fot. MikeByła nas spora paczka. Wiadomo, znajomi znajomych, spotkani przypadkowo na jakimś zlocie ludzie, ludzie w różnym wieku, których łączyła miłość do motocykli i turystycznego ich wykorzystywania. Połączyła nas też data: jeden z częstych w Polsce dłuuuuuuugich weekendów, rozpoczynajacy się 1 maja.

Podróżując po Kielecczyźnie natrafiliśmy, ładnych naście już chyba lat temu, na maleńką miejscowość Ujazd. Tak naprawdę nikt się nie spodziewał, że zobaczymy tam coś takiego… Owszem, przewodniki mówiły o pałacu, że góruje, że duży, a znając opowieści o Krzysztofie Ossolińskim można było przewidzieć jakieś dziwactwo…
Stało się dla nas tradycją, że właśnie 1 maja zbieraliśmy się bracią motocyklową na dziedzińcu, tam rozbijaliśmy namioty, rozpalaliśmy jakieś ognisko i czekaliśmy na wieczór, kiedy to Jacek opowiadał nam o pałacu to, co już wszyscy znali i zupełnie nowe historie, które wygrzebywał w bibliotekach i od różnych ludzi.

Tereny te przez wiele wieków należały do wielce znaczącego w XVII wieku rodu Ossolińskich. Główną siedzibą owego rodu był Ossolin, od którego rodzina wzięła swoje nazwisko… Pierwszy drewniany zamek zbudował na początku XIV wieku Jan Topór, zwany Owcą, a potem przebudował go jego syn, również Jan Topór – kasztelan wiślicki. Od tamtego czasu ród Toporczyków-Ossolińskich rósł w siłę i bogactwo, by w XVII wieku osiągnąć szczyt.
Dwóch ich było: liczących się magnatów z koneksjami, braci przyrodnich: Jerzy – Kanclerz Wielki Koronny na dworze Władysława IV Wazy, wybitny mówca, dyplomata (nadano mu nawet tytuł Księcia Cesarstwa Rzymskiego – dostał go z rąk papieża i cesarza Ferdynanda II), a jednocześnie znienawidzony, budzący strach intrygant, wróg zajadły Kniazia Jeremiego Wiśniowieckiego; i brat jego Krzysztof – wojewoda sandomierski, wieloletni poseł na sejm, deputat do rewizji skarbu, zajmujący się między innymi dostawami dla wojska (na czym zbił większość swego majątku).

Obu nosiło po świecie – zagraniczne studia, bawienie na wielu dworach, misje poselskie i wojenne. Obaj mieli dobra w całej Rzeczypospolitej… ale Jerzemu się dostał w spadku Ossolin, gniazdo rodu, a, jako że wcześniej już skromnym nie był (opowieści snuto w całej Europie, jak to w odwiedziny przyjeżdżając, kłuł w oczy szatami bogato wysadzanymi diamentami, a w podróży towarzyszyło mu 300 koni, podkutych złotymi podkowami), postanowił Ossolin rozbudować, żeby podkreślić swój status magnata.fot. Mike

Krzysztof nie chciał się czuć gorszy i choć na jednym polu przewyższyć brata… Gdy już zebrał fundusze, postanowił wybudować rezydencję, która byłaby największa w Europie (i była do czasu wybudowania Wersalu).

Do dziś historycy sztuki toczą spory dotyczące stylu architektonicznego (czy jest renesansowo-barokowy, czy też manierystyczny). Nie jest to jednak ważne, ważniejsze jest, że Krzysztof – oficjalnie bardzo religijny, zajadły kontrreformata (ponoć to on stał za wypędzeniem arian z Rakowa, choć jego dziadek Hieronim był kalwinem), w zaciszu swoich specjalnie do tego przygotowanych komnat zajmował się okultyzmem i magią… Stąd tak niezwykły powstał budynek. Ściągnął z Alp słynnego architekta Wawrzyńca Senesa (być może też on rozbudowywał Ossolin) i zażądał budynku, który miałby (oprócz tak modnego wówczas trendu palazzo in forteca) odniesienia do aramejskiej księgi kabały Zohar.

