Zapach Kobiety z plemienia Ajmarów.

Ta kobieta w meloniku jest najpiękniejszą ze wszystkich kobiet w meloniku, jakie widziałem do tej pory. Uśmiecha się zachęcająco, rozchyla usta, ukazując nierówny zgryz, rozjaśniony gdzieniegdzie złotymi wstawkami. Zachwala w swoim języku wyłożone na straganie towary, a ja, patrząc bardziej na jej pooraną zmarszczkami twarz, niż na chińską tandetę, która opanowała już wszystkie zakątki świata, przypominam sobie gdzie ją już widziałem.

Z pewnością w Cochebambie. Była kilkadziesiąt lat młodsza i siedziała na dworcowej ławce ze swoim narzeczonym. Uśmiechali się do siebie, trzymali się za ręce i wyglądali tak jak wszyscy zakochani i szczęśliwi, niezależnie od miejsca i czasu. Autobus, którym mieli jechać do swojej wioski, gdzieś na Altiplano, a może nawet do samego La Paz, spóźniał się, jak wszystkie autobusy w tym kraju i było to zupełnie normalne i zrozumiałe. Stwarzało to okazję do przeżycia kilku miłych chwil razem, pośród kłębiącego się tłumu, w którym tworzyli enklawę zamkniętą swoimi spojrzeniami. Czas omijał ich myśli, tak jak myśli wszystkich dookoła, nigdzie się nie spieszyli, podobnie jak wszyscy dookoła, nawet ci, którzy biegnąc sprawiali wrażenie jakby stąpali noga za nogą. Zajęci sobą, wymienianiem dyskretnych znaków i zrozumiałych tylko dla siebie zapewnień o wspólnej miłości, byli poza całym gwarem, tumultem i zamieszaniem, stanowiącym nieodłączny element wszystkich dworców autobusowych Południowej Ameryki.

Widziałem ją, przez moment, jadąc mikrobusem po stromej ulicy prowadzącej do głównego cmentarza La Paz. Dojrzała i założyła rodzinę. Szła pod cmentarnym murem obciążona tobołem, w którym niosła swoje aktualne życie. Na życie składały się zapewne metalowa patelnia, odrobina ryżu, garść drobnych przedmiotów na sprzedaż, kilka miedzianych monet i dziecko. Wszystko owinięte we wzorzysty kawał materiału, zarzucone na plecy, umożliwiające założenie domu na każdym krawężniku. Może mieszkała w El Alto – dzielnicy nędzy, a w zasadzie odrębnym mieście na obrzeżach La Paz, może jej chłopak zapił się na śmierć lub został pucybutem. Zatrzymała się nagle, przycupnęła pod murem, przesunęła zawiniątko z pleców na bok ciała, wysunęła główkę dziecka o policzkach zbrązowiałych od morderczego słońca i zaczęła je karmić piersią przypominającą śniętą rybę.

Być może widziałem ją jeszcze tysiące razy, w każdej kobiecie w meloniku spotykanej w czasie podróży. Na fieście w górskiej wiosce, przez którą przejeżdżaliśmy, żebrzącą pod knajpą, w której lubiłem jeść miejscowe przysmaki, wychodzącą z kursów wieczorowych dla dorosłych, dziergającą na drutach i śpiącą pośrodku nocy na chodniku. Teraz mam ją przed sobą i nie mogę oderwać od niej wzroku. Jest piękna swoim pięknem, ostrymi, kanciastymi rysami twarzy, miedzianą skórą i długimi, kruczoczarnymi mimo wieku włosami, splecionymi w połączone ozdobną srebrną zapinką, dwa grube warkocze. Stoję przed straganem i wiem, że nie mogę zrobić zdjęcia, które zakłóci jej spokój i urazi dumę, zachowaną przez lata poniewierki po kraju leżącym gdzieś na końcu świata, w połowie drogi do nieba. Nie chcę kraść jej duszy i wywozić do małej, leżącej Bóg wie gdzie Europy. Dlatego stoję i patrzę.

A jej zapach? Zmieszał się z wyziewami targowiska, ze smrodem gnijących resztek wyrzucanych za siebie, odchodów leżących obok straganów i duszącymi wyziewami rynsztoków.

Te cholerne nierówności.

