ilustr. Joanna Titeux/pinezka.pl

Za siedmioma górami, za siedmioma lasami, za, jednym słowem, najpiękniejszą, długą drogą, jaką można sobie wyobrazić, leży Słowenia. Maleńki kraj, równie bajkowy jak droga, która do niego prowadzi. Maleńki kawałek świata, który wygląda na mapie jak kurczak: wystarczy dorysować mu dwie cienkie nóżki i widać, jak zasuwa w stronę Węgier. Nie wiem, czy kształt kraju miał na to jakiś wpływ, ale to tam jest największa ilość kurczaków (po ichniemu piszczańców) na głowę mieszkańca w Europie.

Jasna sprawa, że jedno z naszych pierwszych pytań z kategorii rozwijania przyjaźni polsko-słoweńskiej dotyczyło przekleństw w ich języku. Nie ma przekleństw, usłyszeliśmy. No jakże, nie ma? Przecież widzieliśmy w telewizji, że kiedy bohater amerykańskiego filmu mówi: „fuck”, to na dole pojawia się w tłumaczeniu wyraz „sranje” i jeszcze brzydsze? No, tak. Ale to nie są słoweńskie przekleństwa, tylko chorwackie.

Nic chyba nie charakteryzuje Słoweńców lepiej niż te przekleństwa. Jest to naród praktyczny do szpiku kości, nie marnujący wysiłku (ani pieniędzy) w zbędnych kierunkach. Ale to nie znaczy, że ktoś obdarzony raczej ułańską fantazją, niż praktycznym podejściem do życia, będzie się tam czuł niekomfortowo.
Na przykład, nie leją się u nich takie ilości alkoholu, jak u nas. Po co, skoro marihuana nad Adriatykiem sama rośnie i nie ma po niej kaca? Obrazek profesora, przyłączającego się do grupy studentów „na macha”, tylko za pierwszym razem wzbudził nasze zdumienie. Takoż obca ekipa na ulicy, częstująca nas obficie własnymi, zacnymi zapasami, w ramach powitania gości w Słowenii.
To nie znaczy, że alkoholu nie piją w ogóle; oni produkują w domach coś, co się nazywa żganje. Jeśli ktoś się nabierze na to, że Słoweńcy są narodem nienadużywającym i trafi na imprezę, na którą każdy szanujący się Słoweniec przyniesie kanisterek żganja własnego wyrobu i każdy powie wam, że jego żganja koniecznie musicie spróbować, uprzedzam, że to jest wściekle mocne. Mówiłam, praktyczny naród – po cholerę taszczyć kanistry niskoprocentowych alkoholi, zwłaszcza, że woda w kranie wyborna, prosto z gór; jeśli ktoś koniecznie chce, to może sobie rozcieńczyć lub przepić.
Jeśli ktoś się nie pisał na żganje, a chciał się zalkoholizować, mógł pić wino. Jeśli nie zdążył z jego zakupem w ciągu dnia – jedyny podówczas sklep całodobowy w Ljubljanie, zaopatrzony w trunki, mieścił się przy miasteczku studenckim. Całkiem sporym, bo w mieście jest kilka wyższych uczelni – no proszę, jakie inteligentne rozpoznanie rynku! I okazuje się, że może istnieć stolica europejskiego miasta, nie zabudowana supermarketami czynnymi 24/7.
Czy tak jest do dzisiaj, nie wiem. Czy słoweńskie wino jest dobre, też, szczerze mówiąc, nie wiem. Wiem tylko, jak smakuje tanie słoweńskie wino, bo tylko na takie było nas w tamtych czasach stać (o czym zaopatrzeniowcy całodobowego sklepu zdawali się dobrze wiedzieć). Zagrzewaliśmy je z przyprawami i wchodziło gładko.

Przyprawy do grzańca to kolejny cudny patent, którym zaskoczył nas ten kraj. W tamtych regionach nie pija się herbaty. Uprzedzeni o tym, mieliśmy zapasy przywiezione z Polski. Autochtoni pili kryształowo czystą wodę prosto z kranu i nabijali się z naszego grzania wody na herbatę, że niby brzuchy nas bolą, ich strata. Przy okazji poczyniłam odkrycie – co to jest „dźwięk domowy”. Otóż dźwięk domowy to jest szum czajnika (kiedy przypadkiem sfajczyliśmy cały nasz herbaciany zapas na kuchence, grzaliśmy czasem wodę dla samego szumu).