Wyglądem częściowo wzorowany na pałacu kardynała Fernese we włoskiej Capraroli – dziele Vignoli, Krzyżtopór był swoistym kalendarzem: cztery wieże symbolizujące kwartały, 12 sal – miesiące, 52 pokoje – tyle, ile tygodni w roku oraz 365 okien – tyle, ile dni oraz jedno odkrywane w roku przestępnym.

Cały kompleks zajmował 1,3 hektara a jego kubatura wynosiła 70 tysięcy m3. Ponoć do budowy zużyto 11 tysięcy m3 piaskowca kwarcytowego, 300 m3 piaskowca kunowskiego, 30 tysięcy dachówek, 200 tysięcy cegieł, 500 ton wapna palonego i 5 tysięcy m3 piasku; do tego marmury, alabastry, egzotyczne drewno. Przy jego budowie pracowały tysiące ludzi (podobno też jeńcy wojenni). Wybudowano kilka kamieniołomów, cegielni, warsztatów snycerskich i rzeźbiarskich.
Miejsce położenia bardzo piękne i świetne strategicznie. Na zboczu kamiennego wzgórza z ciurkającym źródełkiem, ponad doliną rzeki Koprzywianki z podmokłymi łąkami – wybudowana forteca była praktycznie nie do sforsowania i nadawała się do przetrzymania długiego oblężenia.

Całość była wybudowana na planie gwiazdy pięcioramiennej (lub orła z rozpostartymi skrzydłami).
Zewnętrzne mury z nasypem miały grubość do kilku metrów, całość otoczona fosą, przez którą do bramy prowadził most zwodzony. Wnętrze fortyfikacji tworzył pałac z eliptycznym dziedzińcem. Dziedziniec otaczały parterowe, sklepione galerie, po których jeździły karoce (a mówiono też, że mogły one przejeżdżać podziemiami do Jerzego, do oddalonego o kilkanaście kilometrów Ossolina).

Na fasadzie budynku głównego w 80 wnękach, ozdobionych rzymskimi łukami triumfalnymi, znajdowały się płaskorzeźby, polichromie i nazwiska przodków i krewnych Ossolińskich, umieszczone tu specjalnie po to, żeby ukazywać niezorientowanym potęgę i koneksje rodu Ossolińskich i wzbudzać należny szacunek.  fot. Mike
O wyposażeniu pałacu do tej pory krążą legendy (jakiś czas temu można tam było spotkać dziadka, który twierdził, że jakiś jego przodek był kamerdynerem w pałacu, i on sporo opowiadał).

W zachodniej, ośmiokątnej wieży, w piwnicach, znajdowało się źródło, które zaopatrywało w wodę cały pałac, ale także za pomocą systemu rur doprowadzało wodę do sklepienia sali jadalnej na pierwszym piętrze. Tworzyła je ogromna tafla kryształu, stanowiąca dno akwarium, w którym pływały złote rybki.
To nie jedyne niezwykłe rozwiązanie techniczne. Znajdował się tam też doskonale działający system grzewczy i wentylacyjny, doprowadzający świeże i ciepłe powietrze do komnat i zapobiegający zawilgoceniu bardzo grubych murów, położonych nad wodą.

Nie tylko ludzie mieli wspaniałe warunki bytowe. Znajdowały się tam przestronne stajnie dla ukochanych przez Krzysztofa Ossolińskiego białych koni. Miały one żłoby z białego marmuru, naprzeciw niewielkich okienek, a nad nimi ogromne, kryształowe lustra dla doświetlenia pomieszczeń. Ponoć i akustyka w stajniach jest niesamowita… trudno powiedzieć, czy przypadkowo.
Wieść gminna niesie o cudownych ogrodach (także wiszących) na terenie pałacowym i wspaniałym rosarium (do tej pory miejscowi nazywają przestrzeń przed murami różańcem). Obaj bracia zachowali pozory wspaniałych kontaktów, ale na każdym kroku współzawodniczyli ze sobą… znamienitszymi gośćmi, bogatszym wystrojem, wspanialszymi przyjęciami.

