Anegdota sama w sobie pyszna, rekonstrukcja podobnie, lecz narrator chyba się zagalopował twierdząc, iż Austriacy nie rozumieli, co monarcha rzekł do nich en français. Język ten przecież znany był wówczas „sferom” całej Europy, trudno mi zatem uwierzyć, iż szlacheccy wyżsi oficerowie armii habsburskiej mogli nie rozumieć. Nie zrzędzę jednak, gdyż inscenizacja na leśnickim zamku robi na mnie spore wrażenie, czego (by nie łgać jak fryderycjańscy dyplomaci) nie mogę powiedzieć o wyświetlonym na deser Lutyńskim chorale. I to nie tylko z uwagi na scenę spożywania przez Fryderyka obcego mi smakowo salcesonu. I to nie tylko dlatego, że niestety, tytułową pieśń śpiewano również w roku 1934, kiedy to przyszły fürer wraz z Hindenburgiem podali sobie ręce nad grobem Fryderyka Wielkiego, wmurowując kamień węgielny pod III Rzeszę (gwoli ścisłości, koniecznie trzeba tu wspomnieć, wielbicielem Fryderyka II był nie tylko Hitler, ale i niedoszły jego zabójca – Claus von Stauffenberg)..

Film jest z rozmachem nakręconym dziełem jednego z pionierów niemieckiego kina Carla Froelicha, reżysera o dość skomplikowanym życiorysie (aktywny dygnitarz NSDAP w branży filmowej, aresztowany za to w roku 1945, trzy lata później zdenazyfikowany, ostatnie dzieło nakręcił już w RFN, w roku 1953). Film o lutyńskiej batalii wszedł na niemieckie ekrany w cztery dni po kanclerskiej nominacji Hitlera i nie da się ukryć, że posiada wszelkie wady historyzującego kina lat trzydziestych – ot, taki Ułan księcia Józefa w pruskich dekoracjach. Film dręczy współczesnego widza nużącym austrohuzarem z mandoliną, a ocieka  hurrapatriotycznym patosem w ckliwym sosie doprawionym rubasznym humorem w stylu: „ja i moi koledzy z regimentu”. Fryderyka II gra wyspecjalizowany w tej roli Otto Gebühr (bardzo się podobał Adolfowi H.). W interpretacji tej król jawi się (pretensjonalnie wystylizowany) jako osamotniony wódz narodu, co to ani nie dośpi, ani nie doje, tylko się o państwo troszczy i poddanych. Jest jeszcze słynna Olga Tschechova, w której red. Wołoszański rozpoznał swego czasu radziecką agentkę. Na dokładkę zasmucająca fuszerka polskiego lektora, który „gubi się w zeznaniach”, oraz brak kultury części widzów uciekających z sali przy akompaniamencie głośno trzaskających foteli. Można natomiast (mnie się niestety nie udaje) zdobyć autograf „Fryderyka Wielkiego” (w cywilu Herr Gerd Jacob, emerytowany konstruktor elektrowni atomowych) oraz wysłuchać ciekawego wystąpienia wytwornej damy z Niemiec, obwieszczającej, iż będzie się świętować rocznice wszystkich bitew wojny siedmioletniej. Złośliwe pytanie z sali o termin obchodów klęsk Fryderyka (było ich sporo tak przed, jak i po Leuthen) oraz zajęcia Berlina przez Rosjan (w trzy lata po Leuthen) – a przecież byłem na sali – nie pada.

A filmowa bitwa? Dzieło Carla Froelicha batalię sprowadza do bezładnej szamotaniny, tym bardziej czapki z głów przed lutyńską inscenizacją, pomagającą pojąć kunszt zwycięzców i partactwo pokonanych.

Szlusuj!

