Urok białych miast. Ronda

Propozycja wyjazdu „España 2004” zrodziła się w głowie M. na wiosnę. Tani lot do Madrytu, plecaki, namioty, cztery tygodnie lipca. E. postanowiła do nas dołączyć i tak wyruszyliśmy w trójkę.
W Madrycie pierwszą rzeczą, na którą zwróciliśmy uwagę w metrze, były kobiety z wachlarzami, co wydało nam się egzotyczne i nie do końca zrozumiałe… do momentu, gdy wysiedliśmy w centrum miasta i gorące powietrze uderzyło w nas jak z otwartego nagrzanego piekarnika. Było po 18-ej i dobrze ponad 30° C.

Znaleźliśmy nasz pension, wyszukany wcześniej w Internecie. Wąska uliczka, stare, skrzypiące schody i poręcz, a nasz pension to po prostu przerobione stare mieszkanie, coś, z czym później się często spotykaliśmy. Wcześniej korespondowałam z właścicielami po angielsku, tu jednak okazuje się, że nie bardzo habla ingles. Wykopuję z pamięci wiedzę z jednego roku nauki hiszpańskiego z początku studiów i jakoś udaje nam się zrozumieć, że lepiej nie otwierać okiennic (tak solidnych, że w pokoju panują egipskie ciemności) w czasie dnia, tylko w nocy, bo w przeciwnym razie upał jest nie do wytrzymania.

Madryt to nie tylko wąskie uliczki z praktycznie nieistniejącymi chodnikami i samochodami zaparkowanymi beztrosko na środku ulicy, ale także majestatyczne, wysokie budynki, przywodzące na myśl styl habsburski. A także inne, bardziej południowe: z ozdobnymi kratami, małymi, oszklonymi balkonami oraz wysokimi oknami obowiązkowo zasłoniętymi roletami lub okiennicami. Madryt to także koreańscy kręgarze, pracujący w uliczkach przylegających do Plaza Mayor, cykady w parku Retiro, gdzie siedzieliśmy po zadziwiająco późnym (po 21-ej) zachodzie słońca oraz… Ogród Botaniczny, obejrzany dla równowagi po dawce sztuki w Prado.

Toledo to nasz kolejny przystanek i pierwsze miasto, w którym doceniliśmy informację turystyczną. Później zawsze kierowaliśmy tam pierwsze kroki, pobierając mapkę i pytając zazwyczaj o to samo: gdzie jest najbliższa kafejka internetowa, żeby M. mógł pracować, oraz supermarket, ponieważ zdani na własne siły byliśmy skłonni uznać, że Hiszpanie nie kupują w mieście artykułów spożywczych. Powodowane było to oczywiście np. tym, że supermarket w Toledo mieścił się w antycznym budynku, który wyglądał z zewnątrz raczej na muzeum niż sklep.
W informacji turystycznej w Toledo skierowali nas także do naszego jednogwiazdkowego pensionu. Do naszego pokoju docierało się przez plątaninę korytarzy i schodów; mieszkaliśmy pod samym dachem, co niestety powodowało nieznośne nagrzanie pokoju w nocy. Sufit w łazience sięgał mi, mierzącej niewiele ponad 160 cm, do samej głowy; wyższa o ponad 20 cm E. nazwała pomieszczenie „łazienką dla hobbitów” i odtąd chodziła do „łazienki dla trolli” kilka zakrętów korytarza i schodów w dół. Z okna mieliśmy widok na miasto, upiększony o dźwig – ze względu na renowacje i remonty prowadzone właściwie w każdym miejscu, które odwiedziliśmy, wkrótce się przyzwyczailiśmy do takiej panoramy.
To podobno zadeptane przez turystów miasto w dzień powszedni i w porze siesty jest niemal puste, jeśli nie liczyć grupki mieszkańców siedzącej pod drzewem obok ratusza. Gwoli ścisłości: nawet w godzinach przedpołudniowych w niedzielę tłoczno jest jedynie w miejscach ściśle turystycznych (typu katedra) czy handlowych. W bocznych uliczkach spokojnie można zajrzeć do wyłożonych kolorowymi (dobrze zachowanymi lub odnowionymi) kafelkami przedsionków prywatnych domów lub zerknąć nawet na wewnętrzne podwórka, nie spotykając nikogo. Serce miasta to katedra, którą warto zwiedzić choćby po to, by zobaczyć wiszące w wielu miejscach czerwone kapelusze kardynalskie, oznaczające miejsce pochówku poprzedniego właściciela.
W Toledo staliśmy się także kolekcjonerami punktów widokowych, w których można usiąść na ławce i, z piękną panoramą przed sobą, wypić we trójkę np. litrową butelkę piwa lub zjeść posiłek turystyczny, czyli bułkę maczaną w serku Filadelfia i udekorowaną sardynkami. A przy okazji odkryć, że o 21-ej słońce wciąż grzeje i brak filtra ochronnego był błędem. Jeden z takich punktów znajduje się poniżej twierdzy – Alcazaru i wychodzi na wąwóz otaczający miasto.