Słuchaliśmy tak długo, próbując sobie wyobrazić ten przepych, nie do końca się to udawało… bo wszędzie było pełno śmieci, zostawionych przez „turystów”, mury pozostawione bez sklepień, porośnięte małymi drzewkami, czepiającymi się korzeniami załomów i zdobień. Paskudny reflektor oświetlający dziedziniec ściągał owady, a do nich zlatywały się nietoperze. Atmosfera robiła się coraz bardziej tajemnicza, gdzieś z wieży odezwał się jeden z rezydujących tu puszczyków… Nadeszła pora na opowieści o duchach i niesamowitościach…

Budowa pałacu trwała 13 lat, ale tak naprawdę nigdy nie został on ukończony(na ścianie została wpisana data 1644)

[OJCZYŹNIE MEY] POLSKI[EY]
[WOJEWÓDZTWU] SEND[OMIR-]SKIEMU
BRACI MEY MIŁEY
W HONOR DOMÓW ICH…
KRZYSZTOPH NA TĘCZYNA OSSOLI[NSKI]
WOJEWODA SENDOMIRSKI
WYSTAWIŁ 1644

Owszem, zamieszkała w nim rodzina Krzysztofa, nie wiadomo do końca, czy on sam także, ale ludzie opowiadają, że i tak bardzo zapadły im w pamięć jego wyczyny… Już w trakcie budowy urządzano z ogromnym przepychem możliwe do zamieszkania fragmenty pałacu. Przyjmowano znamienitych gości, ponoć sam król bawił tu przejazdem. Ludzie opowiadali też o sannach w środku lata, urządzanych na drogach, wysypanych cukrem klonowym (sól była chyba za tania).

Opowiadano też o dziwnych i strasznych chwilach …

Jedna z opowieści mówi o tym, że pan wojewoda sandomierski, wielce szanowany obrońca Kościoła, potajemnie zabawiał się magią. Jego eksperymenty były ponoć tak niebezpieczne, że otworzył o jedne drzwi za daleko i sprowadził z zaświatów jakiegoś demona. Zdarzyło się to jeszcze przed powstaniem Krzyżtoporu i to właśnie ta budowla miała mu pomóc w wypędzeniu demona z powrotem. Za poradą mistrza magii z Krakowa (nie znam jego imienia) stworzył dom w miejscu magicznym, gdzie ze skały woda ciecze i magiczną formułą go postawił, kalendarz jednego roku tworząc. Po postawieniu domu miał razem z mistrzem odprawić obrzęd odesłania. Pech, czy inna siła sprawcza, nie pozwolił na to. W drodze do Krzyżtoporu mistrza napadli zbójcy i zamordowali… Od tej chwili „kalendarz” zaczął odliczać ostatni rok życia Krzysztofa… Zmarł on 24 lutego 1645 roku w Krakowie, w drodze na sejm. Jedni mówią, że na zawał, inni, że na wylew, nagły atak febry, a jeszcze inni, że strach go zabił… Pochowano go w kościele karmelitów bosych, w habicie franciszkańskim.

Na bramie wejściowej są umiejscowione dwa znaki Topór – herb rodu (od nazwiska protoplasty) oraz Krzyż – symbol wiary i kontrreformacji, której hołdował Krzysztof. Ale znajduje się tam też mała literka W – może to być herb rodu matki Krzysztofa (Sienieńskich) lub herb habdank, lub też , jak sądzą inni, stylizowany hieroglif według księgi Zohar, oznaczający wieczne trwanie tego miejsca…