Człowiek chodzący po pobojowisku zwykle stawia sobie wiele pytań, nachodzą go też refleksje raczej ponure i tzw. natury ogólnej, o ile oczywiście nie znalazł się tam w celach hieno-rabunkowych. To akurat w Lutyni było wykluczone i nie dlatego, że policyjny radiowóz krążył niczym patrol fryderycjańskiej żandarmerii. Nikogo tym razem nie zabito, rannych też nie zauważyłem, choć w kulminacyjnym momencie starcia oberwała się deska z dekoracji i trzasnęła w twarz jednego z „poległych”. Gdyby inscenizować do absurdu realistycznie (bezsens!), nikt by przecież nie wytrzymał jęków konających, widoku posilających się gawronów. Nie ulega też wątpliwości, że w 1757 roku uśmiechnięty pruski kawalerzysta przy wtórze palby nie uciąłby sobie pogawędki z „trupem” wylegującym się na przystrzyżonej trawce. Tym razem mógł, i bardzo dobrze. Czy jednak – jak krzyczą przeciwnicy militarnych rekonstrukcji – kolorowa inscenizacja nie odziera wojny z grozy? Czy zbytnio nie oswaja z rzeźnią, niczym tzw. zabawki militarne?

Zbierano kiedyś podpisy pod protestem przeciw produkcji korkowców i żołnierzyków, jako rozbudzających w dzieciach agresję. Niby słusznie. Jednak jedyny dziś efekt zaprzestania „militaryzacji dzieci i niemowląt” jest taki, że wprawdzie figurek historycznych wojaków nigdzie się nie kupi, to do niczego niepodobne ahistoryczne szkaradztwa made in China – wszędzie i owszem. Wszędzie, nawet na lutyńskim straganie. Szkoda.

Jasne jest, że rekonstrukcje historycznych rzezi, to – nie ołowianymi, lecz żywymi żołnierzykami – zabawa dużych chłopców w wojnę i niczego złego w tym nie znajduję – tani pacyfizm mnie nie pociąga. Zresztą, czy tylko w wojnę się bawimy? Może po prostu jest to  jednak zabawa  w historię? Dla mnie to oczywiste. Rekonstruując bitwę, taką jak w Lutyni, przypomina się przecież o zdarzeniu historycznym, którego ignorowanie byłoby kompletną bzdurą, tym bardziej, że wojny „od zawsze” stanowiły spory kawał życia narodów, szczególnie w czasach, gdy nie wdziewało się munduru na kilkanaście miesięcy, lecz lat kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt. Warto przy tym – rekonstruując – pamiętać, że nawet w osiemnastowiecznych koronkach jatki to nie rauty. Bitwy realne, broczące krwią, wyjące dogorywającymi rannymi, pełne grozy, bezsensu mordowania w imię tych, którym napełniały kiesy, to jednak nie inscenizacje. Z całym szacunkiem dla organizatorów nawet tak dobrych, jak lutyńscy: jatka rekonstruowana ma w sobie coś ze zjazdu absolwentów – raczej zjazdu ich potomków. Groza znika, brutalność wypruwania bebechów innym tylko dlatego, że znaleźli się po przeciwnej stronie – również. Jest jak w teatrze: oklaski, improwizacje, sufler, dekoracje, piękne stroje. Ale jeśli procentuje to „głodem historii” (a jest tak!), to bardzo dobrze.

Polacy batalie napoleońskie pamiętają zupełnie serio, również z racji poniesionych w nich (narodowo podpisanych) ofiar, ale rzeźnię osiemnastowieczną widzą inaczej. Wojny tego wieku – może dlatego, że byliśmy wówczas głównie biernym obserwatorem, łupionym bezlitośnie przez sąsiadów, jawią się nam kontredansem. Peruczki, harcapy, tęcza mundurów, od linijki rysowane linie bojowe, to dla nas w dużej mierze egzotyka. Ot, znana z kina, przystrojona w koronki oświeceniowych filozofów zabawa dobrze urodzonych panów (i kibicujących  im dam). Mocno też pochopnie oceniamy ówczesny styl walki jako tylko i wyłącznie kluczenie w marszach i kontrmarszach wokół magazynów, bezkrwawe przecinanie linii komunikacyjnych, szachowanie się wzajemne. Pozornie wygląda to więc na trzaskanie szabelkami i przelewanie nie tyle krwi, co potu maszerujących, zmieszanego ze strumieniami talarów, ludwików i funtów. Tak bywało (np. wojna o sukcesję bawarską), ale nie zawsze.