Z Toledo do Caceres w Estremadurze, krainy konkwistadorów. Obudziliśmy się o 6-ej, za oknem całkiem ciemno. Po trzykrotnym upewnieniu się co do godziny, zrozumieliśmy, że jednak późniejszy zachód słońca wiąże się z późniejszym wschodem. Na dworcu okazało się, że chyba pomyliłam rozkłady, więc mamy dużo czasu na śniadanie. W barze kelner miał najwyraźniej zły dzień – rzucał spodkami, szklankami i demonstracyjnie ocierał pot z czoła. Nasze porcje cafe con leche con churros też zostały ciśnięte na ladę.
Kawa była mocna, podana w szklance, a nawet mała porcja churros czymś, co długo się pamięta. Porównanie do faworków nie jest do końca trafne – jeśli już, to do faworka porzuconego w patelni pełnej tłuszczu i wyciągniętego na drugi dzień. Później, nad morzem, widzieliśmy te kadzie tłuszczu i rury, którymi wyciskane jest ciasto na ten tradycyjny składnik (razem z czekoladą) śniadania po „ciężkiej nocy”. Uznałyśmy z E., że jednak wolimy nasze stałe śniadanie (lub brunch, w zależności od tego, jak szybko znalazłyśmy sklep): czteropak (dwupaki lub pojedyncze opakowania to rzadkość) jogurtu z müsli, zbożem lub orzechami, zjedzony na spółkę, do tego dojrzałe pomarańcze lub brzoskwinie.
W Caceres zjawiliśmy się nie dość, że w porze siesty, to jeszcze w niedzielę. Lokalna Plaza Mayor, wielkości rynku w niewielkim mieście w Polsce, świeciła pustkami. Zapełniała się dopiero wieczorem, o czym mogliśmy się przekonać, mieszkając w pensjonacie przy samym rynku (nauczona doświadczeniem z Madrytu i Toledo, gdzie życie nocne nie kończy się o północy, przed snem od razu włożyłam do uszu stopery). Do Plaza Mayor przylega stare miasto – średniowieczne, kamienne budynki, wiele ozdobionych nie jednym, ale wieloma bocianimi gniazdami (znak rozpoznawczy Estremadury). Większość z budynków mieści, jeśli nie kościoły, to urzędy i instytucje, ale wędrując przez – nocą oświetloną i praktycznie pustą, jeśli nie liczyć jaszczurek na murach – starówkę, M. znalazł też podwórko z pustym fotelem, w którym przed chwilą ktoś siedział, a w pobliżu inne ślady świadczące o tym, że miejsce było zamieszkane.

W Caceres spędziliśmy też finały Euro 2004 – na placyku pod kościołem i klasztorem Św. Urszuli, w towarzystwie vino tinto w kartoniku i dwóch panów 70+ z radiem. M. co jakiś czas podbiegał do nich i na migi dopytywał się o wynik meczu. Byłam jedyną osobą na placyku, która ucieszyła się z wygranej Greków i szybko zresztą umilkłam, obawiając się linczu.Przetrwają najsilniejsi. Badajoz, Estremadura

Chcieliśmy jechać do Portugalii, ale bilet kolejowy za 35 euro od osoby na trasie Caceres-Lizbona trochę nas odstraszył. Wyszło nam, że znacznie taniej będzie pojechać autobusem przez Badajoz, miejscowość przygraniczną. Na miejscu okazało się, że na autobus popołudniowy nie ma biletów, musimy jechać nocnym. Zostawiliśmy bagaże w przechowalni i ruszyliśmy w pierwsze brzydkie miejsce podczas naszej podróży.
Pierwsze wrażenie nie było złe, bo po wyjściu z autobusu trafiliśmy na najładniejsze chyba miejsce w Badajoz – zielony plac z ławkami z kafelków, ozdobionymi scenami przedstawiającymi kamienie milowe w historii Hiszpanii. Wkrótce jednak doszliśmy do właściwego centrum miasta, a raczej jego ruin. Przez chwilę myśleliśmy, że zmieniliśmy kontynent, idąc przez zapyloną uliczkę z walącymi się chatkami, w których wydawało się, że nikt nie może mieszkać – a jednak. Dzieci bawią się w zaschniętym błocie, obok stoi wieszak z praniem. Za rogiem ruiny pałacu, potem rozpadające się domy; między resztkami murów rośnie bujna palma. Obok stoją stare, ale względnie odnowione domy, tuż obok znów ruiny.
Nieco mniej zaniedbaną ulicą wróciliśmy na placyk z ławkami z Kolumbem lub Cortezem, a potem, gdy z minuty na minutę przybywało włóczęgów a zapach uryny się wzmagał, poszliśmy piechotą na dworzec. Po drodze minęliśmy El Corte Ingles, jeden z sieci najsłynniejszych hiszpańskich domów towarowych, w których się sprzedaje markowe ubrania, kosmetyki itd. Patrząc na tłum w sklepie (czas przecen – rebajas) pachnącym perfumami i dobrobytem ciężko było uwierzyć w to, co zostawiliśmy kilkanaście metrów za sobą.

