Lizbonę opuściliśmy bez żalu, jadąc wreszcie nad morze – na północ od stolicy, do wioski rybackiej Peniche. Na miejscu zostaliśmy zgarnięci przez zgarbioną w pół, ubraną na czarno staruszkę, która zaprowadziła nas do swoich pokoi na wynajem. Pani mówiła tylko po portugalsku, często zanosząc się chrapliwym śmiechem, kończącym się zazwyczaj dyszeniem i kaszlem świadczącym o wielu latach palenia papierosów. Okazało się jednak, że za pomocą kartki papieru, gestów i mojego szczątkowego hiszpańskiego można się jakoś porozumieć.
Następnego dnia rano nawet zrozumiałam, gdy pani ze zdziwieniem patrzyła się na plastikowy filtr do parzenia kawy, że myśli, że jesteśmy Francuzami, a potem, gdy wyciągnęłam nasze jogurty z lodówki (dzięki której mogłyśmy z E. zjeść przynajmniej kilka śniadań o regularnych porach), że komentuje, jakie to zdrowe i niskokaloryczne.
Peniche to także szerokie, piaszczyste plaże i pierwszy kontakt z zimnym Atlantykiem, jego falami i silnymi prądami morskimi. Po plaży biegały dzieci – smukłe, zwinne, długonogie, w kolorze od kawy z mlekiem po małą czarną (nazywaną w Portugalii bica). Zastanawiałyśmy się z E., w jakim wieku następuje metamorfoza i te gibkie stworzenia zmieniają się dość przysadzistych mężczyzn i kobiety, oraz jaki to ma związek z pastelariami
Peniche to także plażowa biblioteka, mieszcząca się w drewnianej budce, zachęcająca do wypożyczania książek dla dzieci i poezji, oraz, niestety, plażowi ekshibicjoniści i zboczeńcy (po pierwszym dniu podejrzliwie przyglądałam się mijanym wydmom). Trwał nasz szok klimatyczny, bo wieczorami temperatura spadała zdecydowanie poniżej 20 stopni. W Peniche także zaobserwowaliśmy ciekawą lokalizację partii komunistycznej – przy głównym rynku, sąsiadując z kościołem. To samo powtórzyło się w Tavirze, naszym kolejnym przystanku, z partią socjalistyczną.

 Tavira znajduje się na południu Portugalii, ok. 30 minut drogi pociągiem z Faro. Wybrałyśmy tą miejscowość z E. kierując się a) entuzjastycznym opisem w przewodniku, b) chęcią pojechania na południe i nad morze. Wszystko się zgadzało: południe, miasto urokliwe, temperatury bardziej hiszpańskie (więc, jak liczyliśmy, ocean cieplejszy), tylko nie było morza. Pobłądziwszy trochę po mieście i gapiąc się to na rzekę, to na mapę, doszliśmy do przykrego wniosku, popartego uważną lekturą Pascala: Tavira leży nad rzeką, nad morze trzeba popłynąć statkiem na wyspę (Ihla di Tavira). Tymczasowo pocieszyliśmy się odkryciem supermarketu otwartego w niedzielę i nabytym w nim dojrzałym melonem (okazało się, że jeden dla dwóch osób – E. i ja – nie jest wcale za duży), a nazajutrz okazało się, że płynięcie na wyspę wcale nam nie przeszkadza – chociaż woda wcale cieplejsza nie była.

Nad morze można było się też dostać z pobliskiego Pedras del’Rei, tym razem idąc przez most i wydmy lub, jak ktoś jest bardzo leniwy lub zmęczony, podjeżdżając antyczną ciuchcią. W Pedras fale powalały z nóg, i to dosłownie: dalej niż do pasa wejść nie można było, fale nawet przy samym brzegu przewracały nas i wciągały w głąb oceanu, ściągając przy okazji i części garderoby, i maski bądź okularki ochronne.
    Tavira: jednopiętrowe domy, często ozdobione kafelkami i… kołatkami w kształcie rąk. Z ratusza od rana do nocy leci fado (nie za głośno, ale wystarczająco, by być „muzyką tła” w całym centrum), całość przedzielona rzeką. Wieczorami życie towarzyskie koncentruje się wokół skweru nad rzeką: całe rodziny przesiadują na ławkach obok turystów. To także knajpka, w której jedliśmy słynne portugalskie sardynki i wieprzowinę z małżami, popijając wreszcie nie wino Don Simon z kartonika (czasem z Caserą, wodą gazowaną z kwaskiem cytrynowym, powszechnie reklamowaną jako składnik do tinto de verano), ale z butelki. Ponieważ właściwie butelka była nie jedna, wieczór skończył się chichotami na balkonie i machaniem ozdabiającą, jak wszędzie, balustradę flagą narodową.