Wracając do napojów słoweńskich, Słoweńcy pijają herbaty owocowe. Razu pewnego zmarznięci wpadliśmy do baru i zamówiliśmy grzane wino… a po chwili przyniesiono nam parujące kubki ze szczurami… Myśleliśmy, że się obsłudze coś porąbało i uraczyli nas owocową herbatką właśnie, ale to był grzaniec, z przyprawami w szczurze. Czyż nie piękny sposób na pozbycie się goździków włażących w zęby?
Chyba najlepszy napój w Słowenii to kawa. Pyszna i tania. Mocna, zawsze z prawdziwą bitą śmietaną, nie spaskudzona tą parodią w malutkich kubeczkach, sprzedawaną u nas pod nazwą „śmietanka”. O piątej rano otwierały się malutkie bary kawowe w pobliżu przystanków, żeby ludzie jadący do pracy mogli się rozgrzać i przebudzić przy miniaturowej, parującej filiżance (jeśli ktoś nie lubi miniaturowej i mocnej, zawsze może zamówić kawę „długą” zamiast „krótkiej”, to znaczy taką, do której się leje więcej wody). Widok dla nas niecodzienny i sympatyczny to babuleńki, siedzące przy kawiarnianych stolikach, mające nieporównanie więcej radości z życia, niż polskie staruszki.
Abstrahując od kawy, najbardziej utkwiły nam w pamięci staruszki, kręcące się w kółko jak dzieci podczas nocy sylwestrowej, roztańczone w świetle sztucznych ogni, wybuchających nad zamkiem.

Człowiek spragniony „bywania” wieczorami miał do wyboru kilka lokali, choć ich wybór nie dorównywał, na przykład, kilku setkom barów w obrębie krakowskich plant. Słoweńcy nie mają aż tak we krwi szlajania się po knajpach jak my – w rzeczonych barach zazwyczaj widywało się te same twarze zwolenników siedzenia w papierosowym dymie. Ale jak już bar, to krzesła projektu Starcka, na ścianach kolekcjonerskie wydania komiksów, a wszystko, od papierowych tutek z cukrem po fartuszki, w jakich chodziła obsługa, było projektowane specjalnie dla tego miejsca, z umieszczonym logo i nazwą. A nazwa jednego z nich jest szczególnie warta wzmianki, bo to chyba najlepsza nazwa, jaką kiedykolwiek miał jakikolwiek bar. Mieścił się ów przybytek na ulicy Trubarjeva i nazywał się… Trubar.

Niezwykły talent mieszkańców do osiągania ciekawych efektów minimalnym nakładem środków, nie tylko w dziedzinie nazewnictwa barów, wywołuje uśmiech niemal na każdym kroku, jeśli ktoś się wybierze na spacer po Lublanie. Oto na przykład budynek rządowy, a przed nim ciekawa konstrukcja: w poprzek ulicy zamontowanych parę metrów szyn, jakby tramwajowych. A na szynach, niczym wagoniki, dwie ogromne, betonowe donice z kwiatami. W ciągu dnia jest na tej ulicy zakaz ruchu, więc donice wjeżdżają na środek drogi i są spinane sporą kłódką. Po osiemnastej ta specyficzna „brama” się otwiera, a donice rozjeżdżają się na boki.
Jeśli ktoś się lubi wpatrywać w szczegóły krajobrazu, niewątpliwie dostrzeże mnóstwo maleńkich „mrugnięć okiem” do przechodnia. Na przykład, znienacka do człowieka uśmiechnie się drzewo. A właściwie, niepozorna na pierwszy rzut oka, metalowa płaskorzeźba, przedstawiająca twarz wmontowaną w okrągłą powierzchnię, pozostałą po obcięciu grubego konara.

