ilustr. Anna Fudyma

13 stycznia 2001 roku. Trzęsienie ziemi w San Salwador.
Kiedy dojechałem do granicy z Salwadorem, było już prawie ciemno. Na szczęście wjazd do Salwadoru był otwarty. Piszę na szczęście, bo przed kilkoma godzinami Salwador nawiedziło trzęsienie ziemi. Granica była na przemian to zamykana, to znowu otwierana.

Zaraz za granicą kilku niezbyt sympatycznie wyglądających osobników proponuje mi wymianę dolarów. Grzecznie odmawiam, bo w Salwadorze od stycznia 2001 obowiązuje amerykański dolar, zatem propozycja wymiany była zwyczajną próbą oszustwa.
Na granicy kompletnie pusto, nie ma żadnych ciężarówek, samochodów, nic. Nic, z wyjątkiem jedynego pustego autobusu, którego kierowca właśnie zapala silnik. Coś mi mówi, że może to być moja jedyna nadzieja wydostania się stąd. Podbiegam do autobusu.
„Dokąd jedziesz?”.
„San Salwador, muszę odstawić samochód do bazy, bo wszystkie połączenia są odwołane”.
„Zabierz mnie ze sobą” – niemal proszę.
„Nie ma sprawy, ale będziemy jechać może nawet całą noc, gdyż droga jest częściowo zniszczona przez trzęsienie. Musimy jechać objazdami” mówi.

Czuję, jak doznaję uczucia ulgi. Kierowca nie chciał ode mnie żadnych pieniędzy za przejazd, więc kupuję kilka butelek gwatemalskiego piwa Gallo na drogę, dla siebie i dla niego. Gdy wsiadłem do autobusu, okazało się, że jedzie z nami jeszcze jedna osoba. Dziewczyna, coś około 28 lat. Jak zobaczyła mnie umorusanego błotem, wsiadającego z moim wielkim plecakiem i dzwoniącego butelkami piwa w trzech plastikowych torebkach, wyglądała na mocno przestraszoną.

Radio cały czas nadaje komunikaty o sytuacji po wstrząsie. Siła wstrząsu 7,7 w skali Richtera, czyli wstrząs był potężny. Liczba ofiar z minuty na minutę jest weryfikowana, mówi się o ponad 1000 zabitych i kilkuset osobach uwięzionych w samochodach, gdy w autostradzie panamerykańskiej pod San Salwador utworzył się wielki krater, w którym uwięzionych zostało około 100 samochodów. Powtarzają się apele o niekorzystanie z dróg, szczególnie w nocy. Trasy wokół stolicy są całkowicie zatarasowane.

Przez pierwszych kilkadziesiąt kilometrów droga jest prawie zupełnie pusta. W miarę jak zbliżamy się do San Salwador musimy jechać coraz wolniej, ze względu na wyłomy i wielkie koleiny w nawierzchni. Czasami pęknięcia są tak duże, lub asfalt jest sfalowany jak harmonijka, że musimy objeżdżać to poboczami.
Gdzieś koło La Libertad ugrzęźliśmy na dobre. Autostrada była całkowicie zatarasowana. Ciemno, nie pali się żadna latarnia. Koło stacji benzynowej stoi wojskowy transporter. Zaraz po wstrząsie część stacji benzynowych podniosła ceny benzyny niemal dwukrotnie. Skończyło się to zamieszkami.
Przed nami korek na kilkanaście kilometrów. Wszyscy powychodzili z samochodów. O niczym innym się nie mówi, tylko o wstrząsie. Podobno przed nami jest wyłom w drodze, w którym zasypanych zostało kilkanaście samochodów wraz z ludźmi.
Niektórzy idą zobaczyć przebieg akcji ratowniczej mimo, że teren jest odgrodzony przez policję. Cały czas krążą śmigłowce. Radio nadaje komunikaty o oddawaniu krwi. Idę na stację benzynową poszukać czegoś do jedzenia, ale zostały tylko jakieś słodycze, cała żywność i napoje zostały wykupione. Mówi się, że zostaniemy tutaj do rana.

Po drugiej stronie drogi dostrzegłem jakieś zabudowania. Mieszkali tam ludzie. Ta mieszanina aluminiowej blachy, tektury i pustaków stanowiła ich mieszkanie. Przed domem zardzewiały znak Coca-Coli, więc pytam, czy nie mają czegoś do picia. Zapraszają mnie do środka. Siedzimy i słuchamy radia. Dostaję wielką porcję jajecznicy z kukurydzianymi plackami i Coca-Colę. Za wszystko płacę mniej niż dolara. Zadziwiające jest, że jakoś nikt z tych ludzi nie wpadł na pomysł sprzedaży jedzenia i picia stojącym w korku kierowcom. Ten domek-restauracja był tak niewidoczny, że nie sposób go było samemu znaleźć.