Z Taviry wróciliśmy do Hiszpanii. Kilka godzin spędziliśmy w Sewilli. To wystarczająco dużo czasu, by obejrzeć katedrę i przejść się po starej dzielnicy miasta, ale niewiele więcej. Czuję się Sewillą trochę rozczarowana – a może to po prostu niedosyt. Katedra z całą pewnością nas zaskoczyła, i to nie w pozytywnym sensie. Przyzwyczajeni jesteśmy do katedr wysokich i strzelistych, a ta największa na świecie zajmuje dużą powierzchnię, ale wszerz. Jak to E. ujęła, „wygląda, jakby ktoś ją rozdeptał”… a potem mocno ozdobił, także od środka (np. ołtarz razi blaskiem). Wewnątrz, jak wszędzie, sporo rusztowań i prac renowacyjnych, a w ramach muzyki – „Cztery pory roku”. Nie widząc żadnego związku pomiędzy miejscem a utworem muzycznym, poszłam w końcu do informacji, gdzie pani powiedziała szczerze: „No, zrobili płytkę i puszczają, ale nie wiem dlaczego akurat to”. „Zrobili płytkę?” – skopiowali nielegalnie?

 

Z Sewilli pojechaliśmy (nieklimatyzowanym autokarem – co raczej rzadko się zdarza – przy 40 stopniach) nad morze, do Conil, na Costa de la Luz – ostatni kawałek Atlantyku przed Gibraltarem. Wciąż szukaliśmy miejsc do nurkowania, ale jeszcze nie było idealnie – owszem, były skały i trochę życia podwodnego, jednak ocean nie jest spokojny (fale mniejsze lub większe), a więc i widoczność nie jest idealna.
Conil, Costa de la LuzDrugiego dnia pobytu w Conil zaskoczył nas zamknięty supermarket, a gdy rozejrzeliśmy się dookoła, zobaczyliśmy, że ogólnie jest pustawo. Wesoły pan w informacji turystycznej oznajmił z dumą: „Bo jest święto” – Matki Boskiej z Karmelu, i zaprosił nas na wieczorne obchody. Obchody polegały na procesji, obnoszącej figurę Matki Boskiej po miasteczku oraz fajerwerkach. Czekając na procesję, która miała typowe południowe opóźnienie, jedliśmy morski fast food: małe krewetki w tutce papieru. W końcu się pojawiła: damy w mantylkach, ministranci (z wystającymi spod białych komż adidasami), orkiestra i figura. Początkowo wydawało nam się, że niosą ją tylko cztery osoby – dopóki spod sukna nie zobaczyłyśmy co najmniej trzech par nóg, podtrzymujących całość od spodu.
Z Conilu pojechaliśmy przez Gibraltar do Rondy. Na Gibraltar ciągnęło nas kilka rzeczy: skała i małpki (zobaczyć, czy to tak wygląda jak w monologu Molly Bloom) oraz chęć nabycia kilku typowo brytyjskich rzeczy (ja). Był to także dzień urodzin E.
Po przejściu przez granicę i lotnisko wskazywaliśmy na ślady „małej Anglii”: te same ławki, oznaczenia przejść dla pieszych, kosze na śmieci… i większość sklepów. Po postoju w Tesco i konsumpcji bardzo niezdrowych, ale pysznych salt and vinegar crisps i batoników Flake ruszyliśmy popatrzeć na Afrykę. Rzeczywiście: ze skały widać wyraźnie rysujące się Góry Atlas. Dla samego widoku warto wjechać na górę (przypuszczam, że można też wejść, ale nie wydaje mi się, aby było dużo chętnych przy temperaturach ponad 30° C i dużej wilgotności powietrza). Jeśli chodzi o makaki, nie trzeba się specjalnie wysilać, żeby je zobaczyć: można już je dostrzec wjeżdżając kolejką na górę, a potem siedzą co krok: jedząc, iskając małe (lub iskając turystów, jak w jednym przypadku) lub próbując się dostać do samochodów. Z jakiegoś powodu przypomniała mi się „Planeta Małp” i dość makabryczny teledysk Basement Jaxx, w którym ludzie są krzyżowani z małpami, co spowodowało, że koło makaków przebiegałam truchtem i możliwie z daleka. Wizytę na Gibraltarze zakończyliśmy konsumpcją w pubie i pojechaliśmy do Rondy.