W ogóle, skoro już przy temacie roślinności w Lublanie jesteśmy, jak to jest, że dla nich było o wiele bardziej oczywiste, niż dla naszych projektantów zieleni miejskiej, użycie gatunków zimo-zielonych? Lublana w zimie jest biało-zielona, bo z każdego możliwego kąta wyglądają bluszcze, a nie zeschłe badyle. Jedna z rzeźb na Smoczym Moście/fot. stock.xchng

Lublana jest piękna nie tylko dzięki drobiazgom – to filigranowe miasto ma czarującą architekturę. W samym centrum, u stóp zamkowego wzgórza, płynie niewielka rzeka, a jej brzegi łączą trzy urocze mosty. Są to pierwsze betonowe mosty w Europie. W zimie to miejsce wygląda jak z bajki, każdy detal architektoniczny jest podkreślony sznurami kolorowych lampek.

Ludzie czują się w tym mieście dobrze, bo ono jest zbudowane dla ludzi. Okres świetności jego rozwoju przypadł na czas, kiedy w Europie królowała secesja – a secesja, to nie tylko płynność linii, to cała filozofia projektowania dla ludzi. Dla zwykłych ludzi, którym też należy się piękno, harmonia i wygoda nawet w najprostszych elementach otoczenia. Żeby polepszyć warunki klimatyczne w Lublanie, wyrąbano na przykład autostradę przez gęste lasy, otaczające miasto, żeby je przewietrzyć. Lublana bowiem mieści się w kotlinie, otoczona górami i powietrze w niej stoi. Przy dobrej widoczności można wejść na zamkowe wzgórze i Alpy wydają się tak bliskie, że niemal można ich dotknąć. Widok przepiękny, ale przez to pogoda w Lublanie jest gorsza, niż w innych regionach kraju. Jakoby, bo my przyjechaliśmy wprost z polskiego deszczo-śniegu i od razu przebraliśmy się w podkoszulki, zachwyceni słońcem i temperaturą 20 stopni w listopadzie. A nasz wigilijny stół był ozdobiony bratkami, rosnącymi na zewnątrz. Trzeba tu dodać, że jak jest zielono i słonecznie, to jest zielono i słonecznie, ale w same Święta spadł metr śniegu.
Są tu cztery pory roku, ale nie ma takiej loterii pogodowej, do której my jesteśmy przyzwyczajeni. Jak już jest zima, to jest konsekwentnie przez parę tygodni. Może i lublański klimat jest gorszy w porównaniu z resztą Słowenii, ale i tak jest nieporównywalnie przyjemniejszy, niż polski.

Zapach… Jesienią i zimą Lublana pachnie gorącymi, pieczonymi kasztanami, sprzedawanymi na ulicy.
No, tu trzeba koniecznie parę słów napisać o jedzeniu. O targu – dwupoziomowej hali, która się mieści tuż nad rzeką, w samym centrum. Na dolnym poziomie są świeże ryby (jesteśmy rzut beretem od morza), na górnym – znakomite sery: slani syr i kajmak „od baby”, świeże masło i inne wyroby mleczarskie (jesteśmy rzut beretem od gór i wsi). Oraz orzechy, oliwki i wszystko inne, co się nadaje do spożycia. Dla samego jedzenia można kochać ten kraj. Rzecz nie w wymyślności przepisów, bo potrawy nie są jakoś specjalnie skomplikowane, tylko w jakości produktów.

Kulinarne wspomnienia, na które składa się, oprócz kasztanów, słoweński „fast food” – burek (coś jakby gorąca drożdżówka z mielonym mięsem) właściwie przyćmiła… czterdziesta rocznica tamtejszego Liceum Artystycznego (piszę o tym, bo niedługo będzie pięćdziesiąta, może ktoś się załapie na obchody…). Otóż z tej okazji wydano bankiet z pieczonym prosiakiem, kawiorem, ogromnym szwedzkim stołem, na którym przez kilka godzin co chwilę pojawiały się nowe potrawy. Cały ten wypas jest właściwie mniej ważny. To, co było dla nas szokujące, to fakt, że rocznica szkoły średniej była tak ważnym wydarzeniem dla miasta (przemówienia premiera i takie tam). Ot, jakby troszkę inne miejsce edukacji w hierarchii ważnych spraw, niż u nas. O tym „innym miejscu” może też świadczyć fakt, że nasz słoweński profesor przyjeżdżał do szkoły jaguarem. A nasi słoweńscy studenci wraz z profesorami jeździli na międzynarodowe, branżowe konferencje, do takiej, na przykład, Kalifornii.

