Panama City

Rozmawiam z, jak mi się początkowo wydawało, bardzo miłym taksówkarzem. Jadę na lotnisko krajowe, skąd podobno zaraz mam mieć samolot do Puerto Obaldia. W Panamie jak w Polsce, wszyscy narzekają na wszystko. Po raz pierwszy spotkałem się z podziałem: oni-Amerykanie, zarządzający dawniej Kanałem, my-Panamczycy, z reguły niewykwalifikowani pracownicy fizyczni, a także dwoma terminami: Dawniej, czyli przed 31 grudnia 1999 i Teraz, czyli po tej dacie.
Postaram się wytłumaczyć o co chodzi, za moment.

Zaraz za dawnymi koszarami US Army zaczyna się teren lotniska.
Zatrzymujemy się przed niewielkim budynkiem pełniącym rolę terminalu. I kiedy daję taksówkarzowi 10 dolarów, ten stwierdza, że 3 dolary reszty, na które oczekuję, on zatrzymuje jako napiwek – jak się z tym nie zgadzam, to on i tak nie ma wydać. Po tych krótkich słowach miły pan, który nagle przestał być miły, wsiada do samochodu i odjeżdża. Co robić? Kilka polskich bluźnierstw nie na wiele mi się zdało.
Wchodzę do terminalu. Zostawiam przy krzesełkach swój bagaż i idę na poszukiwania linii, która lata do Puerto Obaldia, gdyż na rozkładzie najbliższych lotów krajowych tego kierunku nie znalazłem. Przede mną w kolejce są zaledwie trzy osoby, ale trwa to w nieskończoność. Czekam dobre pół godziny. Pani w okienku bardzo się zdziwiła, że chcę lecieć natychmiast. W końcu odesłała mnie w drugi koniec budynku, gdzie jest… czarter samolotów.
Wracam. Spokojnie, wyraźnie, powoli wypowiadam zdania. Najpierw po hiszpańsku, następnie od razu tłumaczę na prosty angielski, jak nie pomaga to powtarzam hiszpańską wersję tyle, że uproszczoną. W końcu udało się. Wiemy o co chodzi. Pani woła Pana, ja powtarzam po angielsku, Pan czystym angielskim od razu wyjaśnia mi, że do Puerto Obaldia latają małe awionetki i to tylko w czwartki. Dzisiaj mamy poniedziałek. Ale – na najbliższy czwartek miejsc nie ma, więc najlepiej będzie, jak przyjdę w następny czwartek kilka godzin przed odlotem, to może będzie jakieś miejsce.
W następny czwartek, czyli za 11 dni? Mam dość. Jak mogłem być taki głupi, że uwierzyłem temu taksówkarzowi, jemu po prostu zależało na kursie.
Po tylu tysiącach kilometrów w podróży, kilkudziesięciu krajach i poznaniu tylu naciągaczy, oszustów i zwyczajnych łobuzów, czasami jestem w dalszym ciągu jakby w punkcie wyjścia, jakby wszystkie doświadczenia z podróży niczego mnie nie nauczyły. Spokojnie, zdarza się, zakładam plecak, wychodzę na zewnątrz, taksówka. Jest mi już trochę wszystko jedno, czy stracę następne 10 dolarów, czy nie.
Chyba nie miałem najszczęśliwszej miny, gdyż taksówkarz sam mnie zapytał, w czym problem. Pytam go, jak właściwie można się dostać do Kolumbii, jeżeli samolot odpada. Bardzo prosto. Po stronie Pacyfiku nad Kanałem leży Balboa, gdzie byłem kilka godzin wcześniej, po stronie Atlantyku, mamy port Colon, jest to wejście na Kanał od północy. Tam podobno łatwo o statek handlowy do Kolumbii.
   Coś brzmi mi to znajomo, już ktoś mi kiedyś mówił o tym miejscu, nie pamiętam kto i kiedy, ale spróbuję – tym bardziej, że taksówkarz za podwiezienie na dworzec autobusowy, skąd mogę złapać autobus do Colon, chce tylko 3 dolary. Po drodze narzeka, że dawniej za ten sam kurs brał 10 dolarów, ale teraz wszystko się zmieniło, więc dobre i te 3 dolce.

