś nieszlachetnym ze strony Boga wykorzystywać naszą niewiedzę, by dokonać takich czynów – pisze E. Charpentier – Jeśli jednak coś jest znakiem, to nie jest ważne, na czym ten znak się opiera. W znaku bowiem chodzi o orędzie, pouczenie niż o naturę cudownego faktu.

W środowiskach katolickich zaczęły pojawiać się najpierw definicje „kompromisowe”, próbujące łączyć niezwykłość ze znakiem: Cud to zachodzące w przyrodzie i umieszczone w kontekście religijnym niezwykłe zdarzenie, które wyciągnięte za sprawą Boskiej interwencji poza granice działania praw naturalnych stanowi znak łaski skierowany do człowieka przez Stwórcę (E. Dhanis), z czasem jednak zupełnie zrezygnowano z podkreślania elementu nadprzyrodzoności: Cud jest to nadzwyczajne wydarzenie o charakterze religijnym, które w porządku kosmicznym (człowiek i świat) jest wyrazem specjalnego i bezinteresownego działania Boga mocy i miłości, który kieruje do ludzi znak, zwiastujący obecność w świecie Słowa zbawienia. (R. Latourelle)

Jeśli więc rozpatrywać cud w kontekście znaku i wiary, jako wydarzenie wewnętrzne i subiektywne to chips z wizerunkiem Chrystusa i tost z wizerunkiem Marii nie musi wzbudzać ani śmiechu, ani ironii, ani sceptycyzmu. Być może Rosalie Lawson i Diana Duyser odczytały ten znak jako szczególną łaskę Boga. Jeśli zaskoczenie, szok, zdziwienie było czynnikiem który dodatkowo pobudził ich wiarę, jeśli dokonała się jakaś przemiana, a może nawet zaowocowało to jakimiś działaniami praktycznymi, to nic nie stoi na przeszkodzie, aby uznać te wydarzenia za cuda. Z tym, że nikt inny poza beneficjentkami nie musi w to wierzyć*.

Kalina Wojciechowska

*Choć już fakt sprzedaży cudownego tosta na aukcji e-bay i to za wcale niebagatelną sumę kilkunastu tysięcy $ jest relatywny.