Jego spadkobierca, jedyny syn, Krzysztof Baldwin, też nie miał szczęścia. Dwa razy się żenił i obie żony młodo zmarły bezpotomnie, pogrążając go w rozpaczy. W 1648 roku w ramach pospolitego ruszenia ruszył ze stukonną chorągwią husarską do tłumienia powstania Chmielnickiego. Rok później zginął, ugodzony tatarską strzałą pod Zorowem. On to ponoć w rocznicę śmierci pokazuje się jako czarny rycerz na dziedzińcu pałacowym.
Krążą też opowieści o białej damie. Była nią stara panna, krewniaczka Krzysztofa, mieszkająca jako rezydentka w bocznym skrzydle. Po młodzieńczym zawodzie miłosnym stała się bardzo zgorzkniała i jedynym stworzeniem, któremu ufała był jej mały biały piesek, który według niej znał się na ludziach. Gdy napotkany przez nią człowiek został obszczekany przez psa, ginął w nieznanych okolicznościach… mordowany i ukrywany w lochach przez jej sługi. Znalazł się jednak taki, który słyszał o tym opowieści. Ukrócił je za pomocą szabli, ucinając głowę , najpierw pani, potem pieskowi i wrzucając ich tam, gdzie leżały ich ofiary…
Jeszcze jedna legenda mówi, skąd się wzięła nazwa Ujazd – wioski, która wcześniej Unieszowem się zwała. Podczas potopu szwedzkiego, przerażeni doniesieniami o ogromie zniszczeń i okrucieństwie najeźdźców, mieszkańcy zamku nie odważyli się pozostać w twierdzy, która właściwie była nie do zdobycia. Na pierwszą wieść o zbliżaniu się armii uciekli podziemiami do odległego o kilkanaście kilometrów Ossolina. Żeby nie naprowadzić jednak najeźdźców na swój trop, przekuli koniom podkowy odwrotnie, żeby sprawiały wrażenie śladów do Krzyżtoporu, a nie ucieczki z niego. fot. Mike

Nad zamkiem wisiało jakieś fatum. Nigdy nie dane mu już było wrócić do świetności. Szwedzi wywieźli wszystko, co dało się unieść, potem wojska Rakoczego, konfederaci barscy. Kolejni spadkobiercy byli w stanie tylko utrzymywać go w stanie ruiny do zwiedzania… Front wschodni oczywiście, a potem komunistyczne wszystko jest wspólne dalej pozwalało rozkradać materiały budowlane. Paradoksalnie – był plan odnowienia budowli za komuny. W 1980 roku Ministerstwo Obrony Narodowej pozyskało fundusze na renowację zamku z przeznaczeniem go na ośrodek hotelowo-wypoczynkowy. Niestety, wprowadzenie stanu wojennego zniweczyło inicjatywę.
Pałac stał się kłopotem dla gminy. Utrzymanie i zabezpieczanie Trwałej Ruiny jest kosztowne. Były próby organizowania pokazów światło-dźwięk, koncertów muzycznych (np. disco-polo, o zgrozo), ale po wypadku i połamaniu nóg przez jednego z uczestników pokazów zaprzestano. Od kilku lat w maju odbywają się tu turnieje rycerskie.

Słuchaliśmy tak zazwyczaj do północy. A potem z latarkami ruszaliśmy na spacer, zaglądając w dostępne podziemia (niestety, ani śladu lochów wiodących poza zamek). Pohukiwały sowy, czasem zerwał się obudzony przez nas ptak, czasem snuły się mgły znad pobliskiej rzeczki. Schodziliśmy do piwnicy pod wieżą, gdzie nadal bije krystaliczne źródło (zasypane stertą śmieci, ale, o dziwo, ponoć nadal woda jest pitna – nie ryzykowaliśmy). Niestety, coraz częściej znajdowaliśmy np. spalone gniazdo sów, ze szczątkami ptaków, grafitti na ścianach i ślady po gościach, którzy nie potrafią usłyszeć mowy kamieni…

PS.  Pobliski zamek Jerzego Ossolińskiego nie przetrwał w ogóle. Jedynym pozostałym elementem jest most nad wąwozem, który do tej pory wywiera duże wrażenie. Pozostała też dziwaczna kaplica w ziemi, zwana Betlejemką…
Zamek zapewne stałby do dziś (z grubymi murami o średniowiecznym rodowodzie), gdyby nie Antoni hrabia Lędóchowski, który w 1806 roku zburzył zamczysko, oficjalnie twierdząc, że nie stać go na odnowienie i nadanie mu należnego przepychu…  a w tajemnicy zapewne poszukując nieprawdopodobnych, ukrytych bogactw jednego z największych magnatów Rzeczypospolitej.

 

Autor zdjęć: Mike