Ówczesne armie kosztowały krocie, a latami musztrowanego piechura trudniej było zastąpić, niż przepojonego ideą żołnierza francuskiej rewolucji czy niemieckiego zrywu przeciw Napoleonowi. To właśnie, a nie cokolwiek innego, nakazywało nie szafować zbytnio życiem podkomendnych. Jednak gdy do bitew dochodziło, to stosowana taktyka powodowała straty często ogromne – pod Torgau poległo aż tylu żołnierzy, że Fryderyk utajnił dane. Tak bitwy wygrane, jak klęski kosztowały Europę dziesiątki tysięcy umundurowanych istnień, a samo rachowanie trupów nie mówi przecież wszystkiego. Poziom ówczesnej medycyny pola bitwy był makabrycznie niski: praktycznie ograniczała się ona do podwiązywania żył, obwiązywania ran szarpiami i odcinania zagrożonych gangreną kończyn. Straszliwy procent rannych prędko dołączał do poległych wcześniej kameraden. Los inwalidów był zaś nie do pozazdroszczenia – ci najsprawniejsi pełnili służbę wartowniczą, niektórzy (jak w Prusach) zostawali belframi. Gdzieniegdzie zatrudniano PARAMI kaleki wojenne w manufakturach, by takie „dwójki tokarskie” posiadały W SUMIE obie ręce. Iście oświeceniowy pragmatyzm pozwalał części nieszczęśników żyć nie z żebractwa, którym się wówczas wojenni inwalidzi zajmowali przede wszystkim i en masse, lecz z pracy.

Mimo całej (absolutnie uzasadnionej i zrozumiałej) umowności widowiska, oglądający lutyńską inscenizację mieli okazję przekonać się, z jak makabrycznie małej odległości (75 metrów) do siebie wówczas strzelano i jak kompletnie (w bitwach polowych) nie było szans schronienia się za czymkolwiek (niby się o tym wie, ale ujrzenie tego „na żywo”, robi wrażenie piorunujące). Komenda „szlusuj” oznaczała przecież, że kanalia-sąsiad w szyku nie zechciał żyć wiecznie, należy więc „przytulić się” do innego jeszcze żywego i usiłując trafić w tłum wrogów, czekać na „swoją” kulę (słusznie to podkreślał narrator). W taktyce linearnej armie stawały naprzeciw i maszerowały ku sobie częstując się wzajemnie chmurami ołowiu. Broń palna była – delikatnie mówiąc – mało celna, strzelano salwami różnych rodzajów. Co myślał taki piechur, drepcząc ku nieprzyjacielowi, widząc, słysząc i czując wrogie pociski, a dystans z każdym krokiem się zmniejszał? Aż wreszcie nie starczało czasu na palbę i wykłuwano się bagnetami.

Do zabijania używano w wieku XVIII mniej wymyślnych narzędzi mordu niż obecnie, ale „ukochani wodzowie” w rodzaju Fryderyka II (przez wielu zwanego Wielkim) i tak osiągali budzącą trwogę wydajność w trupach. Nie przeszkadzało to im zaczytywać się Voltaire’ami, D’Alembertami i resztą eleganckiego towarzystwa, a ono biło brawo swym „dobrze urodzonym” czytelnikom. Głównemu obiektowi westchnień – Fryderykowi II – w szczególności.

Irokezi znad Odry

Fryderyk Wielki był niedościgłym mistrzem monarszego public relations. Im dalej od Prus, tym bardziej wielkość monarchy rosła – z przekąsem zauważa Engelman. Czy obecnie (z racji lutyńskiej rekonstrukcji) rośnie na Dolnym Śląsku nimb Alter Fritza, czy jednak bardziej sława jego czasów, o których zbyt mało wiemy? Sądzę, że to drugie, bowiem dzięki owocnym wysiłkom organizatorów, stojącemu na wysokim poziomie komentarzowi podczas walki, dzięki udostępnieniu obozowiska zwiedzającym, dzięki uprzejmości i otwartości umundurowanych „aktorów” otrzymaliśmy (dla wielu pierwszą) szansę na rendez-vous z osiemnastowieczną historią naszego regionu, której lutyńska batalia jest znaczącym elementem. Czy triumfem Prus?
Niewątpliwie najsłynniejsza militarna chwila w dziejach Dolnego Śląska, choć tak głośna, nie zaważyła jednak na losach Wojny Siedmioletniej. Monarcha pruski po Lutyni poniósł parę kompromitujących porażek, a finał wojny okazał się dla Prus szczęśliwy jedynie z powodu cudu: uporczywie walczącą z Hohenzollernami carycę zastąpił na tronie ich gorący wielbiciel. W wyniku wygranej (a jednak!) wojny Prusacy posiedli Śląsk na wieki, a ich władca stał się na tyle mocarny, by być równorzędnym partnerem dla pozostałych zaborców Polski, których zresztą mocno do działania zainspirował.