Ronda, Andaluzja    Ronda to jedno z tzw. „białych miast”, położonych na wzgórzach w andaluzyjskim interiorze. Widoki z okien pociągu relacji Algerciras – Ronda był jednym z ładniejszych, jakie widzieliśmy. W lecie chyba klimat nie sprzyja długim pieszym wędrówkom (chociaż pociąg minął jeden obóz wędrowny), ale na wiosnę czy jesień tereny nadają się do tego idealnie.
Sama Ronda nie sprzyja turystom z plecakami. Przyjechaliśmy po 20, po analizie mapy przy dworcu zobaczyliśmy, że camping jest 2 km za miastem, ale nie od tego końca, na którym się znajdowaliśmy. Ze względu na obecność kuternogi (mnie – japonki plus 15-to kilogramowy plecak to może nie najlepsze połączenie), postanowiliśmy ruszyć do centrum i poszukać niedrogiego pensionu. Niestety, obie informacje turystyczne były zamknięte, map żadnych poza tą pod dworcem nie było, a wokół same hotele cztero- i pięciogwiazdkowe; pensiony znalezione były w cenach lizbońsko-madryckich. Ani przewodnik Pascala, ani ludzie w barach nie służyli pomocą bądź mapą. Skończyło się gonieniem grupki Francuzów, którzy mieli mapę i dobry przewodnik, dzięki któremu zlokalizowaliśmy pension w centrum, z pokojami z oknami na korytarz (!), ale w cenie 18 euro za trójkę.
Zirytowani niezbyt ciepłym przyjęciem, następnego dnia zmieniliśmy zdanie o mieście: Ronda jest po prostu co najmniej ładna. Punktów widokowych na otaczające wzgórza i mieliśmy dużo, a gdy przeszliśmy się z zatłoczonej części handlowej do pustawego starego miasta, stwierdziliśmy, że może Ronda nie jest zupełnie zadeptana. Wybaczyliśmy nastawienie na turystów z wypchanym portfelem. Tego wieczora w parku z panoramą gór miałyśmy z E. niezamierzony babski wieczór. Na murku rozłożyłyśmy nasz barek: melon, woda, Casera i wino. Niestety, akurat tego dnia miałyśmy butelkowe i z braku korkociągu otworzyłyśmy je śrubokrętem (pomysł: Ptasia, wykonanie: E.), co zrodziło w głowie E., tęskniącej za łatwo otwieranym kartonikiem, hasło reklamowe: „Don Simon przyjacielem samotnej kobiety”. Barek i jego właścicielki budziły duże zainteresowanie panów w wieku podeszłym (70+). Wieczorem już nie siedzieli w grupie czysto męskiej na ławce, lecz najczęściej przechadzali się z małżonkami bądź rodziną – co nie przeszkadzało im uśmiechać się do nas bądź pozdrawiać.

Z Rondy udaliśmy się do San Jose w Almerii, rejon właściwie pustynny (dlatego też Where is the sea.. Okolice San Jose, Almeriabyła miejscem kręcenia spaghetti westernów). Gdy szliśmy z San Jose do zatoczki tuż za miastem, ciężko było uwierzyć, patrząc na spaloną słońcem ziemię i zeschłe agawy, że tuż obok rozciąga się morze. Patrząc w niebo zaś nie mogliśmy uwierzyć, że jesteśmy w najsuchszym rejonie Hiszpanii – niebo było tak zachmurzone, jak często nad Bałtykiem, tylko temperatura tropikalna. Gdy w wieczór przed wyjazdem w końcu była burza i spadł deszcz, też się nieco zdziwiliśmy – widocznie trafiliśmy na ten jeden na kilka miesięcy.

