Między Nikaraguą a Kostaryką jest jakieś dwa kilometry ziemi niczyjej. To pamiątka z czasów wojny domowej. Kostaryka wydzieliła ten pas, gdy armia sandinistów ostrzeliwała contras, chroniących się po drugiej stronie granicy.
Autobus zostawia mnie tuż przed bramą prowadzącą do tej strefy neutralnej. Nie widzę żadnego posterunku celnego, tylko przed przejściem przez bramę mam wypełnić jakiś dokument.
Mam przed sobą 2 kilometry do przejścia pieszo, co z moim bagażem i przy 30 stopniach ciepła jest prawdziwą drogą przez mękę.

Kiedy w końcu dowlokłem się do posterunku kostarykańskiego, okazało się, że jest kolejka. Zrzucam plecak i grzecznie czekam na swoją kolej.
Po pół godzinie zorientowałem się, że stoję do złego okienka. Spokojnie. Przechodzę na koniec drugiej kolejki. Po półtorej godzinie przyszła moja kolej. Kostarykański celnik był niemal tak miły jak kilka dni wcześniej nikaraguański. Szukał w moim paszporcie stempla wyjazdowego z Nikaragui. A że go nie znalazł, bo go po prostu nie miałem, kazał mi wracać do Nikaragui i dostać zaświadczenie o wyjeździe. Żadne tłumaczenia nie pomogły, musiałem iść z powrotem.
Czy mam jeszcze dwa razy wędrować z moim bagażem te 2 kilometry w tę i z powrotem? Tego bym nie wytrzymał.

Pakuję się do najbliższego biura. W środku dwie panie, nieco zaskoczone moim pojawieniem się. Nie daję im dojść do słowa. „Ja zostawię tutaj mój bagaż na moment, bo muszę przejść jeszcze przez granicę i zaraz wracam” mówię. Kładę plecak i torbę w kącie pokoju i z góry dziękuję za przysługę. Nie zdążyły nic powiedzieć, a już byłem na zewnątrz. Jeden problem z głowy. Zastanawiam się tylko, czy będę musiał kolejny raz płacić wjazd do Nikaragui czy nie.
Po jakichś 25 minutach znowu jestem przy bramie. Dopiero teraz widzę, że po drugiej stronie drogi jest nikaraguański posterunek graniczny, do którego powinienem zajrzeć wcześniej. Wchodzę do środka i tak, jak myślałem, najpierw jest odprawa dla wjeżdżających, a dopiero nieco dalej dla wyjeżdżających. Tłumaczę o co mi chodzi, tym razem celnikiem była kobieta. Uśmiecha się, ogląda mój paszport. Przygląda się wszystkim wizom, stempelkom.”Dużo podróżujesz, który kraj ci się najbardziej podoba?”- pyta. „Jak mi wstemplujesz wyjazd z Nikaragui, to będzie to Nikaragua” odpowiadam.
Śmieje się, wychodzi, aby za moment przynieść mi paszport z wstemplowanym wyjazdem. Moja wdzięczność nie ma granic.Wracam na stronę kostarykańską, niecała godzina czekania na wstemplowanie wjazdu i jestem w Kostaryce.

Z samej granicy odchodzi wiele autobusów do San Jose, jednak czasami mogą być problemy z biletami. Jest wyjątkowo dużo ludzi. Mogę czekać kilka godzin na miejsce w tańszym autobusie lub odjechać za moment pierwszą klasą. Zawsze staram się podróżować klasą ostatnią, a nie pierwszą, nie tylko, że tak jest taniej, ale dlatego, że tak jest ciekawiej. Klimatyzowane autobusy pierwszej klasy z video i barkiem wszędzie są takie same. Za to jadąc autobusem czy pociągiem w standardzie poza wszelką klasą, możemy się dużo nauczyć o kraju, w którym jesteśmy. Jednak do San Jose jest ponad 300 kilometrów, a ja nie chcę tam dotrzeć w środku nocy. Kupuję bilet pierwszej klasy. fot. sxc

Już po pierwszych kilometrach w Kostaryce widać, że jest to kraj zdecydowanie różniący się od reszty krajów Ameryki Środkowej. Jest dużo czyściej, lepsze samochody, pola to nie nieużytki, jak było wcześniej, tylko pastwiska dla bydła. Widać dużo krów i kowboi, zarówno na koniach jak i w dużych pickupach. Na koniu, czy w samochodzie, kowbojski kapelusz jest obowiązkowy.
Dosłownie co kilkanaście kilometrów jest posterunek policji. Za każdym razem  policjanci sprawdzają dokumenty. Z autobusu, którym jadę, zabranych zostało dwóch Nikaraguańczyków, którzy pewnie nielegalnie weszli do Kostaryki. Jeszcze tego samego dnia odesłani zostaną z powrotem. Jak sobie przypominam granicę, to pewnie nie jest wielką sztuką prześliznąć się koło budynku celnego.