Dziękuję za jedzenie i wracam do mojego autobusu. Dobrze zrobiłem, bo okazało się, że kierowca już mnie szukał. Spróbujemy zawrócić i pojechać objazdem. Tych może 20 kilometrów objazdu zajęło nam ponad 3 godziny. Droga jest bardzo wąska i zapchana samochodami. Jest środek nocy i prawie wszystkie samochody mają zapalone długie światła.
Próbuję spać, ale nie mogę zasnąć. Ciągłe trąbienie i oślepiające światła samochodów skutecznie odpędzają sen. Niektórzy próbują przecisnąć się poboczem, co tylko zwiększa chaos. Jedyna rozrywka, to zajeżdżanie im drogi.
Około drugiej w nocy korek rzednie. Nareszcie jesteśmy na przedmieściach San Salwador. Mamy odstawić autobus do bazy – tylko gdzie jest ta baza, mój kierowca nie ma zielonego pojęcia. Jeździmy po całym mieście. Ruch samochodowy bliski zeru, za to na ulicach jest pełno ludzi. Cały dwumilionowy San Salwador tę noc spędził na ulicy w obawie przed wstrząsami wtórnymi. Ludzie powystawiali przed domy łóżka, telewizory i co cenniejsze przedmioty, które miałyby ocaleć, gdyby zawalił się dom. Na ulicy stoją więc pralki, lodówki, nieraz szafy. Wygląda to trochę zabawnie.

Mimo, że to środek nocy, wszędzie pełno bawiących się dzieci. One nie mogą przepuścić takiej okazji na późne pójście spać, chociaż w krajach Ameryki Łacińskiej nie ma raczej pojęcia „kładzenia dzieci do łóżka”. Dzieci, niezależnie od wieku, bawią się tak długo, jak mają na to ochotę. W końcu zmęczone zasypiają same tam, gdzie zmógł je sen. Jak sobie przypomnę moje wrzeszczące ciotki, próbujące uśpić swoje dzieci zaraz po dobranocce, to widzę wyższość modelu latynoskiego. Dzieci usypiają w najrozmaitszych miejscach i pozycjach. Wtedy dopiero mama, babcia lub ktokolwiek – na pewno nie mężczyzna – zabiera je i kładzie do łóżka. Chociaż nie zawsze. Jeżeli dziecko zasnęło np. na kanapie, to jest tam z reguły zostawiane. Także wieczorową kąpielą mało kto się przejmuje. W slumsach ma to dodatkową zaletę, ze względu na ciągłe braki bieżącej wody. Kwestie higieny zostawmy paniom z Sanepidu.

Ciągle jeździmy po mieście, szukając miejsca, do którego mój kierowca miał przyprowadzić autokar. Przejeżdżamy przez salwadorską dzielnicę czerwonych świateł. Tylko część klubów dzisiejszej nocy jest otwarta. Ich różowe neony jednoznacznie informują, o jaki rodzaju biznesu chodzi. Myślę jednak, że tej nocy dziewczyny nie będą miały za wiele pracy.
Mijamy szpital, setki ludzi leży na trawniku przed budynkiem, karetki przyjeżdżają i wyjeżdżają jedna za drugą. Dziesiątki pielęgniarek i lekarzy stara się pomóc rannym, ale widać, że panuje niezły bałagan. Nie wygląda to najlepiej. Jednak najgorsze dzisiejszej nocy dopiero przede mną.

Słyszałem, że w Salwadorze czasami nie jest zbyt bezpiecznie. Mówiono mi jednak o nagminnych kradzieżach, ale jakoś nikt mi nie wspomniał o ulicznych zamieszkach. Od czasu do czasu, szczególnie na bocznych ulicach, widać młodociane bandy rabujące wszystko, co się da. Te miejsca staramy się przejechać jak najszybciej, ale nie zawsze się udaje.