Panama City, przynajmniej to, co widziałem, robi niezłe wrażenie – szerokie, dobre drogi, dużo zieleni, pola golfowe, niezłe domy, tylko jak długo sami Panamczycy utrzymają to tak, jak jest? Dworzec autobusowy o niebo lepszy niż, powiedzmy, Warszawa Zachodnia. Patrzę na mapę, jest dobrze, nawet jeżeli z tymi statkami do Kolumbii to jakiś blef, to przynajmniej zobaczę całą strefę Kanału. Prześpię się w jakimś hoteliku-norze w Colonie, a jutro będzie następny dzień.
Autobusy do Colonu odchodzą co chwila, więc bez czekania pakuję się do starego Dodga i od razu się zakochuję. Większość pasażerów jest ciemnoskóra lub czarna. Gdzieś w szarym końcu autobusu, mimo nie najlepszego wzroku, wypatrzyłem śliczny, czarny kolor skóry w swoich wczesnych latach dwudziestych, więc przepycham się na sam koniec, tym bardziej, że koło niej są dwa wolne miejsca. Siadam dalej od dziewczyny, zostawiając jedno miejsce koło niej wolne. Patrzę jak zaczarowany, ona się uśmiecha i nagle jakiś duży ciemny facet zajmuje miejsce koło niej i od razu zaczyna z nią rozmawiać. Mój błąd, w tej części świata, nie ma na co czekać, jak ci się ktoś podoba, to zostawmy tremę i kurtuazję na boku, tylko od razu przejdźmy do celu. Nie ma w tym nic złego, a inaczej zawsze ktoś nas uprzedzi.

Do Colon jest jakieś 80 kilometrów. Autobus jest pełny, co chwila się zatrzymuje, ludzie wsiadają, wysiadają, o tej porze – jest około 6 wieczorem – większość pasażerów wraca z pracy w Panama City. Mowią po hiszpańsku i angielsku, tylko, że czasami tego angielskiego nie mogę za bardzo zrozumieć. Ta czarna część mówiąca, powiedzmy, po angielsku to w większości potomkowie amerykańskich niewolników, którzy już jako teoretycznie wolni ludzie zostali sprowadzeni ze Stanów do Panamy, do pracy przy budowie Kanału.
Sama droga wspaniała. Dżungla, wszędzie zielono, dużo zakrętów, wzgórza, o tej porze dnia nie jest już tak gorąco i co chwila widać Kanał Panamski.

  Kanał Panamski, jedno z najważniejszych miejsc strategicznych na świecie, prawdziwe dzieło inżynierii. To, co miało być dumą Panamczyków, stało się nieoczekiwanie źródłem ich kłopotów i frustracji. Sama idea przekopania kanału przez wąski Przesmyk Panamski sięga już XVI wieku. Kolumb dotarł na ziemie dzisiejszej Panamy w czasie swojej IV wyprawy w 1502 roku. W 1513 tereny te zostały dokładniej zbadane przez hiszpańskiego konkwistadora Balboa, który zwrócił uwagę na stosunkowo wąski przesmyk ziemi pomiędzy dwoma Oceanami. W 1821 roku na fali ruchów rewolucyjno-niepodległościowych w Ameryce Południowej Kolumbia ogłasza niepodległość, odrywając się od Hiszpanii; powstaje Gran Colombia, której Panama stanowi północną część.

W drugiej połowie XIX stulecia pojawiają się tutaj Francuzi, którzy w 1880 roku zaczynają budowę Kanału. Ambitne plany skończyły się śmiercią ponad 22 tysięcy robotników, którzy zmarli na malarię i żółtą febrę jeszcze zanim przystąpiono do właściwych prac.
Położenie geograficzne Panamy sprawiło, że tereny te nie mogły pozostać poza strefą interesów Stanów Zjednoczonych. W latach 1850-1900 Panama, a właściwie północna część Kolumbii przechodzi 13 amerykańskich interwencji wojskowych. Amerykanie odkupują od Francji prawa do Kanału i przekładają Kolumbii propozycję „nie do odrzucenia”. Chodziło o to, co później polscy historycy nazwali „korytarzem”. Polska odrzuciła niemiecką propozycję o „korytarzu” i wiemy jak to się skończyło. A co wiemy o stratach Kolumbii w wyniku amerykańskiej demokracji? Niewiele. Amerykańska próba wytłumaczenia złamania wszystkich praw międzynarodowych, których sami Amerykanie zawsze, i szczególnie obecnie, mianują się obrońcami, polegała na zapewnieniach, że Kolumbia rządzona była przez dyktatora. Tylko który latynoski kraj u progu XX wieku miał demokratyczny rząd?

Jak doszło do oderwania dzisiejszej Panamy od Kolumbii? Opozycja przeciwko rządom Bogoty, finansowo wspierana przez USA, ogłasza secesję od Kolumbii i prosi Stany Zjednoczone o pomoc. Te oczywiście nie mogą odmówić pomocy przeciwko dyktaturze i 3 listopada 1903 roku amerykańskie wojska po raz kolejny lądują w Panamie – tym razem zostaną tutaj przez następne 66 lat. Coś komuś to przypomina? Jak nie, to może podpowiem. Kraje Nadbałtyckie, Afganistan. Sowieci mieli z kogo brać przykład.