Mijane stacje benzynowe i sklepy takie same jak w Europie. Zatrzymujemy się na obiad przy dużym parkingu, wokół którego jest kilkanaście restauracji, supermarket, hotel. Chyba wszystkie restauracje prowadzone są przez Chińczyków. Kupuję górę ryżu z wołowiną, warzywami itd. Do tego kostarykańskie piwo. Bardzo dobre. Za wszystko płacę ponad 1300 colonów, czyli prawie 6 dolarów. Dobrze mi się wydaje, że Kostaryka jest zdecydowanie droższa niż reszta Ameryki Środkowej. Tanio czy drogo, to może istotne dla turystów. Dla mieszkańców myślę, że ważniejsze jest, ile się zarabia, a dochód na mieszkańca jest tu też zdecydowanie wyższy niż w Hondurasie, czy w Gwatemali.
Sama nazwa kraju Costa Rica znaczy bogate wybrzeże. Kiedy Kolumb przybył na północne wybrzeże, spotkał Indian obwieszonych taką ilością złota, że nadał właśnie taką nazwę nowo odkrytej ziemi. Z Kolumbem w Ameryce Środkowej to dosyć zabawna i smutna sprawa. Nikt mu nie wyjaśnił, że nowo odkryty ląd, to nie żadne Indie, których szukał (o tym Indianie nie mogli wiedzieć), ale, co gorsza, nikt też mu nie powiedział, że kawałek dalej znajduje się drugi ocean.

Czym bliżej San Jose, tym mniej pastwisk, a więcej gór. Góry i dżungla były główną przeszkodą w szybkiej kolonizacji tego kraju. Utworzenie jako takiej administracji zajęło Hiszpanom ponad 60 lat.
Kiedy wjeżdżamy wyżej nad poziom morza, klimat jest fantastyczny. Nie jest gorąco, ale też o żadnym zimnie nie można mówić. Wspaniałe widoki na góry i doliny. W oddali widać wulkany. Chyba żaden inny kraj nie ma tylu wulkanów, co Kostaryka. Piękne zdjęcia wulkanów, w tym z erupcji wulkanu Arenal w 1968 roku możemy obejrzeć na stronie The Living Edens: Costa Rica .

Już sam człon nazwy internetowej strony – Edens – daje nam wyobrażenie o tym kraju. 12% powierzchni Kostaryki zajmują Parki Narodowe. 850 gatunków ptaków, quetzale, kolibry, tukany. 1400 gatunków drzew. Wodospady, wulkany, dżungla, góry, plaże i spokój. Wszystko to na stosunkowo niedużej powierzchni.

Kostaryka, wulkan Arenal    Ten spokój pewnie jest dla Kostaryki najważniejszy i od zawsze napędzał kostarykańską ekonomię. W porównaniu z innymi krajami Ameryki Środkowej Kostaryka jest oazą pokoju. Jedynie dwa razy w historii Kostaryki zdarzyły się poważniejsze działania wojskowe. Raz w XIX wieku Kostarykę najechał samozwańczy prezydent Nikaragui, kowboj Wiliam Walker. Drugi raz, w 1940 roku, doszło do wojny domowej po średnio uczciwych wyborach prezydenckich.
W 1949 nowo zatwierdzona konstytucja byla bezprecedensowa w regionie. Nie tylko dawała prawa wyborcze Murzynom i kobietom, ale znosiła armię! W 1987 ówczesny prezydent Kostaryki Oscar Arias odebrał Pokojową Nagrodę Nobla.

Właśnie jesteśmy koło lotniska w San Jose. Spod  terminalu odchodzą autobusy do centrum i do Alajuela, miasta kilkanaście kilometrów na północny zachód od stolicy. Jeszcze w Meksyku nawiązałem kontakt ze szkołą językową w Alajuela i wyglądało na to, że potrzebują nauczyciela angielskiego. Było jeszcze dosyć wcześnie, więc postanowiłem pojechać do tej szkoły i na miejscu zobaczyć warunki, jakie ewentualnie mogliby mi zaproponować.
Dyrektor okazał się całkiem sympatyczny i przedstawił mi już gotowy plan moich zajęć. Moment, moment. Ja przecież jadę do Kolumbii, a najważniejsze, dlaczego teraz miałbym przyjąć pracę za niższą pensję niż miałem w Veracruz? Kiedy tak z nim rozmawiałem, okazało się, że w Kostaryce nietrudno jest dostać pracę przy uczeniu języków obcych. Szczególnie Amerykanie i Europejczycy witani są z otwartymi rękoma. Potem w Wenezueli poznałem Australijkę, a właściwie Szwedkę, która mieszkała ponad 3 lata w San Jose ucząc angielskiego. Wiem, że z czasem raczej na pewno dostałbym jakąś lepszą pracę w San Jose, ale czy ja chcę mieszkać w San Jose? Zobaczmy najpierw miasto.

