Zamek Świecie, fot. archiwum autory

Planując naszą tegoroczną wyprawę zamkową, ulegliśmy modzie na sporty ekstremalne. Zabraliśmy teściową. A także nad wyraz ruchliwego trzylatka i kilkadziesiąt mniejszych lub większych pakunków.

Zwiedzanie pozostałości starych zamków,
to czerpanie radości z oglądania ruin starszych
i większych od siebie.

Zapakowawszy świeżo wyremontowanego czterokołowca, wyruszyliśmy skoro świt w daleką, bądź co bądź sześćsetkilometrową trasę, obierając kurs na południowy zachód, czyli w Pogórze Sudeckie. Dla niewtajemniczonych wyjaśnię tylko, że znajduje się ono pomiędzy Zgorzelcem, Świeradowem i Lwówkiem Śląskim.

Naszą bazą wypadową był ośrodek w Złotym Potoku, położony nad samym Jeziorem Złotnickim. Domki, pamiętające czasy wczesnego Gierka, reklamowane jako komfortowe, wzbudziły w nas mieszane uczucia, ale biorąc pod uwagę cenę oraz założywszy, że to modna tak ostatnimi czasy stylizacja na późne lata sześćdziesiąte, oddaliśmy się radości przebywania w głuszy leśnej.

Zaplanowana trasa zamkowa obejmowała cztery zamki, nazywane ze względu na położenie – nad rzeką Kwisą – Zamkami Okręgu Kwiskiego. Warownie te miały na celu ochronę zachodniej granicy księstwa świdnicko-jaworskiego. Plemię Staropolan, jak wiadomo, było narodem zaczepnym, walecznym i niespokojnym, tak więc ochrona przed czeskim i niemieckim najeźdźcą była niezbędna. Cztery zamki tworzyły Okręg Kwisy: Gryf, Świecie, Czocha oraz Rajsko.

Naszą wędrówkę zaczęliśmy od Zamku Gryf.

Zamek Gryf był największym i najokazalszym zamkiem na Pogórzu Izerskim. Widać to nawet dzisiaj po wielkości murów, które pozostały. Ogromne!
Niektóre ze źródeł podają, że powstanie warowni to zasługa Bolesława Chrobrego, inne wskazują na Bolesława Krzywoustego lub jego syna. Jednoznacznie jednak typują polskich Piastów.
Jednym z pierwszych właścicieli Zamku był niejaki Peczko z Dupina (swoją drogą bardzo interesujące miejsce pochodzenia). Kolejni panowie na zamku to członkowie rodu von Schaffgotsch, którym to Gryf zawdzięczał największy rozkwit, oraz kolejno wojska szwedzkie i pruskie, którym zdecydowanie mniej zawdzięczał. Niestety, twierdzę spotkał marny koniec. Rozebrano mury, aby uzyskać budulec na usytuowany u stóp wzgórza zamkowego folwark. Zresztą, ceglane zabudowania, znajdujące się u stóp wzgórza, mocno rażą w oczy.
Wejście na teren ruin napawało nas dużą dozą niepewności. Na pierwszym napotkanym drzewie wisiała mocno sfatygowana tabliczka z napisem: „Własność prywatna – wstęp wzbroniony”. Oczywiście weszliśmy.

Chodzenie po murach zamku Gryf to sama radość. Mnóstwo schodków, schodeczków, piwnic, korytarzyków i wież. Obecności duchów ani zjaw na zamku nie zarejestrowaliśmy. Pomijam oczywiście szeroko rozumianą zjawiskowość najlepszej z teściowych. Również skarbów nie udało nam się odnaleźć. Myślę, że to wynik braków sprzętowych.
Jedyną żywą duszą, jaką udało nam się napotkać na tym dość rozległym terenie, był ogromnych rozmiarów wąż (dusiciel chyba!), który, jak później mnie poinformowano, okazał się zaskrońcem. Przed wydaniem z siebie histerycznego wrzasku powstrzymała mnie jedynie obawa, że ponad siedemsetletni budulec na skutek wzmożonej liczby decybeli może się po prostu posypać.
Do dziś zachowały się fragmenty trzech baszt, bram i pomieszczeń mieszkalnych oraz okna! Interesujące wyłomy w murze, przez które można podziwiać fantastyczny widok na położone nieopodal Karkonosze.

