Typowy szkocki widoczek

Od paru lat umawiałyśmy się z moją przyjaciółką na babską wyprawę, która miała być odgrzaniem starych, licealnych tradycji. Po dokładnych obliczeniach wyszło nam, że ostatnia odbyła się 12 lat temu (to niemożliwe, ludzie tak długo nie żyją!), więc zmobilizowałyśmy się ostro i postanowiłyśmy spełnić marzenie życia – zwiedzić Szkocję. Pomyślnie się złożyło, że przyjaciółka obecnie pracuje w Londynie, więc przynajmniej jedna z nas miała blisko.

Gdy usiłowałam przygotować się merytorycznie do tej wyprawy, najbardziej zapadło mi w pamięć zdanie jednego fotografa, który nieco zdegustowany opowiadał, że zrobienie ładnych zdjęć w Szkocji to czatowanie przez parę lat w deszczu na pięć minut słońca. Lekko mnie to zaniepokoiło, ale uznałam, że dramatyzuje, jak to artysta. Poza tym, jedziemy w końcu w sierpniu, w lecie nie może ciągle padać.
I miałam rację – w Szkocji wcale ciągle nie pada. W Szkocji siąpi, mży, kropi, czasem leje, ale nie tak banalnie pada! Po tygodniu rozpoznawałyśmy różne odmiany deszczu i nawet zaczynałyśmy się przyzwyczajać do ciągłego uczucia przemoknięcia.

Postanowiłyśmy obejrzeć jak najwięcej w jeden tydzień, niestety tylko nim dysponowałyśmy, a jako że obie nie posiadamy prawa jazdy, zdane byłyśmy na środki masowego transportu. Zaliczyłyśmy chyba każdy możliwy: samolot, pociąg i autobus, oprócz tajemniczego Royal Mail Bus, o którym słyszałyśmy, że istnieje, ale ciężko było go znaleźć. Są to pojazdy poczty królewskiej, które docierają ponoć do najdalszych zakątków kraju, dokąd nie jeździ już kompletnie nic, i za opłatą zabierają pasażerów.
Ze środków nam dostępnych, najtańszy był samolot z Londynu do Glasgow – co za paradoks. Może to specyfika Wielkiej Brytanii, ale pociągi są u nich skandalicznie drogie oraz skandalicznie długo zabiera im dotarcie do celu. Autobusy są tylko nieco tańsze, ale za to o wiele wolniej pokonują tę samą trasę. Miałyśmy więc parę wpadek – na przykład nie obejrzałyśmy Glasgow, czego bardzo żałujemy, gdyż autobus do miejsca kolejnego naszego noclegu odchodził albo za pięć minut, albo późnym wieczorem…
Taki był już potem cały motyw przewodni naszej podróży – zwiedzałyśmy miejsca, do których udało nam się dojechać.

Z nieznanych mi powodów, Glasgow ma u nas opinię miasta przemysłowego, brzydkiego i szarego. Nic bardziej mylnego – oczywiście jest tam słynny port i stocznia, ale to żywa, prężna metropolia, która nie dość, że ma przepiękne budynki nowoczesne, to jej dumą i chwałą są dzieła genialnego architekta o nazwisku Charles Rennie Mackintosh. Tworzył on na przełomie XIX i XX wieku, nadając nowe znaczenie określeniu Art Deco. W ogromnie oryginalny sposób zajmował się nie tylko architekturą, ale i dizajnem, malarstwem, wystrojem wnętrz – człowiek omnibus.
Bardzo polecam oficjalną stronę  Stowarzyszenia Charles’a Rennie Mackintosha – myślę, że warto tam zajrzeć.

Widok z wyspy Mull    Jednak nas gnała dalej chęć obejrzenia żywej przyrody, postawienia nogi na zielonych wzgórzach, po których biegał Braveheart i tego typu romantyczne ciągoty. Wsiadłyśmy więc w autobus i udałyśmy się do ślicznego, nadmorskiego miasteczka Oban, słynącego z wybornej whisky. Sprawdzone – jest faktycznie przednia. Uratowała mnie zresztą przed poważnym przeziębieniem, a w każdym razie tej wersji będę się trzymać.

Z Oban wybrałyśmy się promem na wyspę Mull, gdzie spędziłyśmy noc w miasteczku o wdzięcznej nazwie Creaganiubhair, lub w uproszczonej wersji dla głupich Anglików – Craignure. Sama przeprawa promem dostarczyła nam tak wysublimowanych wrażeń estetycznych, że chyba tylko zdjęcia będą w stanie je oddać.