Opona najnowszego modelu wielkiego, czarnego mitsubishi, prowadzonego przez macho z wyżelowanymi włosami, wpadła do jednej z niezliczonych dziur w jezdni, wypełnionej cuchnącą, toksyczną wodą. Parę kropel spadło na moje nogi, momentalnie wypalając dziury wielkości pięści, reszta wylądowała na siedzącym pod ścianą pucybucie i ślepej żebraczce nie wyrządzając im o dziwo żadnej krzywdy.

W wieczornych wiadomościach biały parlament zastanawiał się co zrobić z demonstrującymi na ulicy Indianami, zajmującymi się głównie uprawą krzewów koki. Po wiadomościach przerwa reklamowa, potem znów wiadomości i znów biali politycy i miedzianoskórzy żebracy. Lepiej wyłączyć to pudło i wyjść pooddychać przyjemnym, wieczornym powietrzem.

Uczestnicy kongresu UNESCO zakwaterowali się w pięciogwiazdkowym hotelu. Przyjechał Supersekretarz Kofi „Banan”, więc w okolicy roi się od uzbrojonych po zęby policjantów i żołnierzy. Obrady trwały cały weekend. Zastanawiano się jak poprawić sytuację głodujących i wydano w tej sprawie ostrą rezolucję. W zdumiewający sposób znalazłem się w przedziwnym środku. Biedniejszy od najbiedniejszego z bogatych, bogatszy od najbogatszego z biednych. W zasadzie samotny. Antyglobalista w świecie aglobalnym.

Wyścigi boliwijskich PKS-ów.

Stoimy na żwirowym parkingu obok nieczynnej knajpy. Po chłodzie Altiplano zostało już tylko wspomnienie i przyjemne, nocne dwadzieścia pięć stopni wraz z pyzatym księżycem nastraja melancholijnie. Jest trzecia w nocy, grupka osób wyszła z autobusu, część rozłożyła swoje koce na żwirze i śpi, kilku rozmawia cicho z kierowcą, inni starym zwyczajem sikają na koła autobusu. Palę papierosa, zaciągając się nim tylko od czasu do czasu, aby zupełnie nie zagłuszyć aromatu śpiącej na poboczu pustyni. Ze słów kierowcy wnioskuję, że będziemy tutaj stali dwie godziny, dopóki ostatnie ciężarówki nie zjadą ze żwirowej drogi, która wspinając się po stromym zboczu osiąga szczyt pustynnego wzgórza, a następnie w szalonych, wąskich serpentynach spada do Ariki. Asfaltowa droga zamknięta, powódź zerwała most i naprawa potrwa kilkanaście miesięcy albo kilkanaście lat. Nie jest to problemem, żwirówka doskonale zastępuje miejscowym panamerykańską autostradę.

Oprócz naszego „Bernala”, w szeregu stoją autobusy większości boliwijskich firm przewozowych. Z pierwszego w kolejce wyskakuje Niemiec, podchodzi i pyta, czy wiem co się stało. Tłumaczę mu i w tym momencie na gołym zboczu, setki metrów nad naszymi głowami pojawiają się światła pierwszej ciężarówki. Po pół godzinie z potwornym rykiem silnika przejeżdża obok stojących na poboczu autobusów zrywając wszystkich na równe nogi. Po niej niekończący się ciąg innych ciężarówek, hałas narasta do granic bólu i znika wraz z zapachem spalin rozchodzącym się w śródziemnomorskim powietrzu. Ciężarówki zygzakują po zboczu w niekończącym się kondukcie, zaczyna być sennie, ale próba wejścia do wypełnionego boliwijskimi Indianami autobusu kończy się paniczną ucieczką przed zaduchem i wyziewami ciał.

Kierowca podszedł do carabinieros drzemiących w budce, po czym krzyknął głośno, zapędzając wszystkich do autobusu. Dźwięk silnika, niczym wystrzał startowego pistoletu poderwał drzemiących kierowców do jazdy. Jesteśmy pierwsi, niemniej tuż przed wjazdem na żwirówkę mija nas w potwornym pędzie „Trans Salwador”, z maski którego, jak z książki, można czytać historię długich lat na boliwijskich drogach. Kierowcy gnają po wertepach, jakby goniły ich wszystkie diabły z Oruro. Szczyt jest już blisko, kiedy oczom naszym objawia się powód ich pośpiechu. Z naprzeciwka ciągle jadą ciężarówki, a wymijanie się w migotliwym blasku świateł na skraju urwiska nie należy do rzeczy najprzyjemniejszych i lubianych przez kierowców.