Zamek Świecie, fot. z archiwum autory

Zamek Świecie

Kolejny zamek okręgu Kwisy to, położony kilkanaście kilometrów dalej na południowy zachód,  Zamek Świecie . Czesi nazywają go „Sweta”. Zbudował go prawdopodobnie zięć Władysława Łokietka, książę świdnicki Bernard. Zamek znaleźć nietrudno. Po prostu stoi sobie tam, gdzie szosa biec powinna. A szosa, zamiast biec prosto, robi zakole.

Na tym zamku również wisiała tablica informująca o własności prywatnej i o tym, aby własności tej nie nachodzić bez zezwolenia. Po wejściu na teren okazało się, ku wielkiemu naszemu zdziwieniu, że właściciel jest, żywy, obecny ciałem i duchem, młody wiekiem i całkiem nieprzeciętnej urody. Co więcej, chce nam o swoich włościach opowiedzieć. Niewiele dane nam było usłyszeć. Uwagę naszą w dużym stopniu skupiała pojawiająca się w coraz to w innym wyłomie lub dziurze głowa naszego syna, a parę sekund później twarz ukochanej teściowej z obłędem w oczach i rozwianym włosem, próbującą dokonać pacyfikacji swego jedynego wnuka.

Wnętrze zamku to obecnie plac budowy. Właściciele podjęli się odbudowy warowni, chcąc stworzyć na jej terenie muzeum oraz karczmę. Piękny to zamysł, tylko żal trochę, że znikną na zawsze tak fantastyczne ruiny. Na szczęście pozostanie nam pamiątka w postaci zdjęcia teściowej w tym pięknym miejscu, z podpisem: „Stara ruina”.

Zamek Czocha

Zamku Czocha zachwalać nie trzeba. Kto był, ten wie, kto nie był, powinien pojechać jak najprędzej. Kamień węgielny tej warowni wbudowany został prawdopodobnie w XIII wieku. Wskutek przebudowy po wojnach husyckich (i znowu ci Husyci!) zyskał renesansowy charakter, co jednak nie zmieniło faktu, że funkcjonował jako warowna twierdza. Ha! Nawet fosę zrobiono i most zwodzony, a że woda nigdy fosą nie popłynęła….? Cóż, nie czepiajmy się szczegółów!
Ciekawą i nader niespotykaną rzeczą jest fakt, że Zamek przetrwał właściwie w nienaruszonym stanie całą drugą wojnę światową! Niestety po wojnie znalazł się na terenie Ziem Odzyskanych i, jak należy przypuszczać, w wyniku działań „odzyskiwawczych” pod koniec lat czterdziestych ostały się z zamku jeno mury. Jednakże i tu kolejna ciekawostka z najnowszej historii. Dzięki prężnej działalności władzy ludowej, której decyzją utworzono w zamku Wojskowy Dom Wypoczynkowy, część wyposażenia odzyskano. Wnętrza zamku wykorzystano także do filmu Gdzie jest generał, o czym każdorazowo przypomina przewodnik, oprowadzający po wnętrzach zamkowych.

Dzisiaj Czochę można zwiedzać pod opieką przewodnika. Niestety, dla takich zamkomaniaków jak my stanowi to straszną katorgę, bo skazani jesteśmy na zwiedzanie w większej grupie oraz na słuchanie opowieści „oprowadzacza”, którego wiedza nierzadko jest za mała, by zaspokoić wszelkie dociekliwe pytania zaprawionego maniaka zamków.
Dużą część zamku zajmuje hotel. I tutaj mała dygresja: w ofercie hotelowej wyjątkową atrakcją jest pokój dla nowożeńców, w którym Kubeł zamkowy, fot. z archiwum autoryznajduje się oryginalne ponad dwustuletnie łóżko z zapadnią (!). I skąd ta teoria, że to współcześnie szerzą się różne oryginalne praktyki seksualne…?

Podczas naszej wycieczki zamek opanowany został przez dzieci uczestniczące w Szkole Magii Harry’ego Pottera. Dużo czasu zajęło później wytłumaczenie mojemu trzyletniemu synowi, że Harry Potter nigdy w Zamku Czocha nie mieszkał, jak również nie brał udziału w wyprawach rycerskich. Równie trudno było wyjaśnić malcowi, że kubła na śmieci z napisem „Zamek Czocha” nie zamieszkują krasnoludki i że nie stanowi on elementu zamkowej architektury.