Mimo że z Alajuela do San Jose jest niedaleko, to spędziłem 2 godziny w kolejnym autobusie. Powód jasny – korek. Pozwoliło mi to jednak przyjrzeć się miastu. Wzdłuż tras dojazdowych, jeden koło drugiego, salony samochodowe wszystkich marek. Dominują marki japońskie i europejskie. Centra handlowe jak w Stanach. W centrum miasta oświetlone sklepy otwarte do późna, duży ruch na ulicach. Ale dlaczego jest tak mało ciemnych kobiet? Większość ludzi wygląda zupełnie tak samo, jak mieszkańcy Europy. Ja nie chcę mieszkać w korku i nie chcę mieć białej dziewczyny.
Później dowiedziałem się, że jeżeli ktoś lubi ciemny kolor skóry, to należy pojechać na wybrzeże karaibskie do Puerto Limon. Czarnej enklawy Kostaryki. Coś takiego, jak Livingston w Gwatemali. Można się tam dostać autobusem lub pociągiem. Chociaż to tylko 165 kilometrów, podróż zajmuje cały dzień. Chyba jednak w Kostaryce nie zostanę.

O 1 w nocy mam TicaBus bezpośrednio do Panama City. Mam więc prawie 4 godziny na rozejrzenie się po stolicy. Tak się szczęśliwie lub nieszczęśliwie złożyło, że terminal TicaBus znajduje się w dzielnicy czerwonych świateł San Jose. Zostawiam na dworcu swój bagaż i idę się rozejrzeć. Pierwszy z brzegu bar koło dworca, do którego naprawdę przypadkowo wszedłem, okazał się zwykłą agencją towarzyską.   Dziewczyny całkiem, całkiem, ale 50 dolarów za drobną przysługę, to myślę, że trochę za dużo. Wypijam piwo i wychodzę. Piwo w barach kosztuje dolara za butelkę, czyli dwa razy więcej, niż jeszcze wczoraj płaciłem w Granadzie.
Od razu rzuca się w oczy to, że jest dużo dziewczyn, których pełnoletność wydaje się mocno wątpliwa. We wszystkich nocnych klubach i barach mnóstwo młodych kobiet, które w porównaniu z, powiedzmy, Meksykankami, wydają się być bardzo ładne. Myśląc tak, nie wiedziałem jeszcze, jakie to szczęście spotka mnie w Kolumbii.

Oprócz dziewczyn jest też sporo cudzoziemców w różnym wieku. Przeważają jednak Amerykanie, Niemcy dobrze po czterdziestce, pięćdziesiątce. Jest to to, czego nie lubię. Starszy facet i kilkunastoletnia dziewczyna będąca z nim, a właściwie z jego pieniędzmi. Z drugiej strony ciekawe, ile lat będzie miała moja dziewczyna jak ja będę miał 50? Zobaczymy.

Kostaryka jest sławna nie tylko z ptaków i wulkanów, ale też z pedofilii, homoseksualizmu i innych odchyleń, które napawają mnie wstrętem. O ile jednak seksturystyka jest tu już od dość dawna, nowością jest cała rzesza świadczeń medycznych dokonywanych w tutejszych prywatnych klinikach za cenę kilkukrotnie niższą niż w USA. Wielu Amerykanów wakacje traktuje jako dodatek do tanio, a dobrze zrobionej protezy zębowej, silikonowego biustu czy nowego nosa. Gazety pełne są medycznych reklam.
Drugi dobrze rozwijający się sektor gospodarki, to rynek nieruchomości. Już będąc na Florydzie poznałem całe mnóstwo osób, które swój drugi dom chce mieć lub już ma właśnie w Kostaryce. W wielu rajskich zakątkach kraju powstają całe osiedla dla amerykańskich czy europejskich emerytów. Wygląda to trochę jak luksusowe getto.

Ale nie wszystko jest takie miłe. Chodząc tak po ulicach wydaje mi się, że jest średnio bezpiecznie. Dużo dziwnych ludzi mnie zaczepia. Nie wiem, czy tylko chcą mi sprzedać marihuanę, kokainę czy zwyczajnie chcą mnie okraść.

O północy wracam na dworzec. Do Panama City przeszło 700 kilometrów.

Zdjęcia z serwisu SXC.hu

Odcinek poprzedni – Nikaragua
Odcinek następny – Salwador, wstrząs