Marionetkowy rząd nowego kraju, który przyjął nazwę Panama, za 10 mln dolarów plus 250 tysięcy rocznie przekazał USA strefę pod budowę Kanału i mierzący 10 mil pas ziemi po obu stronach przyszłego Kanału. Tak powstała „The Zone”. W 1904 roku ruszyły prace, a 10 lat później pierwszy statek przepłynął przez Kanał.
Dzisiaj rocznie 14 tysięcy dużych statków handlowych i kilkadziesiąt tysięcy mniejszych jachtów i łodzi skraca sobie drogę pomiędzy Atlantykiem a Pacyfikiem. Prace nad Kanałem nigdy jednak nie zostały zakończone, ciągle trzeba go pogłębiać, gdyż przyroda nie daje za wygraną.
Amerykanie nie tylko zostali w Strefie, ale też praktycznie kontrolowali całą Panamę. Przymykając oczy na wszyskie machlojki, korupcje kolejnych rządów, zyskiwali nowe przywileje i powiększali tylko swoją strefę wpływów. Ta pobłażliwa polityka trwała aż do 20 grudnia 1989 roku, kiedy to amerykańscy marines położyli kres skandalicznym rządom gen. Manuela Noriegi. W „The Zone” mieszkało ponad 30 tysięcy amerykańskich żołnierzy i cywilów. Ze względu na strategiczne miejsce w którym mieszkali, ich życie całkowicie podporządkowane było Kompanii Kanału. Ci Amerykanie, którzy nie wyjechali z Panamy po 1999 roku i z którymi rozmawiałem w czasie jedynej nocy, jaką spędziłem w Colonie, często śmiali się, że mieszkali w Strefie jak w realnym socjalizmie. Mieli wszystko, ale tak naprawdę to z tym wszystkim nie za wiele mogli zrobić. Dom, samochód, szkoła, szpital, sklep ze specjalnymi cenami, bank z niskim kredytem, klub jachtowy, członkostwo w klubie golfowym – wszystko to było prezentem od Kompanii. Nie wspominając o tak oczywistych rzeczach jak ubezpieczenie medyczne, dentystyczne i cała reszta. Dobra praca dla Kompani była później wynagradzana nieprzeciętną rentą. Tylko że tzw. Zonian People, nazwijmy ich bardziej po polsku – powiedzmy, „Strefowcy”, nie za wiele mogli zrobić we własnym zakresie. Na zmianę kafelków w łazience, czy inny drobny remont w domu, nie mówiąc już o takiej ekstrawagancji, jak pomalowanie domu na dowolny kolor, trzeba było mieć zgodę Kompanii. Każde najmniejsze nieszczęście w rodzaju spalonej żarówki czy pękniętej szyby było natychmiast naprawiane przez odpowiedni sztab pracowników Kompanii. Wszelka samowola była bardzo źle widziana. Kompania zapewniała Strefowcom luksusowe życie, oderwane całkowicie od kraju, w którym żyli.

A co na to mieszkańcy spoza Strefy? Być czy mieć? Pytanie za milion dolarów. Przez cały czas amerykańskiego pobytu w Panamie odbywały się antyamerykańskie, antyimperialistyczne demonstracje, które przybrały na sile w 1964 roku, kiedy to nie obyło się bez palenia amerykańskich flag. Populistyczni politycy wzywali Amerykę do opuszczenia Panamy, a z drugiej strony brali amerykańskie dolary od CIA i innych miłych rządowych instytucji. Na ścianach koszar i domów, zupełnie jak w Polsce lat osiemdziesiątych, malowano hasła, mówiące kto ma iść do domu. Tylko, że zamiast „Ruscy do domu”, było to „Yankee go home”. Mówiono dużo o potrzebie samodzielności, wzięcia Kanału w swoje ręce. Pobyt Amerykanów porównywano z kolonializmem, a Kompanie Kanału przyrównywano do Brytyjskiej Kompanii Indii Wschodnich.
A jaka była druga strona medalu? Praca. Dobre zarobki, którymi mogła się cieszyć cała rzesza pracowników pomocniczych Strefy. Byli to głównie pracownicy niskowykwalifikowani, którzy pracowali jako gosposie domowe, kierowcy, ogrodnicy, pracownicy budowlani. Zwykły pucybut, czyszczący buty amerykańskim Marines, mógł miesięcznie zarobić około 500 dolarów. Prawdziwą fortunę jak na dzisiejszą Panamę. Ale była też możliwość zrobienia kariery. Panamski pilot holownika, kierującego statki przez Kanał miesięcznie mógł zarobić około 150 tysięcy dolarów rocznie i żyć jak król. Zabawna sprawa, pracownicy holowników, pilotujących statki w Kanale, nazywani są „mułami”. To dlatego, że pierwsze statki przepływające przez Kanał ciągnięte były przez muły.