Iona-widok z morza

Główną atrakcją była jednak dla nas wyspa Iona, na której znajdowało się słynne opactwo św. Kolumba, cel pielgrzymek już 1400 lat temu. Tutaj kładziono na spoczynek królów Szkocji. Teraz jest nieco zrujnowane, lecz nadal stanowi dużą atrakcję. Nam bardziej jednak chodziło o poczucie atmosfery prawdziwej, maleńkiej wyspy, na której mieszka może 100 osób, pasą się owce, a mężczyźni łowią ryby…

Z daleka sprawia ona wrażenie bardzo nastrojowej, jednak urok częściowo pryska, gdy wkroczy się między tłumy turystów. Dowiedziałyśmy się za to, jak się posługuje telefonem komórkowym na szkockich wyspach, oraz jak naprawdę wygląda przebieżka po zielonych pagórkach. W momencie, w którym musiałyśmy potwierdzić rezerwację kolejnego noclegu w schronisku, znikł nam wszelki zasięg. Zasięgnęłyśmy zatem języka i okazało się, że nigdzie w pobliżu nie ma telefonu stacjonarnego, a jedyna budka kiedyś działała, ale się zepsuła. Gdy spytałyśmy, co mamy w takim razie zrobić, zagadnięta pani poradziła nam wejść na najbliższy pagórek i poskakać, to może się coś złapie.
Gdyby nie to, że była dość nobliwie wyglądającą osobą, byłabym przekonana, że robi sobie niewybredne dowcipy z głupich turystek. Jednak nie, okazało się, że miała rację, tyle że zasięg pojawiał się i znikał, więc ustalenie jakichkolwiek szczegółów nie było możliwe. Pomijam już fakt, że parę osób miało chyba niezły ubaw z widoku człowieka stojącego na śliskiej skałce, usiłującego rozmawiać przez telefon trzymany w wyciągniętej w niebo ręce.

Nieco przygnębione zaczęłyśmy schodzić i zwróciłyśmy uwagę na to, po czym idziemy. Otóż soczyście zielone pagórki wyglądają tak apetycznie, gdyż są dosłownie przesiąknięte wodą. Przy mocniejszym stąpnięciu tryskają spod nóg fontanny. Oprócz tego, są gęsto pokryte owczymi bobkami w różnym stadium rozkładu i całość daje efekt raczej nieapetyczny. Wszystkie bitwy Szkotów z Anglikami musiały przypominać raczej taplanie się w błocie niż heroiczne starcia, opiewane przez dzisiejszy Hollywood.

Loch Ness-widok z góry    Aby w pełni docenić zalety tego zakątka ziemi, udałyśmy się również nad Loch Ness, a dokładniej do Fort Augustus, uroczej mieściny, przypominającej trochę nasze górskie kurorty. Tyle, że znajduje się ona na początku kanału Kaledońskiego, czyli nastawiona jest na turystów na łodziach. Ruszyłyśmy na szlak wzdłuż brzegów jeziora, żeby napaść oczy widokami z góry, i po raz kolejny wpadłyśmy w głębokie bagno. Wszystkie ścieżki nie pokryte grubo asfaltem, zmieniły się w żwawe strumyczki, więc znowu wycieczka przypominała raczej walkę w błocie, zamiast przyjemnego spacerku. Gdy pod koniec na chwilę błysnęło słońce, byłyśmy wniebowzięte. Widok z góry na jezioro, otoczone zielonymi lasami, z cudnymi, kamiennymi domkami był doprawdy sielankowy.

Z przyjemnością donoszę, że znalazłyśmy za to potwora z Loch Ness! Spał z nami w jednym pokoju w schronisku, miał około 120 kilo wagi i przysięgłabym, że nosił imię Brunhilda. Całą noc chrapał jak drwal po ciężkim przepiciu. Ot, zalety spania w schroniskach młodzieżowych. Jest fajnie i wesoło, ale wyspać to się w nich raczej nie da.

Przy okazji rozpracowałyśmy zadziwiający system grzania wody w łazienkach w Szkocji. Normalny człowiek, gdy chce wziąć prysznic, rozbiera się, puszcza wodę i spodziewa się, że będzie ciepła. Gdy leci mu na głowę lodowata, trochę się denerwuje i zaczyna na oślep naciskać wszystkie guziczki, a efekty nie zawsze są najlepsze. Częsty jest widok sinego człowieka w ręczniku, pytającego recepcjonistki z rozpaczą w oczach, jak się robi ciepłą wodę. A rozwiązanie jest takie proste: mają tam wszędzie mini boilery, które są włączane sznureczkiem, z reguły umieszczonym PRZED drzwiami łazienki… Doprawdy, znam gry komputerowe, które są łatwiejsze do rozwikłania niż ten szatański pomysł!

Słynne kalosze    Pogoda, mimo kuracji wyborną whisky, dała nam się jednak we znaki i w Inverness okazało się, że buty mojej przyjaciółki zaczynają gnić. W przebłysku geniuszu kupiła bardzo porządne kalosze i resztę wycieczki twardo w nich chodziła, uzupełniając image o dwa warkoczyki. Budziła wiele ciepłych uśmiechów.

