Wstajemy, ona staje na burcie. Krótki moment zawahania – wie, że jak zdejmie ręcznik, wszyscy będą gapili się na jej pośladki. Zrzuca go szybko i wskakuje do wody. Ja, ku osłupieniu wszystkich, zdejmuję koszulę i wskakuję za nią, a raczej wpadam do wody. Chociaż starałem się, żeby mój skok wypadł jak najlepiej, to wpadam do wody jak kłoda drewna. Kiedy się wynurzyłem, długo jeszcze jej nie widziałem. Ona wypłynęła dopiero kilkadziesiąt metrów dalej od naszego jachtu. Pewnie wstydziła się przed resztą, że płynę z nią. Czekała na mnie koło kutra. Powoli płyniemy, a raczej ja płynę powoli do brzegu. Naprawdę umiem pływać i nurkować całkiem dobrze, jednak przy niej, niemal urodzonej i wychowanej w wodzie, moje ruchy były koślawe i niezgrabne. Dla niej poruszanie się w wodzie jest tak samo naturalne jak chodzenie, w jej ruchach jest niezwykła swoboda, delikatność, gracja.

Kiedy wychodzimy na brzeg, staram się ukryć swój przyspieszony oddech, jednak ona wie, że jestem zmęczony. Śmieje się. Przynosi mi ręcznik, wyciera mnie, podaje mi suchą koszulę swojego ojca.
Jej dom to konstrukcja z resztek aluminiowej blachy, desek, palmowych liści. Za dach też służą liście palm. Podłoga to zwykła ubita ziemia. W całym domu jest tylko jedna żarówka. Obok domu chodzą kury, dwa psy, jakiś kot. Jest bardzo biednie, ale czysto. Nie jesteś głodny? – pyta mnie.
– Nie, jakoś po dzisiejszym dniu nie bardzo mogę jeść. Dziękuje ci bardzo, że mi pozwoliłaś przyjść, hm przypłynąć. Tutaj przynajmniej nie buja – mówię.
Śmiejemy się. Noc, przed nami czarna tafla wody, na wodzie ciemna sylwetka rybackiego kutra i jacht, na którym w kabinie pali się światło. W nocy grzmot fal jest jeszcze potężniejszy, za nami wzgórze porośnięte dżunglą. Teraz dżungla żyje, egzotyczne odgłosy wypełniają ciszę. Czuję się wspaniale. Dopiero świtało, gdy obudziło mnie głośne wołanie – „Michael, Michael”!
Wypływamy wcześnie rano, żeby przed wieczorem być na San Blas. Mogłem zostać. Zostać tak długo, jak bym chciał. Dzisiaj trochę żałuję. Nie miałem nic do stracenia, tak naprawdę nigdzie mi się nie spieszyło. Koszt życia w Puerto Bello był praktycznie zerowy. A jednak wróciłem na jacht. Płynąc na łódkę, czułem jak woda spłukuje ze mnie zapach jej ciała, zapach słonej wody i tropikalnej dżungli. Czułem się źle, że muszę jechać dalej. Bzdura, tania wymówka. Wcale nie musiałem, na tym polega cały sens podróżowania, że nic się nie musi. Że czasami decyzje zmienia się kilka razy dziennie, że czasami trzeba iść za szansą, słuchać tego czegoś, co ci mówi „go for it”.

Na jachcie atmosfera pogrzebowa. Po tym, jak ja zniknąłem z dziewczyną, reszta towarzystwa utopiła swoją męską samotność w morzu piwa i marihuany. Rano nie wyglądali najlepiej. Przez moment miałem nadzieję, że może chcą zostać tutaj jeszcze jeden dzień. Ale nie, płyniemy. Ledwo co wypłynęliśmy za rafę koralową, zaczęło znowu kołysać. Ja już byłem na to trochę lepiej przygotowany. Leżałem na środku przy burcie, przy mnie plastikowa butelka wody mineralnej. Pierwsze torsje przyjąłem jako coś już dobrze mi znanego. Cały dzień spędziłem w pewnym letargu. Będąc półprzytomny, trochę wymiotowałem, trochę nie pamiętam, trochę błędnym wzrokiem obserwowałem wybrzeże. Najbardziej chyba dokuczały mi kryształki soli, które osadzały się na moich rzęsach, brwiach i następnie wpadały do oczu.
Ale fale chyba rzeczywiście były trochę mniejsze. Założyłem na siebie nieprzemakalną kurtkę, więc moje ubranie nie było też aż tak mokre. Dużym błędem był pomysł schowania się w kajucie. Zataczając się na wszystkie strony, udało mi się dotrzeć do kajuty. Gorące, duszne, nieklimatyzowane powietrze uderzyło mnie w twarz, wdarło się do nosa i krtani, oprócz tego natychmiast wydało mi się, że wszystkie rzeczy w środku się ruszają. Z trudem wygramoliłem się na pokład i wysypałem resztki z mojego żołądka na zewnątrz.
– Tego pana proszę więcej do środka nie wpuszczać – ze śmiechem powiedział Mike-kapitan.