Wydaje mi się, że sytuacja była trochę podobna jak na dzisiejszym Bliskim Wschodzie, oczywiście bez takich ekstremizmów. Jeżeli jesteś Arabem, możesz nienawidzić Żydów, ale byłoby milej pracować dla żydowskiego pracodawcy niż w arabskim kramiku. I odwrotnie. Nikt przy zdrowych zmysłach nie zatrudni żydowskiej sprzątaczki (jeśli którakolwiek izraelska kobieta chce wykonywać tę pracę), jeżeli to samo może wykonać Arabka za 1/3 wynagrodzenia. Ludzie chyba naprawdę wierzyli, że jeżeli Kanał przejdzie pod kontrolę Panamy, to będzie jeszcze lepiej, że całe zyski będą szły dla dobra Panamy i tylko Panamy. Myślę, że popełniono tutaj błąd w myśleniu.
Nie chcę o tym za dużo pisać, gdyż nie chcę być źle zrozumiany. Myślę, że aby naprawdę poznać jakiś kraj lub kontynent, trzeba tam po prostu żyć i być wśród ludzi, a nie w pięciogwiazdkowym hotelu. Trzeba tam mieszkać, nieraz przez lata, i to najlepiej z dala od rodaków, czy innych cudzoziemców. Niestety, szczególnie Polacy zawsze wiedzą lepiej. Niektórzy po trzytygodniowej wycieczce po, powiedzmy, Meksyku (z czego dwa tygodnie w hotelu w Cancunie), stają się prawdziwymi znawcami kultury meksykańskiej i całego kraju.

   Ludzie z Meksyku, Ameryki Centralnej i większości krajów Ameryki Południowej nie podróżują za wiele. To nie tylko częste problemy ekonomiczne, ale myślę, że przede wszystkim genetyczne wprost więzy kulturowe i przyzwyczajenia. W mitologii azteckiej Mexico to Hombligo del Mundo, czyli pępek świata. Skąd my to znamy?
I tak jest w całej Ameryce Łacińskiej, z nielicznymi, ale to bardzo nielicznymi wyjątkami, które zawsze i wszędzie się znajdą. Czy jesteśmy w Hondurasie, Kostaryce, czy też w Wenezueli, to mimo nieraz całego bałaganu dookoła, ludzie mówią tenemos todo, czyli – we are the best, mamy wszystko, nasz kraj jest najlepszy. Jak można tak mówić, skoro nie widziało się nic, poza własnym podwórkiem!!!

Skoro takie teoretyczne potęgi gospodarcze jak Wenezuela, Argentyna czy Meksyk borykają się z niewyobrażalnymi dla przeciętnego Amerykanina, czy Europejczyka z UE, problemami socjalno-ekonomicznymi, to dlaczego w takiej naprawdę środowiskowo pięknej Panamie miałoby być lepiej? Na czym opierał się ten optymizm, skoro to wszystko to ta sama, mimo tysięcy różnic, strefa kulturowa? Na Kanale. I am sorry, to za mało.
I w końcu stało się to czego większość Panamczyków pragnęła. 7 września 1977 roku Jimmy Carter, mimo bardzo silnej opozycji senatu, podpisał układ z „demokratycznym” prezydentem Panamy, Omarem Torrijos. Układ stanowił, że Stany Zjednoczone Ameryki Północnej do dnia 31 grudnia 1999 roku oddadzą pełną kontrolę nad Kanałem Panamskim rządowi Panamy i wycofają swoje wojska z kraju. Strefa miała przestać istnieć, a Panama miała iść ku świetlanej przyszłości.

Jaki był właściwie powód układu USA –Torrijos? Kto stał za próbą nieudanego zamachu stanu w Panamie w 1969 roku? CIA? Niektórzy żartują, że jeżeli za próbą obalenia Omara Torrijos rzeczywiście stała Centralna Agencja Wywiadowcza, to zamach by się powiódł. Tak samo jak w Zatoce Świń? Jeżeli jednak była to robota CIA, to ujawnienia jakiej kolejnej kompromitacji służb specjalnych obawiali się Amerykanie, że Carter poszedł na takie ustępstwa? Torrijos przetrwał i mógł triumfować. Kanał teraz dosłownie jest „Panamski”.

Zdjęcia z serwisu SXC.hu

Odcinek poprzedni – Salwador, wstrząs
Odcinek następny – Panama, przygód ciąg dalszy