Pisząc o Zamku Czocha należałoby wspomnieć o studni niewiernych żon, ale skoro studnia pusta, to i ja wody lać nie będę, bo i temat śliski, i głębokość studni duża.
Po przyjemnościach duchowych głód zażegnać można w Zamkowej Restauracji, a żarełko tam mają pyszne, oj pyszne!

Zamek Rajsko

Z Czochy pozostał nam już tak zwany „rzut beretem” do ostatniej z Warowni Kwiskich – Zamku Rajsko. Ze wszystkich wymienionych obiektów miał on najmniej obronny charakter, za to teraz stanowi wyjątkowo romantyczne miejsce. Na zwiedzanie tej fantastycznej ruinki wybraliśmy się z moim własnym osobistym małżonkiem zupełnie sami, zostawiając dziecię, teściową i resztę wyposażenia w miejscu naszego wakacyjnego pobytu, czyli nad jeziorem.

Zamek, a właściwie ruiny zamku, znajdują się wśród lasów porastających prawy brzeg Kwisy nieopodal Leśnej i trochę bardziej opodal Gryfowa Śląskiego. Dla bardziej zainteresowanych dodam, że aby tam dotrzeć, trzeba kierować się na trasę z Leśnej na Gryfów Śląski, z północnej strony Jeziora Leśniańskiego. Mniej więcej w połowie drogi znajdują się zabudowania gospodarcze, położone kilka metrów poniżej szosy (ot, ciekawostka!), a obok boczny trakt wyłożony płytami – tam skręcić należy, chcąc zobaczyć te niezwykłe ruiny.
A dalej to już każdy samochód terenowy, posiadający napęd na cztery koła i wysokie zawieszenie, dotrze. Trafić do Rajska jest dosyć trudno. My korzystaliśmy z pomocy przesympatycznej pani sklepowej, która udzieliła nam odpowiednich wskazówek.
Cóż urzekającego jest w tej ruinie, że warto dokonywać karkołomnych wyczynów, aby się do nich dostać? Może to, że są ponad siedemsetletnie, a może dlatego, że mają tajemniczy i romantyczny charakter? A może to, że jeden z kolejnych właścicieli zamku nadał gotyckiej budowli neogotycki charakter, wkomponowując w średniowieczne ruiny dość oryginalne portale? Muszę przyznać, że miejsce jest tak pełne romantyzmu, że nawet widok własnego osobistego męża, pijącego kefir i zajadającego kiełbasę śląską, budzi jakieś romantyczne uczucia.

Zamek Rajsko, brama; fot. archiwum autory

Do dnia dzisiejszego zachowała się brama wjazdowa oraz wieża mieszkalna. Wieża liczy sobie kilkanaście metrów i można się na nią wspiąć po schodkach. Jeżeli lęk wysokości nie przyprawi zwiedzającego o zawrót głowy, to na pewno uczyni to powalający widok na jezioro oraz leżący po przeciwnym jego brzegu Zamek Czocha. Chciałoby się słowami opisać, jak niesamowity widok rozpościera się z wieży zamkowej, ale cytując Czechów: „to se ne da”.
Również tutaj nie zaobserwowaliśmy żadnych zjawisk nadprzyrodzonych w postaci duchów. Jedyne widmo, które nas nawiedziło, to widmo głodu z powodu spóźnienia na kolację. Ot, i po romantyzmie.

Długość opisanej powyżej trasy to około 50 km, śmiało można ją pokonać na rowerach (motorach!), bo okolica sprzyja jednośladom. My przemieszczaliśmy się samochodem, ze względu na skład osobowy – wymieniona wyżej teściowa oraz dziecko.

Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko dodać na koniec, że zwiedzanie zamków, zwłaszcza tych, z których zostały już tylko resztki murów, ma w sobie jakąś trudną do opisania magię. Jedyne, co odrobinę ją psuje, to stosy śmieci pozostawione pośród gruzów oraz napisy w stylu „Tu byłem. Wojtek z Opola”…

Zdjęcia z archiwum autory