Było to zbyteczne, ja sam nie miałem zamiaru więcej wracać do kajuty. Skuliłem się w swoim kąciku na pokładzie, dając upust swojemu żołądkowi. Około 16 zaczęliśmy się zbliżać do rzędu kilkunastu wysepek, które wcześniej ukazały się na horyzoncie. Czułem się już na tyle lepiej, że mogłem nawet wstać i podziwiać. Bo podziwiać było co. Na szczęście jak minęliśmy rafę, przestało też mocniej bujać.

Pierwsza wysepka, którą mijaliśmy, miała kształt owalny i powierzchnię jakichś 25 metrów kwadratowych. Pośrodku były 3 palmy i biały piasek. To wszystko. Następna była jeszcze mniejsza, tylko z jedną palmą. Byliśmy na San Blas. Cały archipelag to 80 wysp otoczonych rafami koralowymi. Woda morska w kilku różnych odcieniach. Przejrzystość wody kilkanaście metrów.
Rzucamy kotwicę pomiędzy dwiema największymi wyspami. W oddali widać pozostałe pokryte palmami wyspy archipelagu. Z daleka wyglądają jak statki, które mijaliśmy w strefie Kanału. Hałas fal rozbijających się o rafy jest jeszcze potężniejszy, niż w Puerto Bello. Przypomina to grzmoty nadciągającej burzy. Wszyscy rozglądamy się jak zauroczeni. Mike-kapitan siada na pokładzie z butelką rumu i komunikuje, że do jutra mamy wolne.

Na wysepkach widać zabudowania i ludzi. Pełno palm kokosowych. Domy w 100% zbudowane są z liści palmowych. Jest ich może kilkanaście. Przy brzegu wysp na wpół wyciągnięte na piasek łodzie. Bardzo wąskie, za to długie, wydłubane w palmowym pniu.
Kanadyjczycy wyciągają maski, płetwy i małe butle tlenowe. Płyną nurkować w okolice rafy. Julio już zdążył wypalić swoją porcję marihuany i jak zwykle poczuł głód. Ja wkładam kilka dolarów w nieprzemakalny mały futerał i chcę płynąć na większą z wysp w poszukiwaniu czegoś do jedzenia. Kiedy jestem już może 25 metrów od jachtu, słyszę wołanie o pomoc. To Julio, który wskoczył do wody zaraz po mnie. Teraz się topi. Chociaż jest zaledwie może 5 metrów od jachtu Mike go nie słyszy, bo śpi, w dodatku z dużymi słuchawkami walkmana na uszach.

Zawracam więc i płynę co sił w stronę Włocha. Julio co chwila to znika pod wodą, to się wynurza. Podpływam do niego mówiąc mu, żeby się uspokoił, to go doholuję do łodzi. Ale nie za bardzo mnie słucha. Mocno łapię go za rękę, ale nie wiem, jak to się stało, że nagle Julio wdrapał się na moje ramiona wpychając mnie pod wodę. Sytuacja na początku wydała mi się komiczna. Jestem pod wodą, ale woda jest tak niesamowicie przejrzysta, że widzę wszystko dookoła bardzo wyraźnie. Przy dnie, które jest kilka metrów pode mną, pływają jakieś stworzonka, nad sobą przez wodę widzę błękitne niebo i szamoczącego się Julia. Jego paznokcie coraz mocniej wbijają mi się w ramiona. Dopiero ból uświadomił mi, że jestem pod wodą i kończy mi się powietrze. Zbieram się w sobie i z całej siły zrzucam Julia z siebie. Odpływam kawałek i widzę, że teraz Włoch wpadł w zupełną panikę, a na dodatek goni już ostatkiem sił.
– Jak się nie uspokoisz to cię zostawię i się utopisz, musisz się uspokoić! – krzyczę na niego.
– Si, si, ok.
Kiedy podpływam do niego, widzę, że znowu chce mnie wciągnąć pod wodę, udaje mi się wyszarpnąć. Kilkoma ruchami podpływam do jachtu. Wskrobuję się na pokład. Na szczęście koło ratunkowe leży na wierzchu. Jeżeli rzucę je trochę z boku Julia, to pewnie nie będzie już w stanie do niego dotrzeć i zniknie pod wodą. Widzę, że już w ogóle nie ma siły. Rzucam. Na szczęście idealnie trafiam prosto w niego. Wchodzę do wody. Julio wyczerpany leży na kole, dziękuje mi.
– Julio, dlaczego wskoczyłeś do wody, jeżeli nie umiesz pływać? – pytam.
– Muszę coś zjeść, jestem głodny – odpowiada.
– Ale ty nie umiesz pływać – mówię.
– O tym zapomniałem – mówi z rozbrajająca szczerością.