Autobus wciska się nagle w płytką zatoczkę wygrzebaną przypadkowym ruchem buldożera w skarpie na poboczu drogi. Mijają nas „Boliwar”, „Copacabana Express”, „Trans Paradiso” i znienacka znajdujemy się na jednej z ostatnich pozycji. Przez otwarte okna wpadają kłęby pyłu, niemniej nawet przez nie widać odbijający się we wstecznym lusterku wyraz niezmiernego zadowolenia na twarzy naszego kierowcy. Po chwili autobusy, które nas wyprzedziły, wracają cofając ostrożnie, starając się zrobić miejsce spóźnionej ciężarówce pędzącej z góry na złamanie karku. Obserwujemy powolne przemieszczanie się wstecz „Trans Paradiso”, „Copacabana Express”, „Boliwar”, a jako ostatni, naciskany niemal zderzakiem ciężarówki, stara się znaleźć bezpieczne schronienie „Trans Salwador”. Twarze pasażerów poszarzałe z napięcia, a może to zresztą tylko kurz na szybach… Nasz kierowca rechocze głośno, zapala rzężący silnik i rusza znowu pod górę. Tumany pustynnego pyłu zakrywają księżyc i uczestników wyścigu, autokary niczym zjawy wyłaniają się, trąbią, poszturchują i znikają. Atmosfera szaleństwa unosi się w mroku i zaczynam myśleć o tym, gdzie upchnąłem swoją polisę ubezpieczeniową.

W Arice, kiedy opadł kurz, okazało się, że dojechaliśmy na trzeciej pozycji. W myślach przypiąłem brązowy medal do piersi kierowcy, odegrałem boliwijski hymn i pojechaliśmy dalej w noc, do Iquique.

Nienawiść.

Urodziła się o czwartej nad ranem. Niedługo po tym, jak zasnął Giovani, podróżujący z mamą i dziadkiem cudowny, mały chłopczyk, robiący w dwugodzinnych odstępach czasu potwornie cuchnące kupy, którym jego mama przyglądała się ze zrozumiałym rozczuleniem. Nienawiść, z początku malutka i nieśmiała, dotyczyła tylko syczącego dźwięku dochodzącego gdzieś z końca autobusu, więc zignorowałem ją i postanowiłem zasnąć. Ba! Z boku chrapie i rozpycha się mój towarzysz, pół metra dalej chrapie mały grubasek i jego otyła mamuśka. Nie słyszę, zasypiam – powtarzam sobie – liczę gwiazdy, obserwuję wiszący nad argentyńskim Mazowszem księżyc, staram się wsłuchać w dźwięk silnika. Sen jest tuż tuż, czuję jak powoli zniewala mój umysł…
Łup! Trzasnęły drzwi od toalety. Żegnaj śnie. Rzeczywistość jest bezlitosna. Siedzę tuż obok kibla, a w autobusie przeważają chilijscy emeryci z przetartymi od starości pęcherzami. Właśnie zaczęła się kolejna tura odwiedzin w cuchnącym przybytku, drzwi trzaskają bez przerwy, więc nie pozostaje nic innego, jak tylko gapić się przez okno na czarną noc lub przyglądać fosforyzującej niemrawo tarczy zegarka, wsłuchiwać się w chrapanie grubej Indianki i jej syna. Indianka ma ładną twarz i na oko waży sto pięćdziesiąt cztery kilo. Jej syn jest kopią niemal idealną, prawdopodobnie można by się pomylić widząc ich razem nago. Jakaś starsza pani ma chęć postać przez chwilę, opiera się o moje siedzenie i dyszy na mnie zapachem czosnku i wina. Nienawiść ulotniła się o świcie, tak szybko jak się pojawiła. Pierwsze promienie słońca uspokoiły rozszalałe organizmy staruszków i zamknęły moje oczy. Niestety, dwie godziny później moja błoga, senna Panamericana zakończyła się w samym środku przeraźliwie nadpobudliwego Buenos Aires…

Zdjęcia z serwisu SXC.hu