Z Chorwacji Słoweńcy importują nie tylko brzydkie wyrazy, również kulturę popularną. Większość piosenek, słyszanych w radiu, jest chorwacka. Sami z prostotą wyjaśniali, że oni tak nie potrafią, są za bardzo uporządkowani, żeby być w stanie napisać głupią, wesołą piosenkę. I zazdroszczą Chorwatom ich wyobraźni i polotu. Z zachwytem opowiadali na przykład o jakiejś manifestacji w Belgradzie – śniegu było co niemiara, więc władze ją powstrzymały, po prostu nie odśnieżając ulic. Nooo, takie ulice są też nieprzejezdne dla, na przykład, karetki pogotowia czy straży pożarnej, ale za to „coś się dzieje”. W Lublanie śnieg z ulic i chodników jest natychmiast ładowany na ciężarówki i wrzucany do rzeki, wygodnie, chociaż nudno… (faktem jest, że Słoweńcy nie są aż tak otwarci, jak inni Słowianie. Można się z nimi świetnie bawić, niemniej przełamanie dystansu zajmuje trochę czasu. No, ale nie są ani w połowie tak sztywni, jak Niemcy).
Chorwackie piosenki w radiu może i są liczniejsze, ale przecież to ze Słowenii pochodzi legendarna grupa Laibach (po niemiecku Lublana), więc Słoweńcy mimo wszystko nie mają się czego wstydzić pod tym względem.

W sklepach dość drogo, bo są wysokie podatki. I ludzie się nie buntują? Nie, dlaczego? Kraj się rozwija, usamodzielnia, potrzebuje na to środków. A mieszkańcy widzą, że ich pieniądze są wydawane rozsądnie, więc nie protestują. Na przykład, w miasteczku studenckim były na etacie dwie osoby. Pani z administracji i pan „złota rączka”. Tyle. Żadnych tabunów portierów i sprzątaczek na etatach, za pieniądze podatników. Portiernie, oczywiście, były, ale siedzieli w nich studenci, za dyżury odliczając sobie odpowiednią kwotę z czynszu za akademik.
W ogóle pomoc finansowa dla studentów w Lublanie jest bardzo sensownie rozwiązana – zamiast stypendiów socjalnych, które są u nas i zazwyczaj natychmiast zostają przepijane, tam są bony obiadowe do różnych restauracji, dotowane przez rząd. Genialnie prosty sposób na to, żeby pieniądze z budżetu państwa w sposób kontrolowany wspomagały żądną nauki młodzież i lokalny biznes.
W autobusach na przystankach otwierają się wszystkie drzwi. Ale wsiada się tylko przednimi i tam się płaci kierowcy. Pozostałe służą do wysiadania i nikt tego zakazu nie przekracza, mimo braku jakichkolwiek barierek. Na ulicach stoją rowery w stojakach. Nieprzypięte, bo po co taszczyć ze sobą jakieś łańcuchy, kłódki, skoro można mieć pewność, że rower będzie stał tam, gdzie go zostawiono? Ot, kraj uczciwych ludzi. Po cholerę sobie komplikować życie niepotrzebnymi kombinacjami? Kiedy chcieliśmy skorzystać z uczelnianej pracowni komputerowej, któryś ze studentów zwyczajnie wyjął z kieszeni klucz do niej, mówiąc, że do końca tygodnia nie będzie go potrzebował. Czy to nie łatwiejsze dla wszystkich, niż pracownie, zamykane na siedem spustów na polskich uczelniach, bo a nuż by ktoś coś rąbnął (wspomniana pracownia komputerowa też nie była ufundowana przez budżet państwa, studenci zrobili fuchę dla telewizji w zamian za wyposażenie)?

Miejsce, w którym siedzę i spisuję te wspominki, ma na mapie kształt pistoletu, wszystko tu jest przeładowane, ponadwymiarowe (kurczaki też, broń również), kolejne kilometry zieleni są codziennie zalewane tonami betonu (sorry Winnetou, business is business). Staruszki, i w ogóle wszyscy, siedzą w domach, na ulicach nie ma prawie nikogo, zresztą wiele miast w ogóle nie ma chodników. Nie wiem, czy mały kraj w kształcie kurczaka nadal jest taki, jak dziesięć lat temu, tuż po odzyskaniu wolności. Wierzę, że tak, to jest zbyt mądry naród, żeby się wygłupiać i włączyć w owczy pęd pogoni za jakąś tam globalizacją.