Samo Inverness jest miastem mało ciekawym. Ma jedną ładną ulicę, która została oszpecona przez lata 70-te i wybudowany w tym okresie betonowy bunkier. Jest to miejscowy dom handlowy, ale naprawdę socrealistycznej urody. Mają za to piękne mosty na rzece Ness: kamienne, rzeźbione i urocze. Nie umywają się do praskiego mostu św. Karola, ale mają swój klimat.

Do Aberdeen udałyśmy się pociągiem i podziwiałyśmy przecudowne szkockie wybrzeże, bo… uwaga, uwaga… cały dzień świeciło słońce! Naszym celem był zamek Dunnottar, leżący pod Aberdeen w miejscowości Stonehaven. Pokonałyśmy piechotą parę mil przez zielone klify, pastwiska, zboża i wrzosowiska – w pełnym słońcu! – widok zrujnowanego zamku na urwisku jest niezapomniany i bardzo dramatyczny.
Dunnotar Castle
Zbudowany w XIV wieku, był kiedyś twierdzą obronną, zdobywaną często przez Anglików. Najbardziej imponująca historia wiąże się z rokiem 1650, kiedy to syn ściętego króla Karola I ukrył tam szkockie klejnoty koronne – koronę, berło i miecz – które Cromwell bardzo chciał zniszczyć, jako symbole znienawidzonej królewskiej władzy. Zamek był oblegany przez jego armię przez osiem miesięcy, a broniła go garstka 70 żołnierzy. Gdy zaczęto rozważać kapitulację, regalia zostały opuszczone na sznurze z murów obronnych prosto w fale morza, gdzie przejęła je rybaczka, udająca, że zbiera wodorosty. Następnie klejnoty koronne spędziły jedenaście lat w kościele w wiosce Kinneff, przez jakiś czas pod łóżkiem pastora. Tyle legenda. Dzieje zamku są na tyle burzliwe, że powinien być on masowo nawiedzany przez duchy: ginęło tu wielu żołnierzy, więźniów, zarówno kobiet jak i mężczyzn. W 1715 roku przeszedł w ręce państwa, czyli króla i powoli popadał w ruinę, którą można oglądać dzisiaj.

Naszym kolejnym przystankiem był już Edynburg, w którym odbywał się akurat festiwal teatralny – na ulicach kłębiły się tłumy oraz rozgrywały sceny niesamowite, śmieszne i po prostu głupie, a elf z całym wyposażeniem (tj. skrzydłami w kolorach tęczy i powiewającymi tiulami), wchodzący do kawiarni i zamawiający cappucino na wynos, jakoś nikogo nie dziwił. Z tego powodu, moja przyjaciółka w zielonych kaloszach była chyba czasem brana za część jakiegoś widowiska. Szkoda, że nie zrobiłyśmy na tym żadnych pieniędzy.Edynburg o zachodzie słońca

W Edynburgu należy spędzić przynajmniej tydzień, żeby docenić jedną dziesiątą zabytków tego miasta. Skoro miałyśmy tylko dzień, wspięłyśmy się na najwyższą górę w okolicy i podziwiałyśmy przepiękny zachód słońca nad kolejnym szkockim zamkiem. Po tygodniu moknięcia i marznięcia, miałyśmy serdecznie dość. Organizm zaczął nam stawiać opór, a marzenie o gorącej wannie i suchej, czystej pościeli pchało nas silnie w stronę Londynu.

Ogólnie muszę powiedzieć, że schroniska młodzieżowe w Szkocji są na bardzo wysokim poziomie. Za około 15 funtów dostaje się prześcieradło i miejsce na 6-8 osobowej sali. Łazienki i kuchnie zawsze były nieskazitelnie czyste, a gdy raz spałyśmy w kwaterze prywatnej – tzw. B&B (bed and breakfast) – nie widziałyśmy specjalnej różnicy w standardzie.
Ludzie, z którymi się spotykałyśmy, byli ogromnie mili, kontaktowi i z reguły zabawni. W pubach spotykałyśmy czasem panów odzianych w tradycyjny kocyk, o przepraszam, kilt, którzy zajmowali się akurat zabawianiem grup turystów, ale wyglądali bardzo stylowo. Wiemy już na pewno, że trzeba będzie tu wrócić, najlepiej samochodem, bo inaczej nie dotrze się do najpiękniejszych i najciekawszych miejsc.

Tę wyprawę traktujemy jako rekonesans – a wnioski są jednoznaczne: Szkocja jest jednym z piękniejszych miejsc na ziemi. Pod warunkiem, że się ma dobrą kurtkę od deszczu i kalosze. Whisky można kupić na miejscu.

Anna Parzych


Zdjęcia: archiwum własne autorki