Takie to są skutki palenia marihuany. Ciągły apetyt, a przy tym jest się przeraźliwie chudym i zapomina się dosłownie o wszystkim, czego Julio był najlepszym przykładem. Teraz o mało co się nie utopił, bo zapomniał, że nie umie pływać.
Jednak apetyt Julia jest silniejszy od głębokiej wody oceanu – postanawia przebyć tych około 150 metrów do wyspy na kole ratunkowym. Nie udało mi się nakłonić go na powrót na łódź, a jego siła woli w chęci dotarcia na wyspę i determinacja przypominały mi Kubańczykow płynących na dętkach od opon na Florydę.

Na samej wyspie żyje kilkadziesiąt osób. Są to Indianie Kuna. Nie mówią w żadnym zrozumiałym języku i, jak to Indianie, nie są zbyt rozmowni. Nie zwracają na mnie najmniejszej uwagi. Chodzę koło palmowych domów i próbuję się dowiedzieć, czy można dostać coś do jedzenia. Chodzi mi oczywiście o jakąś rybę, gdyż nie spodziewam się tutaj wołowego befsztyku. W końcu jakoś się dogadaliśmy, tylko że nie mają ryb. Dookoła ocean, najczystsza woda jaką w życiu widziałem, a oni nie mają co jeść! Nic z tego nie rozumiem. Nie mają nic oprócz kokosów i placków z masy kukurydzianej pieczonych na gorących kamieniach ogniska.
W końcu w jednym z domów pokazują mi kilka małych rybek. Z ich gestów widzę, że pewnie chcą mi je upiec na ognisku. Dobre i to. Właściciel domu, który mówił trochę po hiszpańsku, tłumaczy mi, że jest pełno ryb, ale rano. Potem przyjeżdżają Panamczycy ze stałego lądu i w zamian za wodę, mąkę itp. zabierają ryby. Taki handel wymienny. Dlatego na San Blas ciężko jest znaleźć kogoś, kto ma jakąkolwiek gotówkę.

Podchodzi do mnie kilka Indianek i pokazuje mi tkane serwetki. Motyw typowy dla Indian Karaibów. Mocne kolory, palmy, łódki. Kobiety ubrane są w ręcznie tkane bluzki podobne do tych, jakie widziałem w Gwatemali. Do tego białe spódnice. Na San Blas czasami docierają jachty z cudzoziemcami, którzy może kupią ich serwetki. Zadziwiająca jest totalna niewiedza o wartości pieniądza. Kiedy pytam, ile kosztują te serwetki, nie wiedzą, co powiedzieć; nie wiem, czy mnie w ogóle rozumieją. To samo z moimi rybami i plackami kukurydzianymi. Jest kłopot ze słodką wodą, więc piję mleko kokosowe. Za wszystko płacę dolara, chociaż widzę, że nie bardzo rozumieją, co to znaczy. Trochę czuję się niezręcznie. Są bardzo mili i starają się mi wytłumaczyć, że jeżeli chcę większą rybę, muszę przyjść rano.

Obejście większej wyspy zajęło mi mniej niż 10 minut. Plaża bajkowa. Cała wyspa to jeden gaj palmowy. Tylko co można tutaj robić? Mężczyźni rano wypływają dłubankami na ryby, kobiety sprzątają swoje domki, gotują. Dzieci między palmami grają w piłkę. Taki mikrokosmos. Leżę na piasku i myślę, że nigdy wcześniej nie byłem w miejscu tak pięknym. Idealna harmonia człowieka z cudowną przyrodą, absolutny spokój. Ciekaw jestem, czy mógłbym tak żyć? Bez internetu, telewizji, gazet, bez prądu. Całkowicie oderwany od świata, zamknięty na maleńkiej, rajskiej wyspie, ciągle wokół tych samych ludzi, wykonując ciągle te same czynności. Rano łowienie ryb, po południu leżenie w hamaku, po zachodzie słońca idzie się spać też w hamaku. Pewnie to rajska wyspa przemieniłaby się w wyspę piekielną.
Ale jestem pewien, że przy najbliższej okazji chcę spróbować. Zostać gdzieś w takim miejscu bez ściśle określonego planu na tydzień, miesiąc, na rok. Nie wiem, zobaczymy.