Czy zatem rekonstruowanie bitwy pod Leuthen i czynienie z tego swoistego święta pewnej polskiej wsi przypadkiem nie jest wykroczeniem przeciw patriotyzmowi? Grzeszy się goszcząc dziesiątki uśmiechniętych Niemców bawiących się we fryderycjańską wojnę sprzed 250 lat? Czy bać się dzisiaj Fryderyka?
I dziś nie każdy Niemiec wielbi go na kolanach, i kiedyś nie pałało doń miłością wielu mu współczesnych. Już klasyk niemieckiej historiografii Franz Mehring odmawiał władcy wielkości, uważając jego monarchię za coś na kształt wojskowego więzienia. Nie wiem, czy kiedykolwiek padło z ust Fryderyka II: Dobrze być Prusakiem, ale współczesne opinie były w tej kwestii mocno podzielone i np. słynny Winckelmann oświadczył na piśmie (oczywiście, po wyjeździe za granicę): Lepiej być obrzezanym Turkiem, niż Prusakiem. Wątłą miłość poddanych do tronu odziedziczył zresztą Fryderyk Wielki w spadku po ojcu, który z niewdzięcznością maluczkich walczył z iście pruską – jak zwykliśmy nie do końca słusznie uważać – maestrią, waląc ich kijem i wrzeszcząc przy tym: nie macie się mnie bać, tylko kochać!

Ocena postaci Fryderyka Wielkiego z perspektywy polskiego patrioty (mówię o tych, którym historia Polski nie tylko obiła się o biało-czerwone uszy, lecz ją po prostu znają) nie może być przychylna: trudno zapomnieć, że koronowany triumfator spod Lutyni ubrudził swe wypielęgnowane paluszki zaborami Rzeczypospolitej. Nie da się też nie pamiętać, że (wraz ze swym ojcem) był twórcą pruskiego militaryzmu (już za Fryderyka Wilhelma armia pożerała 70% dochodów Prus), który tak bardzo (w kilku mutacjach) wygarbował nam skóry. Tylko czy oznacza to, że – jak przez pół ubiegłego wieku – polscy lutynianie mają udawać, że historia ich wsi rozpoczęła się w roku 1945?

Nie udają i bardzo dobrze, choć zapewne kłóci się to z tradycyjnie pojmowanym patriotyzmem. Jeśli, historycznie podbudowany, ma on  polegać na pielęgnowaniu tylko „tego, co w naszej historii było dobre”, to faktycznie Lutynia „zgrzyta”. Co jednak zrobić z kilkusetletnią „polską czarną dziurą” w dziejach Dolnego Śląska? Może jednak warto dokonać wysiłku stopniowego redefiniowania patriotyzmu? Jednym z kroków na tej drodze może być porzucenie złudzeń „odwieczno-nieprzerwanie-piastowskich”. Karty dziejów tej ziemi zapisano w kilku językach, obecnie zaś – choćby te osiemnastowieczne – po prostu tłumaczymy na polski, jako używany tu obecnie. Bycie dolnośląskim patriotą, wbrew pozorom i oporom, nie musi oznaczać negacji niemieckości kilku setek dziejów tutejszych, nie musi też być równoznaczne z renesansem kultu Fryderyka Wielkiego. Patriotyzm dolnośląski nie przeczy zaś polskiemu w jedności, jaką może się stać patriotyzm regionalny – nas, dzisiejszych gospodarzy tej ziemi. Taki patriotyzm łączy nas z poprzednimi gospodarzami Dolnego Śląska, bez szkody dla naszej narodowej tożsamości.