Ulica jest częściowo zabarykadowana, dojeżdżamy do czegoś w rodzaju barykady z wyłamanych krat okiennych, jakiś belek, desek. Dookoła wygląda to na jakąś uliczną wojnę gangów. Gdy próbujemy przejechać bokiem, lecą pierwsze kamienie. Słyszę brzęk wybitej z tyłu szyby, kilka uderzeń kamieni trafia karoserię samochodu. Jeden miły chłopiec próbuje na siłę otworzyć drzwi. Jadąca z nami dziewczyna zaczyna krzyczeć.
Na szczęście udaje nam się jakoś wydostać z tego miejsca. Kierowca wygląda na bardzo zdenerwowanego, zmęczonego. Mówi mi, że najlepiej dla mnie będzie, jak na resztę nocy zostanę na głównym dworcu autobusowym. Tam pewnie jest dużo ludzi, to będę bezpieczny.
Wysiadam w okolicach rzekomego dworca i szybko się orientuję, że to tylko jakiś większy przystanek, a nie dworzec główny. Koło mnie jest około kilkudziesięciu chłopaków, którzy korzystając z ogólnego chaosu, dają upust nadmiarowi swojej energii. Część bije się między sobą, część rabuje pobliskie sklepiki i stragany. Moje nagłe pojawienie się musiało ich nieźle zaskoczyć. Sytuacja przypomina trochę film kręcony spowolnioną kamerą. Wszyscy patrzą na mnie z niedowierzaniem. Ja wiem tylko tyle, że muszę się stąd jak najszybciej wydostać i to w jednym kawałku. Zastanawiam się tylko, ile mam pieniędzy i co zrobię, gdy za moment wszystko stracę. Idę w kierunku, gdzie jak wydawało mi się wcześniej, stał policyjny transporter. Na wszelki wypadek odpinam na przodzie pas biodrowy od plecaka. To po to, ażeby być przygotowanym na szybkie zrzucenie ciężaru w momencie, gdy będę zaatakowany. Do miejsca, gdzie wydaje się, że jest trochę spokojniej, mam jeszcze około 200 metrów i nie sądzę, że tam dojdę. Staram się nie odpowiadać na zaczepki, ale już kątem oka widzę, jak idzie za mną kilka osób. Zabawne, jak wzrasta poziom adrenaliny. Nie myślę o zmęczeniu, nieistotny jest ciężar bagażu, ważne jest tylko, jak się stąd wydostać. Aby tylko zabrali rzeczy i pieniądze. Co zrobię, jak dostanę nożem w brzuch? Ile czasu minie, zanim się wykrwawię na brudnej ulicy slumsów San Salwador?

I nagle wybawienie. Zza zakrętu wyjeżdża taksówka. Niemal rzucam się na maskę, żeby kierowca tylko się zatrzymał. Ale ten trąbi i widząc, co się dzieje dookoła, jedzie dalej. Jednak po kilkudziesięciu metrach staje i cofa. Teraz już biegnę do taksówki, wskakuję do środka, odjeżdżamy. Kierowca jest bardziej przerażony tym, co się dzieje, niż ja. Nie może nadziwić się, skąd ja się tutaj wziąłem. Mówi, że mnie zawiezie do dobrego hotelu, to będę bezpieczny. Ale dobry hotel to kilkadziesiąt dolarów, na wydanie których nie mogę sobie pozwolić. Zresztą jest już prawie 4 rano, więc nie ma sensu iść do hotelu. Mówię mu, żeby mnie zawiózł na właściwy dworzec główny.

Na dworcu było już w porządku. Wprawdzie główna hala dworcowa była zamknięta i wszyscy spali na zewnątrz ze względu na możliwość nowych wstrząsów, ale kilkunastu policjantów gwarantowało bezpieczeństwo. Do świtu tylko 3 godziny, więc rozkładam swoją karimatę na ziemi, blisko budynku dworca, i mam zamiar spać przynajmniej 3 godziny.

„Przepraszam, ale lepiej będzie jak się odsuniesz od tej szyby, bo to niebezpieczne”.
Jak tylko ją zobaczyłem, wiedziałem już, że dzisiaj spać nie będę. Nawet przy trzęsieniu ziemi do kobiet mam szczęście. Nie pamiętam już jak miała na imię. W Ameryce Łacińskiej przy całej rozdętej, katolickiej formule, szczególnie dziewczynkom rzadko nadaje się imiona świętych. Więc większość imion jest dla mnie zupełnie nowych i dlatego natychmiast je zapominam.
„Dziękuję” mówię i odsuwam się kilka metrów od szyby.

ilustr. Anna Fudyma/pinezka.pl
 

Miała 21 lat, jasną skórę, ale bardzo ciemne, gęste włosy i brwi. Jej usta miały ciekawy, brązowo-fioletowy odcień. Bardzo obcisłe dżinsy od razu zwróciły moją uwagę na jej długie nogi. Krótka bluzeczka odsłaniająca pępek, skórzana odpięta kurtka. Jak na jeden dzień, to dla mnie już trochę za dużo emocji. Zaczęliśmy rozmawiać, siada koło mnie na karimacie. Poranny chłód jest moim sprzymierzeńcem. Mam na sobie koszulkę polo.
„Czy nie jest ci zimno?” pyta.
” Trochę” kłamię natychmiast, chociaż nie pamiętam, kiedy ostatni raz było mi zimno w tropikach.
Chce zdjąć i podać mi swoją kurtkę, ale na to jej nie pozwalam. Wyjmuje więc z kieszeni kurtki chustę i zawija w nią moje ramiona. Robi to w ten sposób, że opiera się na mnie swoimi całkiem dużymi i niebywale foremnymi piersiami. Czuję jak wstrząsy wtórne przechodzą przeze mnie. Próbuję zachować spokój. Żebym tylko nie powiedział czegoś głupiego!

