Z Poradnika dla Frequent Flyers, właśnie pisanego przeze mnie dla Star Alliance, rozdział Na wypadek turbulencji. Punkt pierwszy – „nieważne, czy masz zapięte pasy bezpieczeństwa. Przede wszystkim nie zrób z siebie idioty”!

Szkoda, że sama nie przeczytałam poradnika, wsiadając do samolotu powrotnego do Toronto – tak głupio zmarnować naprawdę pierwszorzędną turbulencję! Właściwie turbulencja była nawet gorsza w pierwszą stronę, ale że wtedy obok mnie siedział emerytowany sumo wrestler, jedyne wspomnienie jakie po niej noszę, to strach. Tymczasem lot, który opiszę, mógłby posłużyć za opowiastkę dla wnuków…

Na lotnisku w Hamburgu, czekając na boarding, przyglądałam się wysokiemu gościowi w kolejce i chociaż nigdy nie byłam w stanie definitywnie zdefiniować mojego typu męskiej urody, to patrząc na niego stwierdziłam, że to właśnie jest definitywnie mój typ.

Po chwili przedzierałam się przez gąszcz łokci, kolan, wrzeszczących niemowlaków i spadającego bagażu podręcznego (czemu podręczny, skoro spada na łeb?) w poszukiwaniu 32G. Przekonana, że nawet jeśli uda mi się uniknąć miejsca stojącego, to i tak wyląduję obok sapiącego osobnika ze znaczną nadwagą (oczywiście, ja po wewnętrznej stronie), który, po krótkiej rozmowie o pogodzie, zaprezentuje współpasażerom górne podniebienie, a ja przez cały lot oka nie zmrużę, zastanawiając się w panice, czy ten pan przechodzi właśnie zmasowany atak serca, czy też po prostu tak chrapie. A o sikaniu, oczywiście, mogę na czas lotu zapomnieć!

Tymczasem – voila! miejsce 32F – dwumetrowy szatyn z lotniska w Hamburgu. Pomyślałam – to nie jest mój samolot! Gdzie jest mój astmatyczny staruszek z nadwagą, który zawsze, ale to zawsze siedzi obok mnie? Co tu dużo mówić – wiedziałam, że ja w tej długiej podróży już nie zasnę – ze strachu, że to JA zacznę chrapać (przy TAKIM TYPIE). Może jednak powinnam była walnąć sobie coś na spanie, bo uchroniłoby mnie to od zrobienia z siebie kompletnego idioty.

TYP okazał się Litwinem, mieszkającym w Kanadzie, bardzo rozmownym, z podobnymi poglądami na emigracje, feminizm i rośliny doniczkowe. Przyznam, że niedługo po starcie zaczęłam mieć przewrotne myśli:… a co pan powie na maleńką turbulencję?… itp. (wiedziałam już, że turbulencja będzie, i to duża – zaanonsowana przez kapitana przez rurę od odkurzacza).
Rozparłam się w fotelu, odchyliłam oparcie do tyłu i z wyuzdanym uśmiechem na twarzy oddałam się lekturze Dużego Formatu, czekając na rozwój wypadków.

W ŚWIECIE IDEALNYM samolot delikatnie zakołysałby się, ja bym interesująco pobladła, wsunęłabym osłabłą ze strachu delikatną dłoń w mocna prawicę dzielnego potomka Longinusa. Może nawet omdlałabym w jego ramionach (podniósłszy uprzednio dzielące nas oparcie). On cuciłby mnie… ach.
Ale, że los musiał się na mnie zemścić za to, że astmatyczny staruszek nie zdążył na odprawę, to: samolotem rzuciło 40 metrów w dół, ja zzieleniałam,  poczułam, że zaraz ze strachu zwymiotuję. Jedną ręką chwyciłam się plastikowego stoliczka (by uchronić się przed upadkiem w czarna dziurę chyba) druga zaś żelaznym uchwytem wbiłam w przedramię Longinusa (!!!).
Kiedy oprzytomniałam, z malachitowej zieleni przeszłam w głęboki cynober (patrz felieton mego autorstwa), nie było jak wyjść bo… turbulencja, i oczywiście ja po wewnętrznej stronie. Longinus zachował się jednak jak najbardziej rycersko, przy kolejnym spadku w czarną dziurę bohatersko zaoferował podtrzymujące ramię. Nie skorzystałam, ale już do końca lotu nie odzyskałam godności dzielnych sienkiewiczowskich Laszek. Jeszcze coś próbowałam sztukować o prababkach ze słabym sercem, ale moc mego uścisku wyraźnie nie wskazywała na anemiczną prababkę z dworku w Arystokratowie.

Jedyne, co przytomnie uczyniłam po wylądowaniu, to uścisnęłam mu prawicę ze słowami: Pozwól, że ci się przedstawię, żebyś mógł powiedzieć żonie, kto ci tej nocy siniaków narobił.
Zabrakło mi natomiast przytomności (słyszę chichot astmatycznego staruszka) żeby:
1. Umówić się na leczenie dawno złamanej i zrośniętej stopy (pan jest ortopedą).
2. Zaoferować usługi w multimediach, wręczając przy okazji wizytówkę.

No cóż, nie jest to jednak świat idealny.

 

Animacja: spinelli/pinezka.pl

Przeczytaj też o innych przygodach spinelli w samolocie