W Lizbonie znaleźliśmy się przed 5-tą rano; ze względu na zmianę czasu dla nas było przed 6-tą. Półprzytomni wyszliśmy z autobusu na dworzec. Było ciemno, zimno (ok. 17 stopni po ponad 30 w Badajoz), wietrznie i… pusto.
Z plecakami ruszyliśmy przejściem podziemnym w stronę budynku dworca, chcąc posiedzieć w poczekalni (… z jedzeniem i ciepłą kawą…) aż zacznie kursować metro, ale spotkała nas niemiła niespodzianka: dworzec zabity na głucho, w podziemiach podobnie zimno, wietrznie i pusto, z wyjątkiem kilku włóczęgów i ochrony dworca, widocznej na szklanej galerii nad przejściem. Wciąż nie wiedząc, na jaki dworzec przyjechaliśmy (potem okazało się, że na inny niż myśleliśmy), pobiegliśmy do autobusu nocnego, z którego jakimś cudem wysiedliśmy w centrum, na Plaza de Comercio, i zaczęliśmy szukać miejsca w którym można by posiedzieć do rana. Centrum Lizbony było jednak niezmiennie ciemne i puste, mijane pastelarie miały być otwarte o 9-tej, McDonald’s o 10-tej. Skuliłyśmy się z E. na ławce między dwoma plecakami, ja marznąc w swoim najcieplejszym ubraniu – bawełnianym sweterku (po co ciepłe ubrania w te tropiki?), aż M. wrócił z informacją, że jest otwarty bar za rogiem. Po ogrzaniu się, porcji tostów i kawy, poczekaniu do ok. 8-ej rano, ruszyliśmy na żmudne szukanie kwatery.
Najtańsza trójka miała być wolna od 12-tej, więc mieliśmy przymusowy spacer po mieście. Więc przeszliśmy się: po wyślizganej kostce brukowej, przyglądając się niekiedy ciekawym, ale bardzo zniszczonym budynkom, z odpadającymi słynnymi kafelkami i podziwiając to, co widzieliśmy potem wszędzie w Portugalii: dowody kibicowania drużynie piłkarskiej, czyli flagi wywieszone na każdym budynku, niekiedy z każdego okna.

Po dwóch dniach w Lizbonie wrażenia mamy co najmniej mieszane. Stare elevadory (windy uliczne) otoczone ścianami w grafitti. Chodniki, podobnie jak w Toledo, często zanikają, a patrząc na swoiste zasady ruchu drogowego (zielone światło mruga przez maksymalnie kilka sekund, więc wszyscy przechodzą na czerwonym; kierowca macha ręką, żeby przechodzić… zanim zacznie zwalniać) przestałam się dziwić wysokiej liczbie wypadków drogowych. Chodniki zresztą też nie są gwarancją bezpieczeństwa – kostka wyślizgana przez wiele stóp, często z dziurami. Bieda i zaniedbanie, zasygnalizowane już w Badajoz, znalazły swoją kontynuację w Lizbonie (niestety, włącznie ze skwerkami z włóczęgami i zapachem moczu), zwłaszcza w Alfamie, najstarszej dzielnicy miasta, którą wcześniej widziałam w „Lisbon Story”. Teraz pamiętam ją po przejażdżce antycznym, drewnianym tramwajem # 28 – jako ciemną, zniszczoną, niejako ignorującą swój status zabytku i – podobno – niebezpieczną.
Próba kradzieży przytrafiła nam się jednak w dzień, w tramwaju do podmiejskiego Belem. Chociaż złodziej z jakiegoś powodu wyrzucił mój portfel na progu tramwaju, nic nie wziąwszy, odtąd w torebce nosiłam tylko chusteczki i błyszczyk.
Samo Belem: katedra ze słupami jak w Morii z „Władcy Pierścieni”, widok spod wieży w Belem na Cristo Rei – kopię brazylijskiego posągu Chrystusa i słynne ciasteczka z budyniem, sprzedawane w tutkach po sześć sztuk – pierwszy dowód na to, że Portugalia rzeczywiście słynie z wypieków. Potem, także na prowincji, codziennie odwiedzaliśmy pastelarie.