Była z Managui, Nikaragua. Jechała z Gwatemala City ze swoim ojcem, siostrą i kuzynką, które śpią teraz niedaleko nas, do domu w Managui, kiedy rano przyszło trzęsienie ziemi i wstrzymane zostały wszystkie połączenia. Może rano odjedzie bezpośredni autobus do Managui, ale to nic pewnego. Bilet kosztuje 30 dolarów. Mówi, że to tanio. I jak chcę, to mogę pojechać z nimi, a następnego dnia wieczorem pokaże mi Managuę nocą. Opowiada mi o swoim kraju, Nikaragui, o którym ja dotąd nie miałem większego pojęcia. Dużo wie, mówi mi o domu ojca w Miami, plantacji kawy w Gwatemali. Ziemię mają też w Salwadorze i w Gwatemali. Wszędzie kawa, ale ostatnio dużo problemów – susza. Nie lubi Ameryki Środkowej, brudu, ludzi, biedy. Chciałaby na stałe mieszkać w Miami, ale jej ojciec jest konserwatystą i nie chce mieszkać poza Nikaraguą.
„Czy wiesz, że tutaj w Salwadorze w latach trzydziestych było komunistyczne powstanie?” pyta.
„Nie wiem”, skąd mam wiedzieć. W Polsce nawet na studiach historycznych o tym się nie mówi.
„Ale i tak wolę Salwador od Gwatemali, tam sami Indianie, a oni nie chcą pracować, są strasznie leniwi” wyjaśnia.
Ona sama studiuje inżynierię spożywczą. Chociaż tego nie lubi, ale tak kazał jej ojciec. Ma po nim przejąć plantację, bo jej mama nie może mieć więcej dzieci. W jej głosie jest smutek, nie wiem dlaczego sama do mnie podeszła i mówi mi to wszystko. Siedzimy koło siebie niemal przytuleni. Nagle drgnęła i gwałtownie odsunęła się ode mnie. Podszedł do nas dobrze ubrany pan koło 45-46 lat. Bez przedstawiania wiedziałem, że jest to jej ojciec. Kiedy mnie przedstawiła swojemu ojcu, ten podał mi rękę, jednak w jego spojrzeniu można było wyczytać całą jego opinię o mnie i o tym moim siedzeniu z jego córką na wąskiej karimacie.
„Chyba mnie nie lubi” mówię, kiedy odszedł.
„Nie przejmuj się, on nie lubi wszystkich moich przyjaciół, ja ich zreszta też nie lubię. Latynoscy mężczyźni są bez kultury, wszystko chcą od razu i są złymi kochankami. Co innego w Miami, tam spotykam się tylko z Amerykanami”.
Trochę mnie zamurowało. Co by nie powiedzieć, była bezpośrednia.
„Dam ci mój telefon i jak będziesz w Managui, to jak chcesz możesz do mnie zadzwonić. Teraz muszę już iść, bo będę miała problemy z ojcem”.

Zwolniło mnie to od płacenia 30 dolarów za ekspres pierwszej klasy do Managui. Z tego, co widzę po cenach, to pewnie można się tam dostać płacąc poniżej 10 dolarów i okazało się, że miałem rację.
Najpierw jednak chcę dostać się do Las Colinas. Jest to biedna dzielnica, czyli bario San Salwador. Tam w wyniku wstrząsu doszło do osunięcia się ziemi. Zasypanych zostało kilkaset domów. Większość ofiar trzęsienia przypada właśnie na Las Colinas. Ludzie słuchają radia, mówi się o akcji ratowniczej w zasypanej strefie i odgrodzeniu całego miejsca od reszty miasta. Nie wydaje mi się, aby udało mi się przejść.
Z drugiej strony nie jestem pewien, czy chcę oglądać odkopywane zwłoki ludzkie. Człowiek po śmierci w wyniku zasypania w tutejszym klimacie już po kilku godzinach nie wygląda najlepiej. W Las Colinas zginęło ponad 1200 osób, w całym Salwadorze 250 000 zostało bezdomnymi. To dużo, jak na 6-milionowy kraj. Zniszczeniu uległo 108 000 domów.
W ogóle życie w Salwadorze nie należy do najłatwiejszych. Kilka miesięcy później kolejne trzęsienie ziemi zabiło około 300 osób.

Ilustracja: Anna Fudyma/pinezka.pl

Odcinek poprzedni – Kostaryka
Odcinek następny – Kanał Panamski