Przypływają Kanadyjczycy w poszukiwaniu czegoś do jedzenia, ale Julio zjadł wszystkie rybki, więc muszą zadowolić się plackami z czymś w stylu masy fasolowej. Nie wygląda to najlepiej. Wracamy na jacht, wreszcie czuję się na tyle dobrze, że mogę napić się piwa. Mamy ze sobą przecież ponad 200 puszek.
Noc na pokładzie łodzi, niesamowite niebo pełne gwiazd. Bajka. Rano wstajemy bardzo wcześnie. Wolę nie myśleć, co mnie czeka w ciągu najbliższych kilkudziesięciu godzin. Dotychczas najdłużej w rejsie byliśmy niecałe 10 godzin w Puerto Bello na San Blas. Teraz mamy płynąć 40 godzin non stop otwartym morzem do Cartageny. Zastanawiam się, czy to wytrzymam?

Większą część drogi towarzyszyły nam delfiny. Kilka, czasami kilkanaście ssaków płynęło koło jachtu, od czasu do czasu wyskakując wysoko nad powierzchnię wody. Pogoda była dobra, fale umiarkowane, ale najgorsza była noc. Nie było mowy o spaniu wygodnie na łóżku w kajucie, więc musiałem się przemęczyć na pokładzie. Starałem się zasnąć, ale kołysanie jakby się wzmogło i nie mogłem spać. Ponownie zacząłem bombardować Rygę. Całe moje ubranie, mimo teoretycznie przeciwdeszczowej kurtki, było mokre. W nocy dodatkowo było mi zimno. Gdy rano słońce wysuszyło mi rzeczy, wszystko było pokryte solą i przeraźliwie sztywne. Sól sypała mi się do oczu; włosy, brwi, rzęsy miałem całe białe.
Czas wlókł się niemiłosiernie. Co kwadrans sprawdzałem, która godzina, ile jeszcze czasu do Cartageny. Ale jeszcze tuż przed Cartageną mieliśmy przejść mocną szkołę pod żaglami. Im bliżej celu, tym wiatr stawał się coraz silniejszy, bujało mocno. Ale ja już jakoś się do tego przyzwyczaiłem, byłem tylko bardzo osłabiony. Ponownie musiałem przypiąć się, żeby nie wypaść do morza.

Było już zupełnie ciemno, gdy dojrzeliśmy światła Cartageny. Ale światła były też koło nas. Były to światła wpływających do portu statków handlowych. Teraz co prawda nie było ich tyle, co w Panamie, ale za to była noc, a nasz jacht miał tylko jeden słaby reflektor.
– Idź na rufę i patrz, czy nic nas nie staranuje od tyłu – powiedział Mike.
Czy to do mnie? Niestety tak. Wszyscy już mieli jakieś zadania przydzielone. Tylko że łatwo powiedzieć, a trudniej jest przejść na rufę. Fale rzucają jachtem na wszystkie strony, przy pierwszej próbie wstania mało co nie rozbiłem sobie głowy o maszt. W oddali widać błyskawice. Mimo że teraz jest pora sucha i niebezpieczeństwo huraganu jest niewielkie, to jednak ewentualne krótkie burze mogą być bardzo gwałtowne i niebezpieczne.

Fale ciągle rosną. Woda przelewa się z jednej strony pokładu na drugą. Kiedy Mike rozdał wszystkim kamizelki ratunkowe, było mi już  wszystko jedno. Wiedziałem tylko, że ewentualnej burzy nie przetrzymam. Jakoś doczołgałem się na rufę – tam dopiero bujało! – miałem obserwować statki. Tylko jak tu obserwować cokolwiek, gdy okulary mam cały czas zalewane wodą, a oprawki wyglądają, jakby były zrobione w Wieliczce? Oczy szczypią mnie tak, że prawie nie mogę ich otworzyć.
Na szczęście światła miasta są coraz bliżej. Gdy wpływamy do zatoki, nad którą leży Cartagena, fale już prawie ustały, wszyscy odetchnęliśmy z ulgą. Była prawie północ, gdy podpłynęła łódź z kolumbijskimi żołnierzami z psami. Dokładne przeszukanie całego jachtu i odpłynęli. Szukali broni i materiałów wybuchowych, czyli dwóch rzeczy, na które w Kolumbii zawsze jest zapotrzebowanie.

Rzucamy kotwicę kilkadziesiąt metrów od brzegu. Przed nami przystań jachtowa, widok na całe oświetlone nadbrzeże miasta. Wyróżniają się wysokie wieżowce Boca Grande, takiego kolumbijskiego South Beach w Miami. Pogoda wspaniała. Jest środek nocy, ale nie jest ani gorąco, ani zimno, jakieś 26 stopni, lekki wiaterek.
No to jesteśmy w teoretycznie najniebezpieczniejszym kraju na świecie.

Ilustracja i animacja: Joanna Titeux/pinezka.pl

Odcinek poprzedni – Panama, przygód ciąg dalszy
Odcinek następny – Cartagena