Wreszcie trafiliśmy na dobre warunki do nurkowania – woda była ciepła, spokojna, nawet na skalistych krańcach plaży miejskiej wyjątkowo przejrzysta, a poza tym – z wieloma kolorowymi rybkami, ślimakami i innymi morskimi stworami. Wracając z zatoczki zobaczyliśmy na starej szopie napis, nawołujący do „uwolnienia Wysp Kanaryjskich i zaprzestania kolonializmu”. Nie był to pierwszy polityczny slogan do potencjalnego pictorialu „Napisy na murach” – wcześniej bardzo często widzieliśmy odezwy przeciw Aznarowi, ETA i faszyzmowi, a za pokojem.
San Jose było także przyczynkiem do studiowania campingów i jego mieszkańców. W Conil były głównie nastolatki, rywalizujące, kto głośniej puści muzykę (i tak techno z jednej strony, z drugiej bębenki, a z trzeciej Pearl Jam), a wieczorem okupujące łazienkę ze sprzętem Na Imprezę (pełen makijaż/suszarki/staniki push-up itd.). Wszystkie czynności upiększające wykonywały zresztą z papierosami w dłoniach/ustach, bo w Hiszpanii pali się wszędzie, włącznie z oddziałami banków. W łazience męskiej, według relacji M., odchodziły podobne rytuały. W San Jose dla odmiany z muzyki tylko cichutko leciała w tle Diana Krall, a mieszkańcy czytali książki w cieniu drzew, ewentualnie grali w szachy. Uznaliśmy, że przyjechaliśmy na Camping Kulturalny.

Opuszczając San Jose, wytrzepałyśmy z namiotu E. coś, co najpierw uznałyśmy za kolejną zbłąkaną cykadę, a co było skorpionem i ruszyliśmy do ostatniego miejsca na naszej trasie – Granady. Naszym celem była głównie Alhambra, ale okazało się, że samo miasto jest ciekawe, czasem przypominające lizbońską Alfamę, tylko lepiej utrzymaną.
O Alhambrze napisano wiele, dodam tylko, że moim zdaniem zdjęcia (a już z naszego wyjazdu na pewno) kiepsko oddają rzeczywistość i warto zobaczyć pałac samemu, nawet jeśli czasem ilość turystów działa na nerwy. Pałac jest główną atrakcją Alhambry, ale widok z ogrodów też jest wart zobaczenia, nie mówiąc o tym na Granadę i Sierra Nevadę (na szczytach leżał śnieg) z twierdzy. Po trzech godzinach chodzenia w upale (tyle przeciętnie zajmuje obejrzenie kompleksu), mrożona herbata to niezły pomysł. Szczególnie, że „mała Afryka”, czyli uliczki położone poniżej Alhambry, goszczą sporo arabskich herbaciarni.

Nad herbatą i innymi mrożonymi napojami (głównie zawierającymi cynamon) postanowiliśmy spędzić ostatni wieczór na tapas. Okazało się, że o 20-ej wciąż wiele barów jest zamknięta, więc poszliśmy do jedynego otwartego i z tapas na ladzie. Kelner nas zapewnił, że po zamówieniu drinków przyniesie je nam – i przyniósł, na koszt zakładu.
Potem odkryliśmy, że wielkość tapas rosła odwrotnie proporcjonalnie do wielkości zamówień – zaczęliśmy przy małych grzankach do trzech piw, a skończyliśmy na solidnej porcji kotlecików z dorsza z surówką, którą M. dostał do swojego piwa. Ruszyliśmy dalej, zamawiając piwa i badając, jakie tapas możemy dostać do naszych cañas lub tubos (obie pojemności, według polskich standardów, małe). Na szczęście nasze namioty stały niedaleko kranu z wodą pitną, więc w nocy nie było problemów, jeśli któreś z nas odczuwało silną chęć napicia się wody.

Następnego dnia już tylko autobus do Madrytu i metrem na lotnisko Barajas, by zamknąć po 28 dniach niezbyt foremne koło, wydeptane na mapie południowej Iberii. Wróciliśmy: w plecakach muszelki, oliwki i Don Simon, na kontach debet, w głowie kalejdoskop obrazów i wrażeń. Wydaje się chaotyczny i niewyraźny, ale gdy spojrzeć uważniej, układa się w jasny wzór. Jest o czym myśleć… i planować kolejny wyjazd.

 

Zdjęcia z archiwum autory