Już ładnych parę lat chodzę po ziemi, ale wznieść nad nią jeszcze mi się nie udało. Poza wzlotami duchowymi, oczywiście. Lot samolotem pozostawał w sferze marzeń, aż do dnia, kiedy wysłana zostałam w podróż służbową do Madrytu.
Nadszedł historyczny moment, walizka po kolejnym przepakowaniu w końcu się dopięła, a ja – no cóż, zaczynam się czuć trochę niewyraźnie.


Nie żebym się bała. Nie. Ale… wyobraźnię mam bujną, a przy tym złośliwą. Zawsze rozwija wątki z negatywnym zakończeniem. Przez całą drogę na lotnisko przesuwały mi się przed oczami sceny z filmów katastroficznych na temat – no, zgadnijcie jaki?
Towarzysz podróży z coraz większym niepokojem spogląda na moją pobladłą twarz.
– Ty się nie boisz latać, prawda? – upewnia się.
– Nie, ależ skąd! – nadrabiam miną.
Bilety, bagaż, wszystko idzie sprawnie, w końcu czas na kontrolę celną. Spokojnie przeszłam sobie przez bramkę i czekam, kiedy mi torebkę oddadzą. A facet patrzy w ten ekranik i patrzy….
– Pani wyjmie ten pilniczek. – mówi nagle. – Niestety, będzie musiał tu zostać.
Odebrać pilniczek kobiecie??? Barbarzyńca. I w ogóle – czy ja wyglądam na międzynarodową terrorystkę?
Wchodząc do kabiny samolotu patrzę nieufnie w uśmiechniętą twarz stewardessy i zastanawiam się, czy w razie czego potrafiłaby przejąć stery. Instruktaż postępowania w wypadku awarii doprowadza mnie na krawędź histerii. Nie myśleć, nie myśleć, nie… Oho, coś drgnęło. Ruszamy.

 

Kołowanie trwa całą wieczność. A potem samolot pędzi coraz szybciej i szybciej, już ledwo wyczuwa ziemię, już odrywa się, lecę….lecę? Naprawdę lecę!
Przebijamy się przez szaroburą warstwę chmur i nagle wyskakujemy nad nie, prosto w słońce. Pod nami morze bieli. Widok jest tak piękny, że natychmiast zapominam o wszystkich sennych koszmarach. Wznosimy się wciąż wyżej i wyżej, w chmurach otwierają się okienka, widać miasta, rzeki. Popijam przyniesione przez stewardessę winko, jest mi dobrze, życie jest piękne…

Nagle coś szarpnęło, samolot cały się zatrząsł, wtrącając mnie z błogostanu z powrotem na skraj paniki.
– Co się dzieje???
– Spokojnie, to tylko mała turbulencja.
No, jeżeli ta była mała, to wolę nie wiedzieć, jak wygląda duża.
Lądujemy we Frankfurcie. Schodząc z pokładu walczę z chęcią ucałowania ziemi. Na szczęście sklepy wolnocłowe, prawdziwy raj dla podróżujących kobiet, pozwoliły szybko zapomnieć o emocjach.

Na pokład samolotu do Madrytu weszłam już jak doświadczona podróżniczka, z uśmiechem na ustach. Ale na koniec tego etapu podróży linie lotnicze przygotowały atrakcję specjalną.
Po kilkugodzinnym locie lądujemy na lotnisku Barajas. Idąc za tłumem opuszczamy pokład samolotu. Schodki w dół, korytarz w obie strony, skręt w lewo, wchodzimy do hali. Jakoś tu dziwnie pusto. I gdzie właściwie są bagaże?
Zagadnięta panienka z obsługi wpatruje się chwilę w nasze bilety, po czym wydaje wyrok:
– Jesteście w terminalu 1, a powinniście być w terminalu 2!
– No jak, przecież tu nas samolot wysadził!
– Na schodkach trzeba było skręcić w prawo….
No tak, TERAZ już to wiemy.
Próba sforsowania schodków w przeciwną stronę kończy się niepowodzeniem – nie wiadomo skąd pojawiają się nagle strażnicy broniący przejścia. Gdzie byli, gdy szliśmy w przeciwnym kierunku? Pozostaje kilkusetmetrowy marszobieg naokoło lotniska. Przy wejściu na terminal 2 wpadamy na czekających na nas gospodarzy z bukietem kwiatów. Całe szczęście, wsparcie językowe bardzo się przyda przy tłumaczeniu ochronie, dlaczego usiłujemy wejść „pod prąd”.
No i w końcu są nasze walizki i my sami też bezpiecznie u celu. A lęk przed lataniem? A czy ja się kiedykolwiek latać bałam?