Poprzez „lutyńsko” rozumiany i praktykowany patriotyzm regionalny, bez białych plam w historii, z akceptacją i kreowaniem wielonarodowego współistnienia wczoraj i dziś, można dojść do patriotyzmu szczebla wyższego, co wcale nie musi oznaczać rezygnacji z racji własnych, ani negowania cudzych. Hucpa wokół europejskiego podręcznika historii, jaką mieliśmy wątpliwą przyjemność delektować się niedawno, nie miałaby miejsca, gdyby tak właśnie patriotyzm rozumieć. Nawiasem mówiąc, naczelną ideą pierwszej wersji (Historia Europy z 1992 r.) „podręcznikowego skandalu” (cicho o tym, ale egzystuje ona również w Polsce, a korzystają z niego uczniowie szkół ponadgimnazjalnych) nie jest „dyktat niemieckich polityków”, lecz uwypuklanie tego, co Europejczyków łączy, nie zapominając o sporach. Lutynia/Leuthen łączy zaś nas i Niemców w takim sensie, że oni byli tu (i walczyli) kiedyś, a my jesteśmy dziś i byliśmy przed nimi. Kiedy obie nacje w fakty te przestaną wreszcie wątpić, wyjdzie im to tylko na zdrowie. Byle nie tracić przy okazji zdrowego rozsądku, jak twórcy napisu na nowiutkim pomniku Chrobrego we Wrocławiu, który „informuje”, że król ten wraz z Papieżem i cesarzem tworzył zjednoczoną Europę. A Fryderyk…
Oględnie mówiąc nie miał najlepszego zdania o Polakach, o czym dowodnie świadczą słowa skierowane przezeń do D’Alemberta po pierwszym rozbiorze Polski: Biednych tych Irokezów będę się starał oswoić z cywilizacją europejską. Cóż, gdyby się dowiedział, że DO SIEBIE na Dolny Śląsk „biedni ci Irokezi” zapraszają Niemców, by zrekonstruować bitwę – z pewnością przewróciłby się w krypcie. Być może i dlatego, że zapraszani są obywatele państwa, które nas nie podbiło, lecz odegrało sporą pozytywną rolę w dziejach Rzeczypospolitej po roku 1989.

Niebezpieczeństwo pruskiej okupacji dziś nam nie zagraża, nie widzę więc najmniejszych powodów, dla których różnobarwni „pruscy żołdacy” mieliby mieć na lutyńskie boisko wstęp surowo verboten. Teraźniejszość jest tu polska, ale dzieje wspólne. Czy nie jest krańcową obłudą i hipokryzją paralelne tęskne zerkanie ku utraconym kresom wschodnim przy jednoczesnym odmawianiu Niemcom prawa do tego samego? Czy nie chcielibyśmy, by Ukraińcy pozwolili i pomogli nam inscenizować bitwę pod Chocimiem? Skoro nasze tęsknoty są sterylnie czystych intencji, to czemu niemieckie a priori uważać za groźne? Podobno jesteśmy w Unii, i to nie jako Irokezi, wyznający na dodatek zaczepno-obronną wersję patriotyzmu.

Powodu dla powszechnej polskiej radości z osiemnastowiecznych pruskich triumfów nie dostrzegam. Widzę natomiast niemały sens w poznawaniu i rekonstruowaniu historii ziemi kiedyś polskiej, potem czeskiej i austriackiej, następnie prusko-niemieckiej, a dziś znów naszej. Nie ma żadnego sensu wieczne odwracanie się plecami do historii miejsc, w których żyjemy. Kształtowanie się naszej tutejszej (nareszcie!) tożsamości, emocjonalnego związku z Dolnym Śląskiem może być dziś wolne od barier, białych plam, „zapominania o faktach”.
Zamiast się na historię dąsać, gdyż nie zawsze TU byliśmy, lepiej się o nią spierać, wcześniej starając się poznać. Tak po prostu. Jak nad wyraz celnie zauważa, pisząc o innym epizodzie naszych dziejów, Tomasz Łubieński: Nie musimy bez przerwy krzepić serc, bo mamy wolne państwo, i to idealny moment, żeby historia stała się przedmiotem dyskusji [i wówczas – JK] może być szkołą myślenia.

Zapewne podobne były intencje animatorów lutyńskiej inscenizacji – w pełni je rozumiem, podzielam i popieram. Bardzo mi przykro, ale mimo najszczerszych chęci i usilnych starań nie potrafię w niemieckich emerytach z psem na sznurku dostrzec forpoczty pancernych dywizji z Ericą Steinbach dosiadającą lufy Leoparda. Bo co tu ma Prusak do wiatraka? To tylko i wyłącznie, że w 1757 roku w okolicy wiatraka pod Leuthen/Lutynią pruska kawaleria przetrzepała skórę resztkom austriackiej piechoty.

 

Lutynia – Wrocław, wrzesień 2007


Zdjęcia autora